I don’t do silly costumes. „Legends of Tomorrow” – recenzja 4. sezonu

-

Kolejny sezon Arrowverse, w którego skład wchodzą seriale Arrow, The Flash, Supergirl i Legends of Tomorrow, za nami. Znowu mogliśmy towarzyszyć bohaterom serii The CW w ich niebezpiecznych, szalonych i wymagających pracy zespołowej zmaganiach. Od jakiegoś czasu odcinkami, które gromadzą największą liczbę osób przed ekranami, są crossovery. Także i w tym sezonie łączone epizody okazały się, tym co niedźwiadki lubią najbardziej. Wprawdzie w najnowszym crossoverze zabrakło Legend, jednak Flash, Green Arrow i Supergirl poradzili sobie bez nich.

Protagoniści serialu o podróżach do przeszłości i przyszłości musieli zmierzyć się z innymi zagrożeniami. Tym razem nie tylko „naprawiali” czas, ale także stawili czoło różnej maści magicznym stworzeniom, demonom oraz wysłannikowi piekieł. Nie od parady do zespołu dołączył łowca nad łowcami – John Constantine.

Kadr z serialu „Legends od Tomorrow”

Twórcy produkcji Legends of Tomorrow dokonali bardzo dobrego wyboru – zaangażowali Matta Ryana, który kilka lat temu wystąpił już jako tropiciel diabelskich pomiotów w swoim własnym show. Niestety serial nie do końca spełnił oczekiwania widzów, scenarzyści nie zaserwowali nam wciągających i emocjonujących epizodów, jednak aktor grający Constantine’a podbił nasze serca. Co skrzętnie wykorzystały osoby stojące za Arrowverse – najpierw John pomógł Oliverowi Queenowi, a potem Legendom. Teraz znowu wkracza na pokład Waveridera i pozostaje na nim na dłużej.

Po zakończeniu każdego sezonu Arrowverse zadajemy sobie pytanie, która produkcja serii okazała się najlepsza. Tym razem nie trzeba było długo się nad tym zastanawiać. Światła jupiterów skradł obraz Legends of Tomorrow – absurdalny, wywołujący zawroty głowy, ale najbardziej interesujący i przede wszystkim odarty z pseudodramatycznych rozważań. Załoga Waveridera kolejny raz zafundowała nam ostrą jazdę bez trzymanki!


Uwaga, w recenzji pojawią się spoilery.

Demony i stwory

Legendy zrobiły wszystko, by naprawić anachronizmy. Ostatni problem został rozwiązany, załoga Waveridera wreszcie może udać się na zasłużony odpoczynek. Przynajmniej na chwilę, gdyż jak wiadomo, licho nie śpi. Tym razem bohaterowie będą zmuszeni zmierzyć się z nowymi zagrożeniami – tymi magicznymi.

Kadr z serialu „Legends od Tomorrow”

Już w pierwszym odcinku protagoniści odbywają podróż do roku 1969. W Woodstocku trafiają na cieszących się życiem hipisów i… jednorożca. Tak, dobrze widzicie, konia z rogiem, takiego z bajek i podań. Jednak daleko mu do kochanego i niewinnego stworzenia. Ten jednorożec jest spragniony krwi i nie tylko (biedny Gary!). Nie pokonacie go tęczę, tutaj potrzeba większej siły rażenia, takiej z zaplecza Constantine’a.

Jeżeli myślicie, że jednorożec to najdziwniejsze, co mogło się pojawić w Legends, musicie obejrzeć drugi odcinek czwartego sezonu. Pamiętacie wróżkę chrzestną z Kopciuszka? Tak, dokładnie tak! Poczciwa czarodziejka wkracza do serialu – z gracją, cała ubrana na niebiesko, z wielką różdżką i… niebezpieczna! Nie nadepnijcie jej na odcisk, w przeciwnym razie staniecie się jej wrogami numer jeden.

A to dopiero początek niesamowitości, jakimi raczą nas producenci obrazu.

Magia bywa niebezpieczna

Magię należy zwalczać magią, dlatego John dołączył do załogi Waveridera. Choć nie tylko to jest powodem, bohater ucieka przed Neronem, który rości sobie prawa do duszy protagonisty. Jakiś czas temu Constantine zmierzył się z wysłannikiem piekła, wprawdzie wygrał to starcie, odesłał demona do czeluści, ale stracił bliską sobie osobę. Teraz zrobi wszystko, byle tylko historia się nie powtórzyła.

Kadr z serialu „Legends od Tomorrow”

Neron to główny zły tego sezonu. Niebezpieczny, nieobliczalny i czarnym poczuciem humoru. Kiedy opętuje ciało jednego z bohaterów, sprawy przybierają dość ciekawy obrót. Niby Neron jest zły i należy go pokonać, jednak cały serial to jedna wielka parodia. Twórcy biorą magiczne motywy, znane z innych filmów, seriali czy książek, i przedstawiają je niejako w krzywym zwierciadle. W końcu w Legends of Tomorrow chodzi o rozśmieszenie odbiorcy, osoby odpowiedzialne za produkcję nie czynią z niej czegoś, czym nie jest, to ma być show. I tym się okazuje. Wprawdzie dość tęczowe, lukrowane i zwariowane show, ale to się sprawdza, odbiorcy chcą je oglądać, chcą uczestniczyć w tej dziwnej przygodzie.

Co tym razem wyrabiają protagoniści? Kradną psy królowej angielskiej, szukają Minotaura, mierzą się z wilkołakiem czy też stawiają czoła hinduskiemu bóstwu miłości. A to jedynie wierzchołek góry lodowej ich dokonań.

W jednym z epizodów ekipa wybiera się na obóz. Nie zacieśniają więzi, nie siedzą przy ognisku, nie śpiewają piosenek – są tam w celach zawodowych. Muszą znaleźć osobnika odpowiedzialnego za porwania obozowiczów. Wtapiają się więc w tło – zostają opiekunami – i śledzą podejrzane jednostki. W kolejnym odcinku stawiają czoła nawiedzonej laleczce (zapewne domyślacie się, do jakich produkcji jest to nawiązanie). W jeszcze jednym John zmienia przeszłość i musi się mierzyć z konsekwencjami tego czynu. Constantine stara się naprawić swój błąd, który doprowadził do wielkich komplikacji. A żuk prawdy? Tak, jest taki owad, przez którego każdy musi mówić prawdę. Co z tego wyniknie? Wiele zawirowań. Nie możemy także zapomnieć o musicalowym epizodzie. Legendy… śpiewają! To trzeba zobaczyć i usłyszeć.

Kadr z serialu „Legends od Tomorrow”

Szalone i cudowne

Ernest Hemingway, królowa Elżbieta, Richard Nixon – lista postaci znanych z historii, które pojawiają się w obrazie, jest dłuższa. Do ekipy dołączają także nowe twarze – Mona, pracownica Biura Czasu, niesamowicie sympatyczna, kochana i przezabawna osoba, oraz Charlie, czyli zmiennokształtna. Przybiera ona postać byłej członkini ekipy – Amayi. Do tego nie należy zapominać o jeszcze jednym bohaterze – Hanku, ojcu Nate’a, granym przez znanego z serii Powrót do przeszłości Thomasa F. Wilsona. Powraca również Nora Darhk.

Dzieje się, oj, dzieje. Każdy epizod to coś szalonego i niesamowitego, twórcy popuszczają wodze fantazji i serwują nam absurdalne wątki, które ciekawią i bawią. W tym tkwi siła serialu – jego zadaniem jest dostarczenie nam sporej dawki humoru, i tak się dzieje.

Kadr z serialu „Legends od Tomorrow”

Legends of Tomorrow nie są ambitnym serialem. To zwariowana produkcja, która niejednokrotnie przesuwa granice absurdu na wyższy poziom. Ale dobrze się ją ogląda, a bohaterowie okazują się cudowni i niesamowici. Oby kolejny sezon był równie dobry.

GrafikaThe CW

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

Takie seriale wypadają lepiej niż pseudo-dramaty superbohaterskie. To zabawny, lekki i nieprzewidywalny obraz, który okazuje się najciekawszym w Arrowverse.
Monika Doerre
Dawno, dawno temu odkryła magię książek. Teraz jest dumnym książkoholikiem i nie wyobraża sobie dnia bez przeczytania przynajmniej kilku stron jakiejś historii. Później odkryła seriale (filmy już znała i kochała). I wpadła po uszy. Bo przecież wielką nieskończoną miłością można obdarzyć wiele światów, nieskończoną liczbę bohaterów i bohaterek.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu