Koniec świata w skali mikro. „How it Ends” – recenzja filmu

-

Świat w tekstach kultury kończy się dość regularnie, a to przez komety (Armagedon, 1998), trzęsienia ziemi (2012, 2009), zmianę klimatu (Pojutrze, 2004), epidemię zombie (Wszechstronna dziewczyna, 2016), jak i z innych, bardziej pomysłowych przyczyn. To wręcz doskonałe tło dla wielce dramatycznych przygód głównych bohaterów, walki o przetrwanie oraz zadawanie pytań o kondycję człowieczeństwa jako takiego. Czy humanizm zakorzenił się dostatecznie głęboko i będziemy w stanie połączyć siły? A może dokona się regres do epoki międzyplemiennych animozji oraz walk o zasoby? How it Ends Davida M. Rosenthala to kolejny film, który zabiera widzów w podróż przez chylącą się ku zagładzie cywilizację, jaką znamy.
Zbieramy drużynę

Pewna para z Seattle, Will Younger (Theo James) i Samatha Sutherland (Kat Graham), po raz pierwszy oglądają na USG swoje dziecko. On niedługo będzie musiał pojechać do Chicago w interesach, odwiedzi także rodziców narzeczonej, chcąc poprosić ojca dziewczyny, Toma (Forest Whitaker), surowego byłego oficera marines, o jej rękę. Panowie za sobą nie przepadają – tatuś nie jest zadowolony, że jakiś prawnik zabrał mu córeczkę i wywiózł jakieś trzy tysiące dwieście osiemdziesiąt sześć kilometrów1 od niego – więc obiad szybko zmienia się w pyskówkę. Następnego dnia rano Willa budzi telefon od ukochanej, w trakcie ich rozmowy w tle słychać grzmot, Sam stwierdza, że się boi, po czym wszelki kontakt z nią się urywa. Nie ma również mowy o tym, aby zaniepokojony narzeczony wrócił do domu samolotem – wszystkie połączenia zostają odwołane. Udaje się więc do jeszcze-nie-teściów, a tam po krótkim pojedynku z Tomem o to, kto jest bardziej męskim mężczyzną, panowie zbierają zapasy, amunicję i jadą ratować Samathę, matka dziewczyny udaje się do syna. Tak oto rozpoczyna się film, w którym cywilizowany prawnik wraz z twardym, zaprawionym w bojach żołnierzem jadą przez w większości puste Stany Zjednoczone, od czasu do czasu natykając się na chcących ukraść im paliwo bardziej obrotnych mieszkańców swojego kraju. Po drodze werbują również Ricki, mechaniczkę samochodową z rezerwatu, głównie po to, aby mogła w razie potrzeby naprawiać awarie jedynego posiadanego przez nich i zdolnego do przejechania tak dalekiej trasy pojazdu (z klimatyzacją, na dodatek). Skuszona obietnicą zapłaty, zgadza się na układ, zwłaszcza że sama chce dostać się do Los Angeles.

Kadr z filmu „How it Ends”

Male bonding w czystej postaci

Fabuła How it Ends jest w zasadzie oszczędna i prosta: dwóch mężczyzn wyrusza, aby uratować jedną, kochaną przez obu kobietę, a po drodze muszą stawić czoła różnym wyzwaniom – tym związanym z kataklizmem, jak i częściowym zdziczeniem ludzi. Dużo ważniejsze jednak jest to, jak zmieniają się po drodze sami bohaterowie oraz otaczający ich krajobraz. Tom, ze względu na swój trening, traktuje wszystkie sytuacje jako zagrożenie, a niemający wcześniej doświadczenia w tego typu kryzysowych sytuacjach Will ma problemy z porzuceniem dotychczasowych przyzwyczajeń wpojonych mu przez czas pokoju. Brak owego instynktu przetrwania będzie również główną przyczyną wpadania naszych bohaterów w kłopoty, z których wyciągnie ich nie kto inny jak były żołnierz. Na poziomie scenariusza te napięcia pomiędzy nimi są obiecujące, a cisza, która towarzyszy im przez większość drogi (czasem jedynie przerywana przez Ricki), podkreśla tak ich brak płaszczyzny porozumienia, jak też nienaturalność sytuacji (gdyby nie kataklizm, w życiu nie wybraliby się na wycieczkę przez trzy czwarte Stanów). Whitaker wciela się w kontrolującego, zirytowanego przyszłym zięciem protagonistę, a Jones bardzo się stara wyglądać jak życiowa pierdoła. Niestety, Will nie przekonuje nas w swojej niezaradności – być może dlatego, że wciąż przypomina granego przez siebie w filmach z serii Niezgodna żołnierza. I Cztery, jak się w nich nazywa, dość często pojawia się w scenach How it Ends – mimice, postawie ciała, sposobie trzymania broni, spojrzeniu oraz muskulaturze. Z drugiej strony wtedy łatwiej nam przyjąć finał tej produkcji, gdzie prawnik o krwawiącym sercu bardziej przypomina Toma z początku filmu niż siebie samego.

Z drugiej strony z każdym kilometrem nasi bohaterowie natrafiają na coraz większe oznaki bezprawia oraz braku jakichkolwiek, mogących tę kwestię ogarnąć, służb. To są właściwie dość subtelne zmiany – ostatnią ostoją z jakimkolwiek porządkiem jest miasteczko, w którym zatrzymują się u znajomych Willa i Sam, gdzie szeryf wraz z męskimi przedstawicielami utworzyli blokadę, nie chcąc wpuszczać do swojej społeczności potencjalnych przestępców. Po drodze zobaczymy również rozbity wojskowy samolot oraz wykolejony pociąg z, ponownie, wojskowym sprzętem. Co ciekawe – nie dowiemy się właściwie, co się z nimi zdarzyło, ponieważ nie to jest celem naszych protagonistów. To dość odważna decyzja scenarzystów, którzy przyzwyczaili nas do tego, że pojawiające się na ekranie wydarzenia oraz przedmioty mają jakieś fabularne znaczenie. Tym razem jednak stanowią tło, dokładnie takie, jakie mijalibyśmy my sami, udając się na desperacką akcję ratunkową. Wiedząc, że liczy się czas, raczej nie zrobilibyśmy postoju, aby zbadać wrak dłużej niż to konieczne czy by zebrać potrzebne zapasy, prawda?


Kadr z filmu „How it Ends”

No właśnie, męski

How it Ends nie jest produkcją dobrą – średnią, przyjemną, z ładnym Theo Jamesem i przekonującym, powtarzającym wciąż „good job” Forestem Whitakerem, ale nie dobrą. Na podobną ocenę zasługuje głównie przez finał oraz zakończenie, nie do końca odzwierciedlające zwarty w tytule filmu koniec, jaki wieńczy (uwaga, okazuje się porządnie dramatyczne, ale i otwarte). Problem jest jeszcze jeden – to kolejna produkcja, która osadza protagonistkę w roli uwięzionej, wymagającej ratunku damy w opałach. A to przecież ratowanie Sam stanowi główną oś fabularną. a przez większą część filmu nawet ani jej nie widzimy, ani nawet nie poznajemy, ponieważ najwyraźniej ona, jako osoba, nie jest dostatecznie istotna. Ba, nawet Ricki, którą panowie po drodze dobierają do zespołu, charakteryzują właściwie dwie cechy: bycie mechanikiem oraz rdzenną mieszkanką Stanów Zjednoczonych, czyli mającą bardziej pod górkę w życiu niż białokołnierzykowy Will z Tomem. Inna, pojawiająca się na moment, bohaterka zostaje z kolei zredukowana do roli rozhisteryzowanej kobiety, przerażonej całą sytuacją, pewnej, że jej mąż na pewno nie żyje, ponieważ „go nie czuje”. Matkę Sam na ekranie widzimy może przez kilka minut, rozmawia z przyszłym zięciem, gotuje i podaje obiad, po czym dzielnie wysyła obu panów na wyprawę po swoją córeczkę. Ach, w pierwszych scenach występuje również lekarka wykonująca Sam USG oraz jeszcze jedna, również w histerii, po złej stronie prawa. Mamy zatem sześć postaci kobiecych, posiadających jakiekolwiek kwestie dialogowe. I wiecie co? Na ekranie rozmawiają ze sobą tylko dwie: lekarka i Samantha, choć trudno te kilka zdań nazwać rozmową per se.

Kadr z filmu „How it Ends”

Wszystko to już było, kapci się raczej nie zgubi

Czy warto obejrzeć How it Ends? Dla widoków – na pewno. Dla Whitakera? Raczej też. Dla ładnego Theo Jamesa również. Dla fabuły? Nie. W tym filmie, niestety, nie zobaczymy  niczego innowacyjnego ani odkrywczego, owszem, realizatorzy całkiem nieźle poradzili sobie z budżetem nieskrojonym na blockbusterowy hit, trochę pograli ciszą, próbowali zbudować atmosferę niepokoju oraz wyludnienia, co im do końca nie wyszło i w efekcie mamy historię o… związku między przyszłym teściem i zięciem w czasie podróży przez Stany. Gdzieś tam pojawiają jakieś burze, ptaki dziwnie się zachowują, kompas szaleje, Seattle wygląda, jakby wybuchła w nim bomba (zrujnowane), a niedaleko wulkan (unoszący się wszędzie pył), trochę się ziemia potrzęsie i nie ma komunikacji. Tak więc włączacie na własną odpowiedzialność. Doskonale się sprawdza przy obiedzie albo innych pracach ręcznych, jak szydełkowanie.

 

 

Tytuł oryginalny: How it Ends

Reżyseria: David M. Rosenthal

Rok powstania: 2018

Czas trwania: 1 godzina 53 minuty

 

 


1 Google Maps podaje, że Seattle od Chicago dzieli dwa tysiące czterdzieści dwie mile, czyli jakieś trzydzieści jeden godzin jazdy samochodem.

Agata Włodarczykhttp://palacwiedzmy.wordpress.com
Nie ma bio, bo szydełkuje cthulusienki.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu