Sposób na gumową kaczuszkę. „Little Big Workshop” – recenzja gry

-

Stół, krzesło, wiaderko, gumowa kaczuszka. Jak to jest zrobione? Czy tworzenie różnego rodzaju produktów stanowi bułkę z masłem? Każdy inżynier powie wam, że planowanie wyrobów gotowych, od zamówienia aż po dostawę do klienta, to godziny ciężkiej pracy. Przekonacie się o tym sami, odpalając symulator warsztatu, Little Big Workshop.
Surowce

Pozycja od Mirror Games proponuje wam wcielenie się w właściciela własnej firmy produkcyjnej. Z początku niewielki warsztat może później przerodzić się w całkiem dobrze prosperujące przedsiębiorstwo. Nie będzie to jednak takie łatwe.

Rozgrywka w Little Big Workshop, krótko rzecz ujmując, polega na zdobywaniu zleceń, realizowaniu ich zgodnie z wymaganiami klienta i dostarczeniu do niego gotowego produktu. Wymaga to jednak od gracza większej liczby działań, niż mogłoby się zdawać. Nie od dziś wiadomo, że firmę tworzą ludzie, zatem trzeba zatrudnić odpowiednich specjalistów i pomocników, zapewnić im nie tylko stanowiska pracy, ale także miejsce, w którym będą odpoczywać. Dodatkowo gracz musi pamiętać o tym, by stworzyć przyjazne środowisko – nasi monterzy, pakowacze, szwacze i reszta załogi potrzebuje potrzebują zieleni, ozdób oraz wszelkich elementów poprawiających ich komfort. Nic jednak nie będzie możliwe bez odpowiedniego budżetu, a pieniądze nie rosną na drzewach. Chociaż do dyspozycji będziemy mieli jakąś pulę „złotych monet” do wydania, to te zasoby szybko się skończą. Zatem pora zakasać rękawy… swoich pracowników, oczywiście.

Screen z gry

Półprodukty

Grę rozpoczynamy oczywiście od zera – mamy do dyspozycji pusty warsztat i to tyle. Pierwsze kroki w świecie rekinów przedsiębiorczości postawimy wraz z samouczkiem. Przeprowadzi on nas przez najważniejsze kwestie i zalecam, by dokładnie czytać i analizować pojawiające się na ekranie wskazówki, bowiem bez nich będzie później trudno zrozumieć pewne ruchy. Zatrudnimy zatem pierwszych pracowników i zbudujemy kilka stanowisk, a następnie wykonamy proste zamówienie. Schody zaczną się zaraz potem.


Gdy samouczek zostawi nas już na pastwę losu, to w naszych rękach leży być albo nie być warsztatu. Wraz z kolejnymi, dobrze wykonanymi zleceniami, otrzymujemy nie tylko pieniądze pozwalające na rozbudowanie firmy, ale także punkty reputacji czy doświadczenia. Pojawią się nawet wygrażający nam konkurenci. Trzeba pamiętać, że każdy z tych elementów ma duży wpływ na rozgrywkę. Podstawowy czynnik – pieniądze – warunkuje rozwój warsztatu, pensje pracowników, szkolenia, nawet realizację zleceń – bez nich bowiem nie jesteśmy w stanie kupić surowców niezbędnych do wytworzenia danego przedmiotu. Zarządzanie budżetem to niełatwe zadanie. Punkty reputacji z kolei przyciągną do nas co majętniejszych klientów, a te doświadczenia odblokują nowocześniejsze i szybsze maszyny.

Screen z gry

W toku…

Najciekawszym elementem rozgrywki jest z pewnością planowanie produkcji. Wytworzenie każdego przedmiotu to proces, który sami musimy zbudować. Z początku układamy mało skomplikowane cykle, ale w miarę pojawiania się nowych zleceń, poziom trudności rośnie. Musimy wybrać odpowiednie komponenty tak, aby spełniały założenia zamówienia, produkcja była możliwie najtańsza, a zysk – zmaksymalizowany. Do tego dochodzi ograniczona liczba stanowisk, do których, w pewnym momencie, robi się kolejka, a to powoduje zastój i groźbę niedotrzymania terminu czy dostarczenia niekompletnego zlecenia (a tym samym spadkiem reputacji). Rozwiązaniem mogą być oczywiście kolejne miejsca – do klejenia, obróbki drewna, szycia czy montażu – ale problem stanowią zarówno pieniądze, jak i ograniczona powierzchnia warsztatu. Zwłaszcza że umilające pracownikom dzień roślinki zajmują absurdalnie dużo przestrzeni. Należy również pamiętać o wydzieleniu obszaru do składowania, czy to półproduktów, czy wyrobów gotowych, a to znowu nie pozwala nam postawić kolejnej maszyny. Można dobudować kolejne pomieszczenia, jednak to działanie także jest niezwykle kosztowne. Nieważne, co chcecie zrobić, zawsze natraficie na jakiś problem.

Screen z gry

Warto jeszcze wspomnieć o samym systemie zleceń, które otrzymujemy albo telefonicznie, akceptując je lub odrzucając, albo samodzielnie przeglądając rynek i wybierając interesujące nas produkty do wytworzenia. Rynek skonstruowano w taki sposób, że widzimy, jakie przedmioty są do wykonania – klikając w odpowiedni obrazek, możemy spojrzeć na wykres obrazujący stosunek popytu do ceny. Jeśli okaże się, że zarówno jedno, jak i drugie plasuje się na dość niskim poziomie – zwyczajnie nie opłaca się tworzyć danego produktu tworzyć. Korzystniejsze oferty są również należycie oznaczone, dzięki czemu od razu wiemy, w co inwestować. Należy jednak pamiętać, że nie każdy przedmiot jesteśmy w stanie zaplanować – jeśli nie posiadamy odpowiednich maszyn, musimy zrezygnować z procesu lub dokupić stosowne stanowisko pracy. Korzystanie z rynku często pomaga odbić się od dna, gdy zlecenia od partnerów biznesowych nie spływają, a nasz budżet świeci się na czerwono.

Screen z gry

Wyrób gotowy

Tytuł nie jest jednak wolny od wad. Jedną z nich stanowią wspomniane wcześniej rośliny – patrząc, jak dużo zajmują miejsca w minipomieszczeniach, nie chciałam kupować ich wcale, mając poczucie marnowania cennej przestrzeni i jakiejś takiej dziwnej nieproporcjonalności. W dodatku flora praktycznie nic nie zmienia – uzyskanie pozytywnego nastrójnika jest trudne do osiągnięcia, ponieważ maszyny robią sporo hałasu i ciężko zniwelować wynik kilkudziesięciu minusów paroma plusikami, zapewnianymi przez kwiaty.

Za pozytyw uważam specjalne tablice do rozdzielania pracy – spinają one wszystkie stanowiska jednego rodzaju, a daną czynność procesu przypisuje się do nich zamiast do konkretnego miejsca. Tym sposobem pracownicy udają się do pierwszego wolnego stołu, by kontynuować swoje zadania, nie musząc czekać w kolejce do jednego dwie godziny, podczas gdy drugie zwalnia się za trzydzieści minut. I chociaż to znacznie pomaga w kontrolowaniu fabryki, zdarzały się błędy. Tablice zwyczajnie się zawieszały.

Najgorszym bugiem jest jednak zastój pracowników – kilkukrotnie, niewiele razy, ale wciąż, zdarzyło się, że moi specjaliści stali w warsztacie i nic nie robili, mimo rozpoczętych procesów. Nie była to, niestety, kwestia braku stanowisk czy materiałów albo zawieszenia się komputera. W efekcie tego błędu pracownicy stali bezczynnie, a ja obserwowałam uciekający czas, minusowy plan realizacji i topniejący w zastraszającym tempie budżet. Bo mimo że nikt z moich specjalistów nie kiwnął palcem, wypłaty były rozdawane na lewo i prawo.

Screen z gry

Do poprawy z pewnością jest jeszcze samouczek, który wyjaśnia zdecydowanie za mało kwestii. Rozbudowanie go przyniosłoby pozytywny skutek, ponieważ obecnie, po jego ukończeniu, rośnie frustracja, gdy nie do końca wiemy, o co chodzi. Szczególnie odczuwalne jest to przy planowaniu bardziej skomplikowanych cykli.

Little Big Workshop to tytuł niezwykle skomplikowany i wymagający. Złożoność procesów produkcyjnych oraz konieczność zwracania uwagi na setki różnych czynników związanych z pracą fabryki z pewnością niejednej osobie dostarczy powodów do rwania sobie włosów z głowy. Sympatyczna, trójwymiarowa grafika oraz przyjemna dla uszu muzyczka prawdopodobnie mają za zadanie uspokoić zszargane nerwy gracza, ale liczba elementów, które trzeba mieć pod kontrolą, sprawi, że nawet najwybitniejsi strategowie wysilą swoje szare komórki do granic możliwości. Czasem da się odnieść wrażenie, iż zmiennych jest wręcz za dużo i nas to przerasta, ale symulator to symulator, ma być jak w prawdziwym życiu! Teraz z pewnością nigdy już nie powiecie, że prowadzenie własnej firmy to pestka.

Czy jest możliwe zbudowanie dobrze prosperującego warsztatu? Mnie się jeszcze nie udało.

  • Przyjemna dla oka grafika,
  • Ciekawa mechanika rozgrywki,
  • Złożoność procesów.

 

  • Słabo rozbudowany samouczek,
  • Wysokie ceny rozwoju warsztatu,
  • Bugi.

podsumowanie

Ocena
7.5

Komentarz

Jeśli marzyliście kiedyś o założeniu własnej firmy produkcyjnej i uważaliście, że przecież to takie proste, Little Big Workshop udowodni wam, jak bardzo się myliliście.
Adrianna Dworzyńska
Geek i fanatyczka popkulturalna. Fascynatka astrofizyki, miłośniczka wszystkiego, co brytyjskie. Członkini wielkiej trójki fandomów. Ceni magię ponad efektami, dlatego kocha Doctora Who i Merlina nad życie. Dyrektor ds. Memologii 2.0, śmieszek 24/7, ale przede wszystkim stuprocentowy hobbit - lubi święty spokój, jedzenie i spanie.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu