Budowlanka na szczycie Zigguratu. „Tabanussi: Budowniczowie Ur” – recenzja gry planszowej

-

Tabanussi: Budowniczowie Ur to nowa gra autorstwa Daniele’a Tasciniego (Tzolkin, Teotihuacan, Tekhenu) i Davida Spada’y (7: The Sins). W trakcie rozgrywki uczestnicy przejmą rolę projektantów i budowniczych starożytnego miasta Ur, leżącego nad wodami Eufratu. Ich zadaniem będzie stawianie budowli w dzielnicach Rzemieślników, Rolników i Skrybów, kontrolowanie porteu i statków, oraz zabudowa dzielnicy świątynnej nowymi zigguratami.

Wystawiając kolejne elementy, których w pudełku znajdziemy całą masę, gracze będą stopniowo zapełniać dużą planszę, aby kilkukrotnie uraczyć się dość soczystą sałatką punktową. Innymi słowy, Tabannusi to pokaźne euro, wymagające sporej ilości planowania i włączania mózgownicy na najwyższe obroty. Jak więc wypada na stole? Egzemplarz do recenzji został dostarczony przez wydawnictwo Portal Games, któremu serdecznie dziękujemy.

Tabanussi: Budowniczowie Ur
Tabanussi: Budowniczowie Ur
Bez kamieni nie ma budulca, a bez budulca nie ma pałacu.[1]

Otwierając pudełko z grą, należy być przygotowanym na naprawdę pokaźną ilość plastiku i tekturek do sztancowania. Podstawowym i mocno rzucającym się w oczy elementem zawartości, jest spory wór, wypełniony siedemdziesięcioma pięcioma budowlami, które posłużą nam do ułożenia dzielnicowego tetrisa. Poza nimi, dla każdego z graczy przygotowane zostały planszetka oraz zbiór domków i drewnianych znaczników w czterech kolorach do wyboru, w tym dwa meeple przedstawiające „nas” – Architektów – oraz naszego wiernego pomocnika. Ostatnimi kluczowymi składnikami są kości surowców i paczuszka kart, których połowa dedykowana jest dla automy, ponieważ w Tabanussi można bawić się również solo.

Plansza gry jest naprawdę spora. Przedstawia tytułowe miasto Ur z jego pięcioma dzielnicami oraz, jak to zazwyczaj bywa w grach euro, posiada dużo miejsca na części, z których będziemy aktywnie korzystać w trakcie rozgrywki. Co ciekawe, a dość zaskakujące jak na liczbę możliwych do wykonania ruchów, do zestawu nie zostały dołączone żadne karty pomocy: piktogramy informujące o dostępnych czynnościach nadrukowano na planszy oraz dokładanych do niej obiektach. Teoretycznie nie stanowi to dużego problemu, bo większość symboli jest czytelna i jednoznaczna, jednakże przy dekretach (celach wspólnych) czy kaflach zigguratów konieczne było częste zaglądanie do glosariusza na końcu instrukcji, aby się we wszystkim połapać. Mogę zagwarantować, że powiernik książeczki będzie miał sporo pracy podczas kilku pierwszych rozgrywek.

Napisałem „książeczki”? Przepraszam, chodziło mi raczej o magazyn. Muszę przyznać, że pierwszy rzut oka na kilka losowych stron wywołał we mnie wątpliwości czy będę w stanie wytłumaczyć zasady współuczestnikom mojej samowoli budowlanej. Po dokładniejszej lekturze okazuje się, że jedna trzecia objętości to scenariusze i akcje dla bota, a kolejne (circa) trzydzieści trzy procent to glosariusz i spis zawartości pudełka. Generalnie całość jest skonstruowana klarownie, choć wiele szczegółów na temat możliwych posunięć gubi się gdzieś między zwałami tekstu. Jak to bywa przy pierwszym spotkaniu z tak dużą produkcją, błędów nie sposób uniknąć, a wiele niuansów trzeba weryfikować w trakcie wykonywania ruchów czy planowania kolejnych czynności, wyłapując je w poszczególnych akapitach.

Tabanussi: Budowniczowie Ur
Tabanussi: Budowniczowie Ur
A tam koło tej palmy będzie aleja […] imienia mnóstwa posągów.

Skoro omówiliśmy sobie, za co płacimy, kiedy sięgamy po Tabanussi, przejdźmy do ogólnych założeń rozgrywki. Jak już wcześniej wspomniałem, każdy z graczy, jako tytułowy Budowniczy Ur, będzie miał za zadanie stopniowe rozbudowywanie miasta w przeciągu sześciu rund, a za podejmowane akcje otrzyma odpowiednio punkty. Rundy uczestników rozpoczynają się pobraniem zasobu z jednej z pięciu barek, odpowiadającej dzielnicy, w której akurat się znajduje. Surowce w tej grze są reprezentowane przez sześcienne kości w kolorach odpowiadających kolejnym dystryktom. Dokonawszy wyboru, przemieszcza się figurkę architekta na dzielnicę, której numer wskazuje kość, ta zaś trafia do „kieszeni” gracza. W kontekście późniejszych akcji interesować nas będzie tylko jej kolor. Pomocnik budowniczego (drugi z dostępnych pionów) pozostaje o krok za architektem: trafia do dzielnicy, którą przed momentem opuścił „mistrz”, i to właśnie w niej przyjdzie nam wykonywać dostępne akcje. Jak widać, wchodzi tutaj element planowania, ponieważ na początku danej tury decydujemy, dokąd chcemy się udać w następnej.


Większość możliwych czynności, dostępnych w trakcie rozgrywki, jest nadrukowana na planszy, jednakże, aby zwiększyć stopień regrywalności, część akcji losuje się z puli dostępnych kafelków, umieszczanych na pustych obszarach dla każdej dzielnicy. I tak, ostatecznie, trzy podstawowe dystrykty mają dostępne cztery manewry, natomiast port i zigguraty – po trzy. A co właściwie możemy robić? Przede wszystkim wykładać projekty na pola i zdobywać w ten sposób nadrukowane na nich bonusy. Dostępna jest też opcja zamiany tychże na budowle w jednym z trzech kolorów (białym, brązowym lub żółtym). Do innych działań należą tworzenie obszarów wodnych i podwieszanie nad nimi ogrodów, które, jeśli umieszczone w okolicy budynków, zapewniają graczom dodatkowe benefity. Wspomniane wcześniej budowle, o ile pozostają w swoim bezpośrednim sąsiedztwie i są tego samego koloru, można łączyć w kompleksy, a ich właścicielstwo determinuje odcień postawionego na nim „domku”. Te same stawiamy również w porcie i w otoczeniu świątyń, aby zwiększać swoją punktację lub zyskiwać potężne pasywne bonusy. Warto też wspomnieć o mechanice skrzyń, które zapewniają nam surowce w odpowiednich kolorach. Te paczki zdobywamy w porcie, a każdy z graczy może posiadać maksymalnie cztery takie.

Mam nadzieję, że na podstawie powyższego opisu oraz zdjęć jesteście w stanie sobie wyobrazić przynajmniej tych kilka mechanik, bo opcji jest naprawdę sporo i wszystkich nie da się przedstawić. Przejdźmy za to do punktacji, ponieważ zwycięstwo da się osiągnąć na naprawdę dużo sposobów. Gdy z dowolnej barki znikną wszystkie kostki i gracz, który zabrał ostatnią, wykona swoje akcje, następuje punktowanie dzielnicy. W podstawowych okręgach punkty zwycięstwa („pezety”) zdobywamy na podstawie tego, ile budynków i w jakich układach posiadamy. W porcie oceniana jest liczba kontrolowanych przez nas statków w rzędach lub kolumnach, przy których zbudowaliśmy domy. Natomiast każdej z trzech świątyń w dystrykcie zigguratów na początku rozgrywki przypisuje się losową planszetkę, z opisami unikatowych sposobów punktowania. Co więcej gracze mogą zdobyć punkty za spełnienie warunków opisanych na kartach dekretów. Z kolei budując domy zgodnie ze schematem wylosowanej na początku gry karty miasta, otrzymujemy na koniec dodatkowe dziesięć „pezetów”.

Tabanussi: Budowniczowie Ur
Tabanussi: Budowniczowie Ur
Tak, pełen wypas. Wypas po pachy. Odrobinę wyobraźni.

Żeby była jasność: powyższe akapity opisują zaledwie ułamek faktycznych przygotowań, działań dostępnych dla grających czy metod punktowania. Tabannusi to naprawdę duża gra, z mnóstwem elementów, toną planowania i zawiłą punktacją. Ale przede wszystkim: czy jest dobra?

Zacznijmy od tego, co mi się podobało. Po pierwszym otwarciu pudełka czułem się przytłoczony liczbą komponentów i grubością instrukcji, ale zapoznawszy się z najważniejszymi zasadami, bez większego problemu byłem w stanie wejść w rozgrywkę (choć czasami musiałem wracać do książeczki, by co nieco zweryfikować). Tabannusi nie wymaga ogromnego stołu, ponieważ 90% rzeczy znajduje się na planszy, a w przeciwieństwie do na przykład Nemesisa, obszary graczy są bardzo kompaktowe. Rozpoczynając pierwszą turę, ciężko określić dla siebie jakąkolwiek konkretną strategię, choć trochę pomaga darmowa skrzynia, otrzymywana na początku gry, oraz budowla. Jednak później, kiedy plansza zaczęła się zapełniać, warunki zwycięstwa stawały się coraz klarowniejsze. A trzeba przyznać, że sposobów na wygraną jest naprawdę dużo, co uznaję za spory plus. Po skończeniu dało się odczuć, że kolejne podejścia do rozgrywki odsłonią jej nowe warstwy i bardziej zaawansowane taktyki. Warto również wspomnieć, że gra nie należy do zabójczo długich.

Kiedy mówimy o grze typu euro, ciężko się przyczepić do sposobu wykonania. Są klasyczne żetony kontroli, koncepcja budowli jest raczej abstrakcyjna, a plansza kończy bardzo gęsto wypełniona, co pozostawia niewiele miejsca na elementy stricte wizualno-klimatyczne. Wygląda jednak dużo ciekawiej niż praktycznie „tabelkowa” z Teotihuacan. Brakuje trochę efektu „wow”, ale ten pojawia się po czasie, kiedy pola są poobstawiane budowlami czy ogrodami, a samo miasto Ur zaczyna nabierać kształtów. Niestety sama jakość komponentów pozostawia trochę do życzenia, ponieważ kilka z drewnianych żetonów w moim egzemplarzu było lekko uszkodzonych, ale nie przeszkadzało to w trakcie rozgrywki.

Natomiast zdecydowanie mogę zarzucić Tabannusi średnią przystępność instrukcji. Owszem, tego typu produkcje generalnie nie należą do najprostszych i w tym tkwi ich urok, ale nie ma potrzeby dodatkowo komplikować sprawy nieczytelnymi zasadami. I nie mówię tu o ogólnych konceptach gry, a o niuansach, którym powinno być poświęcone jakieś FAQ czy małe kompendium. Dla przykładu, w trakcie wystawiania projektów czy budowli obowiązuje nas szereg ograniczeń, których część jest wypunktowana w ramach opisu akcji, a kilka – ukrytych gdzieś wewnątrz późniejszego akapitu, opisującego przykładowe zagranie. Czy miało to bardzo istotny i negatywny wpływ na moją rozgrywkę? Nie, ale wprowadzało sporo zamieszania i konieczność wertowania instrukcji, żeby znaleźć to jedno słówko, wyjaśniające zaistniałą sytuację.

Na koniec standardowy zarzut: całkowity brak wyprasek. Fakt, nie ma tutaj konieczności trzymania jakiejś ogromnej liczby elementów pod ręką czy w okolicy planszy, tym bardziej posortowanych. Ale byłoby miło, gdyby dorzucono chociaż kilka dodatkowych woreczków strunowych na porozdzielanie poszczególnych kartoników.

Kawał drania, ale talentów mu nie brak.

Czy polecę Tabannusi? Myślę, że tak, a przynajmniej każdemu fanowi ciężkich euro. Pudełko jest wypchane po brzegi, a ilość „móżdżenia”, jaka was czeka podczas gier, na pewno nie rozczaruje. Oczywiście jedna osoba musi się poświęcić i względnie rzetelnie zapoznać z regułami, by potem wyjaśnić je reszcie grupy. A później sprawować pieczę nad instrukcją, ponieważ brak jakichkolwiek kart pomocy zrzuca na jej barki weryfikację sporej liczby posunięć czy możliwości. Jak wspomniałem, twórcy dają nam również wariantów na odnalezienie własnej drogi do zwycięstwa.

[1] Wszystkie śródtytuły pochodzą z filmu Asterix i Obelix: Misja Kleopatra (2002), reżyseria i scenariusz Alain Chabat, z dialogami tłumaczonymi przez Bartosza Wierzbiętę. Tak, wiem, że Misja Kleopatra jest osadzona w Egipcie i daleko jej do Mezopotamii, ale nie mogłem się powstrzymać.

Tytuł: Tabannusi: Budowniczowie Ur

Liczba graczy: 1 – 4

Wiek: 14+

Czas rozgrywki: 120 min

Wydawnictwo: Portal Games

 

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu Portal Games, więcej na jej temat przeczytacie tutaj.

podsumowanie

Ocena
7

Komentarz

„Tabannusi” to naprawdę pokaźne, ale przyjemne euro. Po przebrnięciu przez zawiłości zasad, można czerpać sporo przyjemności z rozbudowywania dzielnic i walczenia o kolejne punkty. Niestety brakło tu trochę efektu „wow”, ale i tak czekam na kolejne okazje do ogrania tego tytułu, żeby odkryć nowe warstwy rozgrywki i taktyki.
Bartłomiej Szary
Gdyby nie został informatykiem, najprawdopodobniej zmieniłby imię na Ben i wyjechał na pustynną planetę. Chętnie chłonie wszystko co gwiezdnowojenne i marvelowe. Kolekcjoner gier (planszowych i wideo) oraz zestawów Lego z logiem Star Wars. Prywatnie, adopcyjny ojciec dwójki kociaków.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu

„Tabannusi” to naprawdę pokaźne, ale przyjemne euro. Po przebrnięciu przez zawiłości zasad, można czerpać sporo przyjemności z rozbudowywania dzielnic i walczenia o kolejne punkty. Niestety brakło tu trochę efektu „wow”, ale i tak czekam na kolejne okazje do ogrania tego tytułu, żeby odkryć nowe warstwy rozgrywki i taktyki. Budowlanka na szczycie Zigguratu. „Tabanussi: Budowniczowie Ur” – recenzja gry planszowej