Dzieciaki kontra reszta świata. „The Blackout Club” – recenzja gry

-

Co takiego skrywa małe miasteczko na przedmieściach? Skąd dochodzą te dziwne dźwięki? Dlaczego nikt oprócz nas tego nie widzi i nie wierzy w to, co mówimy? Pozostaje nam tylko zebrać ekipę, zdobyć dowody i rozwiązać tę mrożącą krew w żyłach tajemnicę.

The Blackout Club to kooperacyjny FPS z gatunku horroru survivalowego. Producentem i jednocześnie wydawcą gry jest Studio Question LLC, założone w 2013 roku przez Stephena Alezandera oraz Jordana Thomasa. Warto wspomnieć, że ci panowie pracowali również nad serią Bioshock, a także swoim autorskim projektem, Magic Cirlce. Produkcja dostępna jest na PlayStation 4, Xbox One i komputery osobiste.

Screen z gry

Tajemnica miasteczka

The Blackout Club opowiada historię małego miasteczka, skrywającego mroczny sekret. Każdej nocy wszyscy w mieście wstają ze swoich łóżek i zaczynają lunatykować. Żeby było jeszcze dziwniej, nad ranem nikt z mieszkańców nie ma pojęcia, co się działo i co robili kilka godzin temu w czasie snu. Grupa nastolatków przypadkowo odzyskuje świadomość podczas tych nocnych manewrów. Niektórzy z nich budzą się w środku lasu, na torach kolejowych, nie wiedząc, w jaki sposób tam dotarli. Odkrywają za to mrożącą krew w żyłach tajemnicę rodzinnego miasteczka. Znajdują w swoich piwnicach przejścia do wypełnionego tunelami labiryntu, w którym dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Kiedy starają się opowiedzieć o tym rodzicom czy policji, nikt im nie wierzy. Dzieci postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i zakładają klub – The Blackout Club, który ma jeden cel – dostarczyć dorosłym dowody i dotrzeć do sedna sprawy.

Dobry wstępniak

Przed rozpoczęciem rozgrywki w The Blackout Club czeka na nas dość obszerny tutorial, który świetnie wprowadza w klimat, historię oraz przedstawia mechanikę gry. Przejście całego wstępu zajęło mi prawie godzinę, jednak już podczas samouczka bawiłam się świetnie. Pozwolił mi on na poznanie zasad sterowania postacią, podstawowych reguł działania niektórych przedmiotów oraz przeciwników. Dzięki temu rozpoczęcie rozgrywki online z innymi graczami nie sprawiało mi żadnych problemów, nie obawiałam się, że nie będę wiedziała co robić lub jak zachować się w obliczu niebezpieczeństwa. Choć trzeba zaznaczyć, że tutorial różni się od tego, co czeka nas podczas misji zleconych przez nasz klub.


Screen z gry

Wsiąść do wagonu, nie byle jakiego 

Po przejściu samouczka nasz bohater ląduje w starym, opuszczonym wagonie, przerobionym na bazę dzieciaków. Tam poznaje resztę ekipy i przygotowuje się na rozpoczęcie walki ze złoczyńcami. Jest to równocześnie główne miejsce, w którym będziemy mieli możliwość modyfikowania swojej postaci pod kątem jej wyglądu lub umiejętności. Gracze mogą tworzyć własne awatary i dostosowywać je według uznania, odblokowując nowe ubrania, gesty i fryzury. Na początku nie mamy większego wyboru, a dostępne opcje nie powalają. Wraz ze zdobywaniem doświadczenia odkryte zostaną także nowe zdolności bohaterów.  

Wspomniany przeze mnie wagon to również lobby, w którym będziemy oczekiwać na innych graczy. W The Blackout Club został zastosowany system drop-in, natomiast rozgrywka odbywa się w maksymalnie czteroosobowym składzie. Gdy wybierzemy odpowiednią misję i zainicjujemy jej start, możemy poczekać, aż ktoś dołączy do zabawy lub wskoczyć do istniejącego już pokoju. Co ciekawe, mamy opcję rozpoczęcia kampanii w pojedynkę. Jednak po kilku takich rundach zdecydowanie tego nie polecam, ponieważ The Blackout Club opiera się nie tylko na umiejętnym skradaniu, ale także na współpracy. Ale o tym za moment. 

Gdy wszystko już zostanie ustalone czas, na rozpoczęcie zabawy. Twórcy zadbali oto, aby rozgrywki były inne od poprzednich, dzięki temu produkcja nie nudzi się zbyt szybko, natomiast każda noc okaże się jedyna w swoim rodzaju. Łupy, wrogowie oraz inne elementy gry zmieniają się wraz z kolejną rundą. Cele misji różnią się w zależności od poziomu gracza oraz postępu rozwoju jego postaci. Jedyne, co pozostaje niezmienne, to otoczenie.

Screen z gry

Czas zebrać dowody

Na czym polegają misje? Cele do ukończenia rozgrywki są różne i wymagają rozmaitych rozwiązań. Na przykład pozyskanie dowodów, niezbędnych dzieciom do ujawnienia prawdy o dziwnych zdarzeniach z ich okolicy. Nie wspomniałam jeszcze o przeciwnikach, którzy skutecznie utrudniają nam te zadania. Można wyróżnić cztery rodzaje wrogów: lunatykujących dorosłych, Sleeperów, Lucid oraz Shape’a. Dwie pierwsze grupy to postacie, które nas nie widzą, natomiast doskonale słyszą każdy, najcichszy szelest. Dlatego w The Blackout Club, podczas poruszania się ulicami miasta, trzeba być naprawdę cicho i nie zwracać zbytnio na siebie uwagi. Ważne, aby skradać się i chować w zaciemnionych miejscach. Lucid została wyposażona w doskonały wzrok oraz latarkę, przeczesuje otoczenie w poszukiwaniu szwendających się intruzów. Jednak najbardziej stresującym momentem gry jest pojawienie się niewidzialnego przeciwnika – Shape’a, który poluje na najmniej ostrożnego i „grzeszącego” uczestnika eskapady. Pytanie brzmi: jak zabić niewidocznego stwora? Otóż nie da się. Gdy tylko się pojawi, należy uciekać gdzie pieprz rośnie i kryć się (najlepiej w szafie). Zobaczyć go można jedynie, kiedy zamkniemy na moment oczy. Wtedy warto współpracować i informować swoich kompanów o tym, gdzie upiór zmierza lub kogo goni. Jeśli Shape złapie któregoś z naszej ekipy, przejmuje jego umysł, a jedynym sposobem na przywrócenie towarzysza do żywych jest podejście do niego i wybudzenie go z letargu.

Screen z gry

Oprócz wrogów na graczy czekają różnego rodzaju pułapki, na przykład drony, wykrywające ruch i alarmujące, gdy jakiś zarejestrują. W The Blackout Club nie brakuje zasadzek oraz stresujących sytuacji, dlatego też cała wasza ekipa musi połączyć siły, aby stawić czoła zagrożeniom. Pomogą w tym przedmioty takie jak: haki do wspinaczki, petardy, a nawet pianka do golenia. Gra daje dużą możliwość w eksperymentowaniu z umiejętnościami i zdobytym ekwipunkiem tak, by znaleźć kreatywne rozwiązanie każdego problemu. Na przykład, wspomniana przeze mnie pianka, okaże się skuteczna podczas amortyzowania skoku z wysokości lub zalania skanującego otoczenie drona. Ten element gry bardzo mi się spodobał. Mamy sporą swobodę przechodzenia każdej misji we własnym tempie oraz na swój sposób. Nie ma idealnego przepisu na zwycięstwo.

Screen z gry

Welcome to the Blackout

W The Blackout Club można wyczuć klimat podobny do poprzednich produkcji twórców. Coś jest w tej grze, co przypominało mi dwa pierwsze Bioshock’i. Zwłaszcza charakter i nastrój surowego, podziemnego labiryntu. Pomijając to, oprawa graficzna wygląda dobrze. Nie natrafiłam na rażące bugi czy niedociągnięcia. Całość została zachowana w upiornej i tajemniczej atmosferze. Dodatkowo trzymająca w napięciu ścieżka dźwiękowa bardzo dobrze zgrała się z panującym tutaj mrokiem. Przez to każda ucieczka przed Sleeperem lub Shapem podnosiła mi nieco tętno. 

Cicho! Schowaj się!

Mechanika w grze bardzo mi się podobała. Elementy składanki połączone z kooperacją świetnie się sprawdziły. Pokuszę się o stwierdzenie, że The Blackout Club budziło we mnie pewne skojarzenia z serią Left4Dead. Czterech śmiałków, mających pewną misję, na koniec której muszą uciec do bezpiecznego schronu. Tylko tutaj, zamiast krwawej jatki zombiaków, otrzymujemy ciche skradanie i unikanie kontaktu z przeciwnikiem. Natomiast poziom trudności jest dość wysoki. Wrogowie są bardzo wyczuleni na nasz ruch, więc trzeba być naprawdę czujnym. Ucieczka przed Shaperm również nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza, że go nie widać!

Za to zdziwił mnie fakt, iż podczas rozgrywki online można opuścić swoich kompanów w dowolnym momencie. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze jest czas na dokończenie gry, bo akurat coś nam wypadło. Jednak będąc w dwuosobowej drużynie moment, gdy twój kolega z ekipy nagle wychodzi, stawał się frustrujący, ponieważ w pojedynkę grało się znacznie trudniej, a niektóre misje wręcz wymagają większej liczby osób. We wspomnianym przeze mnie Left4Dead taki problem rozwiązano zamianą współzawodnika na bota, dzięki temu można było kontynuować kampanię. Dodatkowo minusem jest jedna i ta sama mapa. Wiadomo, akcja rozgrywa się w konkretnym miejscu, a każda noc niesie ze sobą różne zadania dla klubu. Jednak bieganie ciągle po tych samych domach i okolicy z czasem może okazać się nużące. Twórcy zapewniają natomiast, że dodatkowy content z pewnością się pojawi.

Screen z gry

Gdy zapadnie noc

The Blackout Club to dobry tytuł z gatunku horroru. Mam nadzieję, że produkcja będzie rozwijana i wspierana przez twórców, ponieważ posiada spory potencjał. Myślę, że spodoba się fanom mrocznych kooperacji, takich jak na przykład seria Left4Dead, choć brakuje w niej rzezi nadciągającej hordy nieumarłych. Poziom trudności momentami bywał frustrujący, a jednocześnie ekscytujący. Bardzo podoba mi się skradanie i współpraca z współzawodnikami. Gra trzyma poziom i z pewnością jeszcze nie raz do niej powrócę.

  • Poziom trudności,
  • Element składanki,
  • Kooperacja między graczami,
  • Klimat.

 

  • Wygląd postaci,
  • Biedna customizacja na początku.

 

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

„The Blackout Club” to bardzo dobra kooperacja z dreszczykiem. Ale pamiętajcie, musicie być naprawdę cicho!
Natalia Jóźwiak
Zabiegana artystka, stale poszukująca nowych wyzwań. Lubi spędzać wolny czas przy grach komputerowych, jak również pochylić się czasem nad planszą. Próbuje robić ładne zdjęcia. Matka Smoków, a raczej jednego, który jest jeżem.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu