Polskie piekiełko w Legolandzie. „Powrót do tamtych dni” – recenzja filmu

-

„Ojca miałem naprawdę fajnego” – głosi napis na plakacie Powrotu do tamtych dni, a mnie aż ściska w środku na samo wspomnienie tego filmu. Myślę o tym, jak podczas seansu miałam ochotę zwinąć się w kłębek na podłodze kina i już nie wstawać. Myślę o tym, ile bólu dostarcza ta historia. Myślę o dzieciach i dorosłych, którzy przeżywali i do dziś przeżywają podobne dramaty, jak bohaterowie filmu Aksinowicza, a i tak będą mówić, że „w sumie spoko ta moja rodzina”. Taka jest właśnie rzeczywistość. Taka jest Polska.
American dream

Media nazywały przedstawicieli mojego pokolenia eurosierotami, bo przyszło nam po wstąpieniu do Unii tracić rodziców na rzecz roboty w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Holandii. Ja tymczasem pamiętam, że fala emigracji zarobkowej łamała serca już wcześniej, gdy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych polskie rodziny uwierzyły, że gdzieś za oceanem mogą spełnić swoje amerykańskie sny.

I to właśnie ten motyw postanowił poruszyć w swoim najnowszym filmie Konrad Aksinowicz. A uczynił to na tyle przekonująco i dobrze, że długo jego Powrotu do tamtych dni nie zapomnę.

Głównym bohaterem filmu jest czternastoletni Tomek (w tej roli fantastyczny Teodor Koziar), który żyje życiem typowego nastolatka z początku lat dziewięćdziesiątych – szwenda się z kumplami po blokowisku, ekscytuje kasetami wideo, a w wolnych chwilach konstruuje budowle z klocków lego. Trzyma się też myśli, że pewnego pięknego dnia, razem z mamą, wsiądzie w samolot i przeniesie się do taty – znanego radiowca spełniającego swój amerykański sen w Nowym Jorku.

Wszystko ulega zmianie, gdy Alek Malinowski, ojciec chłopaka, niespodziewanie powraca do kraju, a wraz z nim – dawne demony.

Okazuje się bowiem, że ta rodzina kryje okrutną tajemnicę, która powoli zaczyna wychodzić na wierzch, niszcząc wszystko, co napotka na swojej drodze.


Kadr z filmu Powrót do tamtych dni (2021), reż. Konrad Aksinowicz
Tam byliśmy

Jako dziecko lat dziewięćdziesiątych, wychowane na typowym blokowisku, w trakcie seansu poczułam się jak w kapsule czasu, która przeniosła mnie do szczenięcych czasów. Te same meblościanki, obicia na drzwiach i pudłowate telewizory. Te same szkolne korytarze, szklanki i zabawki. To samo składane łóżko, które błyskawicznie mogło zamienić się w biurko i sprawić, że pokój wydawał się dwa razy mniejszy lub większy. Tyle wspomnień, tyle detali żywcem wyciągniętych z tamtych lat – obok czegoś takiego nie da się przejść obojętnie. Klimat czasów oddany jest doskonale, z dbałością o najmniejsze szczegóły – i od pierwszej do ostatniej minuty filmu serce wypełnia się ciepłem nostalgii.

Tutaj jednak natrafiamy na pułapkę. Nostalgia nostalgią. Wspomniany na plakacie fajny ojciec fajnym ojcem, ale rzewne wspomnienia nie przykryją tego, że na ekranie – tak jak w życiu – rozgrywa się prawdziwy dramat. Dramat znany z wielu polskich domów.

Kto widział opis filmu lub jego zwiastun wie, że problemem, z jakim musi mierzyć się rodzina Malinowskich, jest choroba alkoholowa ojca. Maciej Stuhr, wcielający się w postać Alka — typowego Polaka, który z urażoną dumą wraca z emigracji – wypada na ekranie ultraznakomicie. Widziałam go w paru poruszających rolach, ale ta wgniotła mnie w fotel najmocniej. To niełatwa, szokująca kreacja – jedna z tych, których się nie zapomina. Również młody Teodor Koziar dźwiga ciężar swojej postaci i doskonale radzi sobie z ogromnymi aktorskimi wyzwaniami. Wydawać by się mogło, że na ich tle nieco blednie Weronika Książkiewicz w roli Heleny Malinowskiej, ale i ona ma w tym filmie kilka scen wywołujących dreszcze. A fakt, że jej dramat nie uderza nas z pierwszego planu, to idealne dopełnienie tego obrazu i doskonałe odzwierciedlenie pozycji kobiety współuzależnionej.

Zupełnie szczerze – autentyczność tych kreacji, scenerii i wydarzeń jest dla mnie tak oszałamiająca, że wciąż pozostaję pod wrażeniem, jak doskonale w roli scenarzysty i reżysera sprawił się tutaj Konrad Aksinowicz. Ten sam, który odpowiada za najgorszy film mojego życia – Zamianę z 2009 roku.

Kadr z filmu Powrót do tamtych dni (2021), reż. Konrad Aksinowicz
Nie dla każdego

Powrót do tamtych dni to dla mnie jedna z najlepszych polskich produkcji 2021 roku – a nawet ostatnich lat. Myślę jednak, że nie każdy powinien sięgać po ten film, ponieważ wątki alkoholowe, a momentami także i przemocowe, w widzach borykających się z pewnymi traumami mogą wywołać bolesne efekty. Naprawdę trzeba podchodzić do niego z ostrożnością, bo nostalgiczne wspomnienia związane z latami dziewięćdziesiątymi, fantastyczny klimat czy cudowna muzyka sprytnie nas zwodzą, ale za tym wszystkim kryje się tyle brudu i okropności, że potrzeba siły, aby dźwignąć tę historię.

Tym bardziej podziwiam i twórców, i ekipę aktorską, że nie przeszarżowali, nie polecieli ani w patos, ani w epatowanie przesadą i razem stworzyli film, którego nie da się zapomnieć. Film ważny, bardzo polski i bardzo prawdziwy. Polecam obejrzenie, jeśli czujecie gotowość, by mierzyć się nie tylko z miłymi wspominkami, ale przede wszystkim – z brutalną prawdą o kolorowych latach dziewięćdziesiątych.

 

Tytuł oryginalny: Powrót do tamtych dni

Reżyseria: Konrad Aksinowicz

Rok premiery: 2021

Czas trwania: 1 godzina 44 minuty

podsumowanie

Ocena
9

Komentarz

Sto procent Polski w Polsce. Miał być Legoland, wyszło piekło.
Klaudyna Maciąghttps://klaudynamaciag.pl
Za dnia copywriter, wieczorami - nałogowy gracz. Widywana albo z książką pod pachą, albo z padem w dłoni. Dużo czyta, jeszcze więcej tworzy i ogląda. Uzależnienie od popkultury, piłki nożnej i żużla zdiagnozowane już ze trzy dekady temu.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu

Sto procent Polski w Polsce. Miał być Legoland, wyszło piekło. Polskie piekiełko w Legolandzie. „Powrót do tamtych dni” – recenzja filmu