Wywiad z Lupo Art Games

Już niebawem, bo 5 listopada, rozpocznie się kampania crowdfundingowa, mająca na celu ufundowanie nowej gry od Lupo Art GamesOdyseja. Wydawnictwo znane jest z gier o niezwykłej, cieszącej oko, kolorowej szacie graficznej i tytułach idealnych nie tylko dla dzieci, ale także dla dorosłych – wystarczy spojrzeć na sukces Aarrr! (naszą recenzję przeczytacie TUTAJ). Nie inaczej będzie w przypadku zapowiedzianego tytułu, a dziś mamy dla was wywiad z twórcami Odysei – Przemysławem Dmytruszyńskim oraz Alicją Kocurek, która stworzyła przepiękne ilustracje.

Popbookownik: Jak dokładnie narodził się pomysł na grę planszową? Dzieci krzyczały, że się nudzą, czy może chciał Pan po prostu spróbować czegoś nowego?

Przemysław Dmytruszyński: Moje córki zawsze mają mnóstwo pomysłów. Kiedy były młodsze, nie wolno było ich spuszczać z oka nawet na pięć minut. Nie byłem tego świadom do chwili, kiedy moja żona wyjechała na kilka dni i pierwszy raz zostałem z nimi sam. Pierwszego dnia musiałem szorować białą elewację domu z odcisków ich ubłoconych dłoni. Drugiego dnia młodsza córka złamała nogę w trakcie tańca… Musiałem ją pocieszać i wymyślić jakieś fajne wspólne zajęcie. Dziewczynkom pomysł zrobienia własnej gry bardzo się spodobał, więc bardzo szybko stworzyliśmy pierwszy prosty prototyp, a chwilę później kolejny.

Popbookownik: Wielu powiedziałoby, że pirackie motywy najbardziej interesują chłopców. Jakie zatem były pierwsze reakcje córek na taki pomysł?

PD: W naszym domu nie ma podziału na tematy dziewczyńskie i chłopackie. Każdy robi to, czym się interesuje. To one chciały zrobić grę o piratach. Wtedy uwielbiały oglądać bajkę o małym piracie i same wybrały temat. Ja później podsunąłem pomysł na to, co może się w grze dziać i wspólnie z dziewczynkami stworzyliśmy mechanikę. Pierwsze ilustracje do naszej gry zrobiły córki, do dzisiaj przechowujemy karty z nimi.

Popbookownik: Czy dzieci są Państwa najwierniejszymi fanami i kibicami?

PD: Córki są naszymi pierwszymi testerami i najtrudniejszymi recenzentami. Nie mają nad nami litości. Nie posyłamy gry do dalszych testów, nie podkręciwszy jej najpierw po ich wstępnych uwagach. Nie podzielają pasji do planszówek w takim stopniu jak ja, mają własne zainteresowania, ale wieczorną partyjką w dobrą planszówkę nie pogardzą. Rajcuje je, że robimy to, co robimy. To dobrze, kiedy rodzic ma jakieś wyraziste zainteresowanie, a dziecko zawsze wspaniale się czuje mogąc w nim współuczestniczyć. Dziewczyny miały ogromną satysfakcję, kiedy mogły wziąć do ręki pięknie wydane Aarrr!, zwłaszcza, że do gry weszły niektóre karty ich pomysłu. Wszystkie dzieciaki, jakie widziałem, miały wypieki na twarzy, grając w Aarrr!. Natomiast to rodzice dokonują zakupu i przekonali się do nas dzięki pięknym ilustracjom i prostej mechanice, która pozwala na szybkie wprowadzenie do gry swoich pociech. Myślę nieskromnie, że naszymi kibicami są całe rodziny.

Popbookownik: Pani Alicjo, nie można zaprzeczyć, iż w Pani pracach zakochują się dorośli. Czy dzieci równie entuzjastycznie podchodzą do tych ilustracji?

Alicja Kocurek: Trzeba o to zapytać dzieci, a nie mnie, ale ze swojej strony mogę powiedzieć, że moje podejście do pracy nad ilustracjami dla dzieci jest takie, iż muszą one być tak samo dobre i tak samo wyrafinowane jak te dla dorosłych. Często spotykam się z uproszczeniem różnych przekazów adresowanych do dzieci, dotyczy to także ilustracji. Denerwuje mnie takie podejście, bo zakłada ono, że dziecko nie jest w pełni wartościowym odbiorcą, dlatego można dla niego robić rzeczy mniej wymagające, łatwe czy uproszczone. Ja staram się robić odwrotne.

PD: Moja żona, Anula, zawsze podkreśla, że to od nas zależy, jakich w przyszłości będziemy mieli specjalistów, polityków, obywateli.  Mamy na to wpływ, dostarczając dzieciom wartościowych treści i otaczając ładnymi, dobrze zaprojektowanymi przedmiotami. Dziecięcej wyobraźni nie trzeba rozpalać, wystarczy jej nie gasić sztampą, powtarzalnością. Nie pchajmy dzieci w szablon, bez oryginalnych rozwiązań nasza cywilizacja wyginie.

Popbookownik: Pani Alicjo, czy miała Pani okazję zaprezentować swoje prace najmłodszym? Jak na nie reagują?

AK: Tak, oczywiście. Jestem ilustratorką, ilustruję także książki dla dzieci, więc najmłodsi mój „target” ;). Przede wszystkim dzieci odbierają moje ilustracje zupełnie inaczej niż wyobrażają to sobie ich rodzice. Niekiedy spotykam się z opiniami rodziców czy zleceniodawców, że moje rysunki są zbyt „mroczne” lub zbyt „niepokojące” dla ich pociech. Tak, jakby dziecięce mózgi były gotowe tylko na odbiór tęczowych jednorożców skaczących po różowych chmurkach. Myślę, że w głowie dziecka, tak, jak w głowie dorosłego, pozostaje nie ten obraz, który jest słodki i uroczy, ale ten, który jest intrygujący, może nawet i niepokojący. Z moich obserwacji wynika, że dzieci chcą patrzeć na moje prace, wciąga je ten świat, zatrzymuje ich uwagę na dłużej i zaprasza w głąb siebie.

Popbookownik: Maluchy często widzą to, co niewidoczne jest dla starszych. Czy w Pani rysunkach najmłodsi dostrzegają coś więcej, niż zamierzała Pani przekazać?

AK: To także jest pytanie do dzieci, nie do mnie. Jednak pamiętam siebie jako dziewczynkę, która miała wielką radość z tego, że może jakąś ilustrację w książce oglądać godzinami i ciągle odkrywać nowe szczegóły. Dlatego staram się zapewnić odbiorcom wysoki stopień zagęszczenia ilustracji, który pozwala na odkrywanie po czasie jakichś nowych elementów czy ukrytych w nich historii.

PD: Pozwolę sobie wspomnieć o mojej wizycie z Odyseją w przedszkolu. Kiedy już dzieci zagrały w najprostszą wersję gry i obejrzały wszystkie ilustracje to zapytałem , która z nich najbardziej im się podobała. Odpowiedź większości była zaskakująca. Otóż nie planeta kotów czy motylków, tylko planeta sztucznej inteligencji, przedstawionej jako mózg zamknięty w szklanym pojemniku, z podłączonymi do niego monitorami. Podkreślę, że najgłośniej mówiły o tym dziewczynki :).

Popbookownik: Czy granie w gry planszowe z dziećmi jest ważne, a jeśli tak to dlaczego?

AK: Dla mnie, jako mamy dziewięcioletniej córki, gry planszowe to wspaniały sposób, żeby fajnie spędzić czas z całą rodziną, pośmiać się, powygłupiać. Bardzo to lubimy, daje nam to wszystkim przyjemność.

PD: Granie w planszówki to odpowiedź na problem samotności w XXI wieku. Przebywa się z ludźmi z krwi i kości, wchodzi się w relację z człowiekiem, nie z awatarem. To jedna zaleta, a drugą jest nauka planowania i ponoszenia konsekwencji. Mam wrażenie, że dzisiejszej młodzieży najtrudniej wychodzi przegrywanie. Hodowani na liderów, nie rozumieją, że przegrana to nie porażka, tylko nauka budowania strategii na przyszłość. Planszówki naprawdę mają ogólnorozwojowe zalety, dlatego w Lupo Art dbamy także o ich dizajn.

Popbookownik: W grach dla dzieci istotniejsza jest dobra mechanika czy warstwa wizualna?

AK: Myślę, że obydwie rzeczy są bardzo ważne. Jeśli mechanika będzie kiepska to, choć gra byłaby przepięknie zaprojektowana, będzie po prostu nudna, nikomu nie będzie chciało się jej wyciągać z pudełka. Jeśli gra będzie brzydka to kolejna tragedia, bo narażamy oczy swoje i naszych dzieci na obcowanie z kiczem i chłamem. A mamy wokół siebie, niestety, pełno kiczu i chłamu. Dlatego tak ważne jest, żeby wybierać rzeczy wartościowe, kształtujące wrażliwość estetyczną. Ja nie kupuję brzydkich gier czy brzydkich książek, chcę się otaczać tym, co jest dobre dla moich oczu.

PD: Tak, tego nie da się rozgraniczyć, to naczynia połączone. Zwłaszcza w wypadku dzieci, one są totalne. Jeśli zauważą jakąś niekonsekwencję w ilustracji – czy to będzie książkowa czy growa – nie będą już w stanie skupić się na fabule. W grach, tak, jak w każdej, dziedzinie życia, dla dzieci trzeba się szczególnie starać :). Dorośli potrafią racjonalizować, przejść ponad jakąś niedoskonałością, przedkładając zalety. Ale i w grach dla starszaków jest parę tytułów, w które z żoną nie zagramy, bo chociaż mechanika jest zacna, przy każdym pociągnięciu karty słyszę „matko, jakie to brzydkie” :).

Popbookownik: Jak oceniacie Państwo obecny rynek gier planszowych skierowanych do dzieci? Czy Państwa propozycje są sposobem na uzupełnienie tego, czego na tym rynku brakuje?

AK: Gry są przede wszystkim baaardzo drogie, ceny są nieadekwatne do zawartości pudełka. Przez to, dla wielu ludzi, są mało dostępne. Jest też wiele gier po prostu zrobionych byle jak.

PD: Rynek gier dla dzieci jest bardzo nasycony. Generalnie rynek gier to matnia :). Małym wydawnictwom jest trudno, głównie ze względów logistycznych. Nie dysponujemy parkiem maszynowym i sztabem PR. Przy pierwszej grze, Aarrr!, wszystko z żoną robiliśmy sami, łącznie z kompletowaniem zawartości pudełka. Proszę sobie wyobrazić nasz salon – dwa psy, trzy koty, dwoje dzieci, świnka morska i tysiąc talii do skompletowania :). Udało się z pomocą sąsiadów i rodziny, daleko nam do profesjonalizmu.

Z dużymi wydawnictwami nie stajemy w zawody, wydają po trzy tytuły w czasie, kiedy my rozsyłamy testerom po kraju nasze ręcznie robione prototypy. Ale nas to nie zniechęca, bo mamy trochę inny target. Naszą niszą jest dizajn, promujemy młodych, polskich ilustratorów i korzystamy z krajowych drukarni. Mamy jasny cel, jesteśmy trochę slow, ale widzimy, że są odbiorcy, którzy to właśnie szanują. Ponadto, od października działamy jako Fundacja Lupo Art Sztuka Myślenia. Nasze pomysły, projekty i poczucie misji wyszły daleko poza ramy wydawnictwa. Można powiedzieć, że znaleźliśmy sobie niszę w niszy :).

Popbookownik: Czy Państwa najnowsza gra, Odyseja, która niebawem pojawi się na platformie crowdfundingowej, ma wypełniać tę niszę i czy zaserwuje nam coś świeżego i zachwycającego? Na razie wszystko owiane jest tajemnicą, proszę uchylić nam rąbka.

PD: Odyseja jest dla nas samych sporym zaskoczeniem. Myślałem, że przede wszystkim skupimy uwagę dzieci, lecz okazało się, że dorośli są nawet bardziej zainteresowani. Mechanika wykorzystująca zapamiętywanie sprawia, że musimy sięgać po zupełnie inne umiejętności, uruchomić zakurzone pokłady wyobraźni. Przez to gra jest bardzo zaskakująca, nagle okazuje się, że to nie jest takie proste – wygrać z sześciolatkiem. Odyseja to projekt znacznie szerszy, to coś więcej niż gra planszowa. Nie mogę w tej chwili uchylić więcej rąbka tajemnicy, powiem tylko, że zaangażowaliśmy sztab wspaniałych ludzi do robienia świetnych rzeczy :). Także – tak, zdecydowanie czeka Was coś świeżego i zachwycającego.

Popbookownik: Najtrudniejszą rzeczą w tworzeniu gier jest…?

PD: Dla mnie to wprowadzenie gry na rynek i pokazanie jej światu. Dziś jesteśmy codziennie bombardowani informacjami o nowych produktach , które zrewolucjonizują to czy tamto. Żeby zwrócić uwagę na to, co zrobiliśmy, musimy jakoś zaskoczyć ludzi. Nie wystarczy pokazać i powiedzieć: „patrzcie, co mam i bierzcie”. O ile wymyślenie dobrej historii przychodzi z czasem i układa się w głowie bez problemu, to zaprezentowanie jej i pielęgnowanie sprawia mi najwięcej kłopotów.

Popbookownik: Jakie trudności napotkali Państwo przy okazji kreowania Odysei?

PD: Sama koncepcja powstała bardzo szybko. Adam Kałuża, współautor Odysei, pokazał mi grę o bardzo prostej mechanice. Transformacja tego pomysłu przebiegła w mojej głowie błyskawicznie.
Pierwsza  trudnością było wymyślenie tych wszystkich planet, ale udało się to dzięki bogatej wyobraźni Alicji.

Po jakimś czasie wielu testerów pokazało nam, że gra wywołuje pewne schematyczne zagrania. I dopiero podczas testów w Katowickiej kawiarni planszówkowej Ludiversum spotkaliśmy człowieka, który wskazał nam drogę do rozwiązania tego problemu. Dzięki Markowi wpadliśmy wreszcie na to, jaki likwidujący ten kłopot drobny mechanizm można wprowadzić.

Myślę, że teraz czeka nas najtrudniejsze zadanie, czyli przeprowadzenie akcji tak, żeby zebrać potrzebną kwotę do wydania gry.

Popbookownik: Od czego najlepiej zacząć tworzenie własnego tytułu? Czy poziom zaawansowania jako planszówkowy gracz ma tu jakieś znaczenie?

PD: Ma i to duże, ale to nie jest warunek konieczny, czego idealnym przykładem jest wydana przez nas gra Aarrr!.

Doświadczenie pozwala szybko wyłapać podstawowe błędy, ale może też narzucać schematy i rozwiązania z gier, które już znamy. Gdybyśmy w Lupo szli tylko ścieżkami wydeptanymi przez innych, nie wykreowalibyśmy tak unikatowych gier jak Aarrr! czy Odyseja. Dlatego również proces powstania gry, testowania, ubrania w ilustracje trwa u nas bardzo długo.

Popbookownik: Zbierają Państwo gry planszowe, czy raczej fizycznie w domu posiadają tylko te ulubione?

PD: Ja mam w sobie coś ze zbieracza i kolekcjonera, ale wszystkie wolne środki przeznaczam aktualnie na Odyseję, więc gry kupuję bardzo rzadko. Aczkolwiek zdarza się, raz na pół roku, jakaś okazja lub ulegnę tzw. hype’owi i w tajemnicy przed żoną zakupię grę, a później kombinuję, jak Anulę o tym poinformować…

Mam kilka tytułów, których nie da się już kupić, znalezionych w sklepie ze starociami lub na aukcjach. Dla mnie te gry są najbardziej wartościowe. Na przykład pierwowzór Ryzyka czy gra, którą Volvo dodawało do zakupionego samochodu kilkadziesiąt lat temu.

Popbookownik: Czy planują Państwo wydać grę dla dojrzałych odbiorców, czy jednak głównym targetem wydawnictwa pozostaną dzieci?

PD: Wcześniej czy później będziemy chcieli zmierzyć się z tym. Nie chcemy ograniczać się tylko do najmłodszych. Nie zamierzamy się również ograniczać tylko do gier planszowych. Jednym z takich pierwszych interdyscyplinarnych projektów jest właśnie Odyseja.

Popbookownik: A dla kogo będzie Odyseja? Starszych, młodszych, czy może będzie to pozycja łącząca pokolenia?

PD: Jak wspomniałem wyżej, nasza gra elektryzuje także dorosłych, więc to zdecydowanie propozycja łącząca pokolenia. Oprócz gry, w ramach projektu Odyseja, będzie jeszcze kilka unikalnych propozycji. Dobra, trochę uchylę rąbka – udało nam się namówić kilku zaprzyjaźnionych ludzi pióra do pisania opowiadań inspirowanych ilustracjami. W zeszłym roku, jadąc w góry z córkami, wziąłem na stopa młodego człowieka. Okazało się, że właśnie wraca z podróży autostopem po Rosji. Ja jestem ciekawski, więc zasypałem go pytaniami i dowiedziałem się, że wydał już jedną powieść. Nie znając jego stylu od razu zapytałem, czy nie chciałby napisać opowiadań o planetach i w ten sposób projekt wystartował.

Dzisiaj Michał Baranek, ukrywający się pod pseudonimem Sławomir Michał, wydał już dwie znakomite powieści i napisał kilka raportów z obserwacji planet. Kilka miesięcy temu poznałem w Muzeum Ziemi Kępińskiej Marcina Wiatraka, „Lekta”. Marcin jest felietonistą, redaktorem i ghost writerem oraz pracownikiem tegoż muzeum. Kiedy tylko zobaczył planety i usłyszał o opowiadaniach, od razu zarezerwował sobie planetę Don Kichota :).

Liczę również na to, że Anula, moja żona, jeszcze napisze kilka opowiadań. Anula zadebiutowała zanim jeszcze powstało nasze wydawnictwo, ma na koncie dwie książki dla dzieci i jestem jej absolutnym fanem. Opowiadania dla Lupo Art tworzy jeszcze kilku autorów. Montujemy słuchowiska, robimy film, mamy w głowach aż nadmiar pomysłów :). Od momentu kiedy Alicja pokazała nam pierwszą planetę, wiedziałem że coś takiego musi powstać.

Popbookownik: Dziękujemy za rozmowę.

Przemysław Dmytruszyński: Dziękuję.

Alicja Kocurek: Dziękuję.

 

Jak wspominaliśmy, kampania Odysei wystartuje już za 3 dni. Będziemy informować na bieżąco o jej postępie na naszym Facebooku. Zachęcamy do śledzenia newsów na jej temat i oczywiście do wspierania! Tytuł pojawi się na platformie zagramw.to.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.