Kłopoty w raju. „Do wszystkich chłopców: PS. Wciąż cię kocham” – recenzja filmu

-

Jedna z najgłośniejszych historii miłosnych 2018 roku powraca! Jeżeli stęskniliście się za urokiem Petera Kavinsky’ego i ujmującą niezdarnością Lary Jean Covey – niewykluczone, że będziecie zawiedzeni. Druga część Do wszystkich chłopców… to bowiem dość niezgrabna kontynuacja wdzięcznej historii nastoletniego zakochania.
(Nie)Wyczerpane źródełko

Słowem wstępu dla tych, którzy z filmem nie są szczególnie zaznajomieni – jest on adaptacją amerykańskiego bestsellera, a uściślając – jego drugiej części. Na punkcie ekranizacji Do wszystkich chłopców, których kiedyś kochałam, przed dwoma laty, Internet prawdziwie oszalał, a dla samego Netflixa okazała się to być na tyle ważna produkcja, że postanowiono udostępnić ją na platformie również dla użytkowników nieposiadających wykupionego abonamentu. Twarz głównego bohatera, Petera Kavinsky’ego, pojawiała się dosłownie wszędzie, a dla wcielającego się w tę postać Noah Centineo oraz reszty obsady kariera w innych produkcjach tego typu stanęła otworem. Zupełnie nie dziwił mnie prawdziwy szał, który opanował nastoletnie (i nie tylko) serca, gdyż film był po prostu udany. Historii nie brakowało uroku, a aktorom umiejętności – zwłaszcza Lana Condor, odgrywająca rolę Lary Jean, okazała się strzałem w dziesiątkę. Wiele jest przecież płaskich, przewidywalnych bohaterek w telewizyjnych i kinowych romansidłach, jednak Condor, swoim warsztatem, z gracją uniknęła powielania schematów, w zamian dostarczając widowni świeżości oraz niewymuszonego wdzięku.

Kadr z filmu

Wszystko to brzmi jak przepis na idealne młodzieżowe kino, stąd też można by oczekiwać, że i kolejna część będzie tak samo udana. Po seansie odniosłam jednak wrażenie, że źródełko z napisem potencjał nieco się wyczerpało.

Lista się nie kończy

Lara Jean Covey, po emocjonujących wydarzeniach poprzednich miesięcy, kiedy to jej listy miłosne napisane do pięciu wybranków zostały rozesłane przez młodszą siostrę, rozpoczyna związek z adresatem jednego z nich – Peterem Kavinskym. Mimo bajkowego wprowadzenia do tej relacji, bohaterka szybko zdaje sobie sprawę z tego, że rzeczywistość nieco różni się od świata z jej marzeń. Bardzo wcześnie przeszłość pary daje im się we znaki – na horyzoncie znów pojawia się była dziewczyna Petera, co wzbudza w Larze wątpliwości i niemałe kompleksy. Gdyby tego było mało, w jej życie wkracza ukochany z dziecięcych lat – John Ambrose, do którego zaczyna czuć zdecydowanie więcej, niż powinna osoba w szczęśliwym związku. Jak widać, kłopoty w raju pojawiają się w zasadzie tuż po przekroczeniu jego bram i para nastolatków musi zmierzyć się z burzą hormonów i splotem towarzyszących im wydarzeń.

Mimo braku spoilerów czuję, jakbym opowiedziała już cały film – jego fabuła skupia się w zasadzie wyłącznie na niezbyt rozbudowanych i ciekawych wątkach, niemiłosiernie wręcz rozwleczonych na półtorej godziny nużącego seansu.

Nie słowa, lecz obrazy

Wspomniane wcześniej umiejętności młodej obsady, a przede wszystkim ich niebanalny styl gry oraz bardzo autentyczne budowanie postaci, zdecydowanie mogłyby udźwignąć ciężar filmowej kontynuacji. Nic takiego jednak się nie wydarzyło i patrząc chociażby na rolę głównej bohaterki, miałam wrażenie, że cały jej wdzięk ulotnił się wraz z upływem czasu pomiędzy pierwszą a drugą produkcją. Uwielbiany przez tłumy Noah Centineo również nie robi wrażenia, być może głównie z uwagi na fakt, iż w zasadzie nie dostał żadnych dłuższych kwestii, nie mówiąc już o tym, że sama postać nie została w żaden sposób rozbudowana.


Dialogi to zdecydowanie element, którego w PS. Wciąż cię kocham zabrakło. Akcja jest przeplatana sekwencjami, które do złudzenia przypominają YouTubowe vlogi i tutoriale – podobny montaż, ta sama pastelowo-minimalistyczna estetyka. Tego typu ujęć pojawiło się na tyle dużo, że momentami stawały się irytujące. Rozdrażniło mnie, że zamiast na rozwinięcie niektórych wątków czy proste wprowadzenie większej liczby interakcji pomiędzy postaciami, cenny czas ekranowy był marnowany na podobne przebitki.

Kadr z filmu

Pomimo rażących braków, film broni się przede wszystkim przepiękną warstwą wizualną – stylistyka scenografii i lokacji z pierwszej części została utrzymana. Pewien rodzaj jej sielskości i marzycielskości, oddanych w delikatnych kolorach, konsekwentnie jest przełamywany geometrycznymi kadrami, co stanowi prawdziwą ucztę dla oka.

Do trzech razy sztuka

Po seansie najnowszej odsłony perypetii Lary Jean, niesamowicie się cieszę, że film został udostępniony na platformie streamingowej – wyjście do kina, zwłaszcza w walentynkowy wieczór, byłoby zmarnowaniem czasu i pieniędzy. Brak prawdziwego czynnika zapalnego w fabule, a później jej niezgrabne rozwijanie z zupełnym pominięciem punktu kulminacyjnego, to zdecydowanie nie jest przepis na udaną produkcję. Wyjątkowo miło patrzyło się na ciekawie uchwycone w kadrze wnętrza czy piękne twarze aktorów (zwłaszcza głównej bohaterki – koniecznie w pełnym makijażu, tuż po przebudzeniu), nie zmienia to jednak faktu, że sfery wizualnej było nieco zbyt dużo, a zabrakło świeżych i autentycznych dialogów pomiędzy postaciami, co możemy pamiętać z pierwszej części filmu.

Kolejny raz w doborze soundtracku twórcy sięgnęli po rozkoszną mieszankę bardzo współczesnych, popowych brzmień i rocka z lat ‘80, co zdecydowanie podtrzymywało klimat i stanowiło mój ulubiony element podczas dłużącego się seansu.

Trzecia i ostatnia odsłona serii – Always and Forever, Lara Jean jest już w produkcji, dlatego być może już na kolejne Święto Zakochanych możemy spodziewać się wielkiego finału miłosnej historii Lary Jean i Petera Kavinsky’ego. Mając sentyment do pierwszej części filmu, z ogromną nadzieją liczę na to, że twórcy na nowo tchną w swoje dzieło tę lekkość oraz bezpretensjonalność, która zawładnęła sercami widzów na całym świecie.

 

Tytuł oryginalny: To All the Boys: P.S. I Still Love You

Reżyseria: Michael Fimognari

Rok premiery: 2020

Czas trwania: 1 godzina 41 minut

podsumowanie

Ocena
3

Komentarz

Raz osiągnięty sukces bardzo ciężko jest powtórzyć – twórcy drugiej części miłosnych przygód Lary Jean Covey niestety dobitnie tego dowiedli, nie zbliżając się nawet na krok do osiągnięcia poziomu pierwszego filmu tej serii.
Aleksandra Plichta
Wierna fanka Patricka Swayze, psów i braci Shelby. Nie ma czasu na nic, co nie jest serialem, książką albo dobrym kanałem na YT. Wielbicielka muzyki z lat '80 i produkcji kostiumowych. Nie lubi się przytulać.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu