Idealne okrążenie. „Le Mans ‘66” – recenzja filmu

-

W historii motoryzacji pojawiło się już wiele słynnych nazwisk, wybitnych zespołów, kierowców i zapierających dech samochodów, pędzących setki kilometrów na godzinę. Wystarczy jednak połączyć trzy najbardziej znane czynniki – Forda, Ferrari i wyścig w Le Mans – aby zwrócić uwagę zagorzałych fanów czterech kółek i sprawić, by tłumnie stawili się w kinach.
Ford versus Ferrari

Jest rok 1963. Ford Company składa propozycję kupna Ferrari, jednak ówczesny właściciel firmy, Enzo Ferrari, odrzuca ją, jednocześnie obrażając Henry’ego Forda II. Taka zniewaga nie może ujść płazem, zatem istnieje jedno rozwiązanie: pokonać Włocha, budując szybsze auto, które wygra słynny, dwudziestoczterogodzinny wyścig Le Mans we Francji. To nie tylko okazja do pokazania Ferrari środkowego palca, ale także szansa dla amerykańskiego Forda na zyskanie większego rozgłosu w Europie.

Z pomocą przychodzi słynny Carroll Shelby (w tej roli Matt Damon) – niegdyś aspirujący kierowca wyścigowy, który musiał zrezygnować ze swojej pasji ze względu na problemy zdrowotne. Werbuje on do swojego zespołu Kena Milesa (Christian Bale), nieokrzesanego Anglika z wielkim talentem. Panowie, mając do dyspozycji nielimitowane środki od Forda na stworzenie samochodu, który zostawi w tyle te wyprodukowane przez Ferrari, łączą siły i razem rozpoczynają wyścig z czasem, by zdążyć z autem na Le Mans i pokonać wroga.

Samochód idealny

Le Mans ’66 to niezwykle prosty fabularnie film, cechujący się dużą dynamiką. Akcja obraca się nie tyle wokół sporu Forda z Ferrari, co próbie zbudowania samochodu zdolnego wygrać najważniejszy i najbardziej wyczerpujący wyścig. Mimo swojego nieskomplikowania, film ogląda się przyjemnie, z zaciekawieniem obserwując rozwój wydarzeń.

Widz śledzi nie tylko proces powstawania Forda GT40, awarie, zamiany części i testy na torze, ale również ma okazję bliżej poznać samego Milesa i jego rodzinę. Obserwuje także losy przyjaźni kierowcy i Shelby’ego oraz ich zmagania z biurokratyczną stroną Ford Company, której ucieleśnieniem staje się jeden z pracowników firmy, będący swego rodzaju antagonistą.


Niejednokrotnie ten właśnie „czarny charakter” zirytuje odbiorcę do granic możliwości, a to zdecydowanie stanowi plus produkcji – dodaje on bowiem fabule pikanterii i niweluje poczucie oglądania cały czas tego samego. Emocje budzą także relacje Milesa i jego żony, Mollie, oraz syna – Petera, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wspomniana przyjaźń Kena i Carrolla.

Ryk silników

Największą jednak zaletą Le Mans ’66 są niewątpliwie wyścigi. Znakomicie nakręcone i wyreżyserowane sceny zmagań kierowców na torze wbijają w fotel i sprawiają, że widz zaciska ze zdenerwowania pięści, kibicując bohaterowi. Dynamiczne ujęcia, przeplatane doskonałą muzyką i rykiem pracujących na pełnych obrotach silników, uzupełnione o kadry i zbliżenia podczas zmiany biegu w odpowiedniej sekundzie czy operowania pedałami z wyczuciem, nie mają sobie równych. A to wszystko z motoryzacyjną otoczką nostalgicznych lat sześćdziesiątych. Dzięki tym czynnikom ponad dwugodzinny film w ogóle nie nuży.

Do świetnych trzeba także zaliczyć występ Christiana Bale’a, który stworzył niezwykle prawdziwą, wiarygodną i wyrazistą postać. Kena Milesa ogląda się z nieopisaną przyjemnością, a jego historia ukazana przez twórców sprawia, że się do niego przywiązujemy i szczerze mu kibicujemy. Aktor po raz kolejny udowadnia, iż jest kameleonem – niezwykle dobrze wciela się w postać nieco prostacką, perfekcyjnie operując akcentem i mimiką. Ta zresztą niejednokrotnie wzbudzi śmiech.

Duet Bale-Damon sprawdza się na ekranie doskonale. Nie sposób nie docenić charakterystycznej chemii między oboma mężczyznami – w jednej chwili są najlepszymi przyjaciółmi, a w następnej obijają sobie mor… twarze. Matt Damon w roli Shelby’ego ma w sobie ten teksański element, który posiadał projektant. I chociaż jego kreacji trochę dalej do Bale’owskiego ideału, to wciąż uważam, że ze swojego zadania sportretowania słynnego Carrolla wywiązał się znakomicie.

Przegrzane hamulce

Należy jednak pamiętać, że Le Mans ’66 jedynie luźno oparto na prawdziwych wydarzeniach i nie jest to film biograficzny z krwi i kości. Co bardziej zagorzali fani motoryzacji czy ci, którzy znają się na historii potyczek Forda i Ferrari, zauważą fabularne nieścisłości. Tak było chociażby w przypadku fordowskiej oferty kupna włoskiej firmy – skrócone do jednego dnia rozważania i ostateczna odmowa Enza w rzeczywistości trwała dużo, dużo dłużej, a przedstawiciele obu przedsiębiorstw spotykali się wielokrotnie.

Z pracownika Forda zrobiono mściwego biurokratę (nie wymieniam nazwiska, żeby nie spoilerować), wyolbrzymiono także przyjaźń Shelby’ego i Milesa, a historię tego drugiego mocno udramatyzowano, wybierając go na ofiarę pozbawionych serca panów w garniturach. Warto także wspomnieć, że Ken brał już wcześniej udział w ważnych wyścigach, choć twórcy filmu chcą, byśmy myśleli, że został od nich bezceremonialnie odsunięty przez Forda, gdyż nie miał odpowiedniej prezencji i obycia w razie wywiadu przed kamerami.

Idealne okrążenie

Wymieniać nieścisłości można jeszcze długo, ale nie o to w tym chodzi. Może miłośnikom motoryzacji te elementy będą działać na nerwy, jeśli akurat należą do osób wymagających przełożenia historii na ekran jeden do jeden, ale jeżeli do takich się nie zaliczają – Le Mans ’66 zagwarantuje im doskonałą rozrywkę i ogrom emocji.

Film ma w sobie mnóstwo czynników składających się na dobrą produkcję. Jest ciekawy, dynamiczny i dobrze wyreżyserowany, z idealnie dobraną muzyką i doskonałymi, wyrazistymi kreacjami aktorskimi. Wzbudza cały wachlarz emocji – napięcie, irytację, radość, współczucie – a także łączy dramat, biografię, sport i komedię. Niejednokrotnie, w trakcie seansu, uśmiechniecie się pod nosem, widząc, jakie Christian Bale strzela miny, ściśniecie mocniej rękę swojego kinowego towarzysza, gdy wyścigowe podniecenie sięgnie zenitu, lub też uronicie łzę – ale w tym wypadku nie powiem, w jakim momencie.

Jedno jest pewne – Le Mans ’66 to jeden z najlepszych filmów biograficzno-sportowych, jakie widziałam.

 

Tytuł oryginalny: Ford v Ferrari

Reżyseria: James Mangold

Rok powstania:  2019

Czas trwania: 2 godziny 32 minuty

podsumowanie

Ocena
8.7

Komentarz

Doskonale wyreżyserowane, dynamiczne i trzymające w napięciu wyścigowe widowisko, w połączeniu z genialnymi kreacjami aktorskimi Bale’a i Damona sprawią, że 24-godzinny wyścig w Le Mans wzbudzi w was więcej stresu niż egzamin na prawko.
Adrianna Dworzyńska
Geek i fanatyczka popkulturalna. Fascynatka astrofizyki, miłośniczka wszystkiego, co brytyjskie. Członkini wielkiej trójki fandomów. Ceni magię ponad efektami, dlatego kocha Doctora Who i Merlina nad życie. Dyrektor ds. Memologii 2.0, śmieszek 24/7, ale przede wszystkim stuprocentowy hobbit - lubi święty spokój, jedzenie i spanie.

Inne artykuły tego redaktora

1 komentarz

  1. Świetne główne kreacje i zdjęcia. Historia trochę łzawa, ale oglądało się bardzo dobrze na dużym kinowym formacie w ohkinie.

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu