Podbijamy szczyty gór. „Trek 12” – recenzja gry kościanej

-

Gdy próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jakakolwiek „gra bez prądu” dała mi aż tyle frajdy, autentycznie mam problem z dogrzebaniem się w zakamarkach swojej pamięci do jakiegokolwiek tytułu. Całkiem poważnie – Trek 12 to propozycja ultrawyjątkowa, ekscytująca i gwarantująca mnóstwo pozytywnych emocji. Spoiler alert: mamy tu do czynienia z nową pozycją na liście moich ulubionych gier. Czy to wystarczająca rekomendacja, by rzucić wszystko i sprawić sobie ten tytuł? Mam taką nadzieję!
Trek 12 – kościana przygoda

Kilogram – niemal tyle waży pudełko z grą. A że jego rozmiar jest niezbyt duży, to już na dzień dobry można odnieść wrażenie, że wewnątrz kryje się mnóstwo ciekawych elementów. I tak w istocie jest, choć muszę przyznać, że uchyliwszy wieczko, przeżyłam spore zaskoczenie. To nie pierwszy raz, gdy stykam się z tytułem zawierającym zamknięte koperty, z których otwarciem musimy zaczekać do czasu spełnienia pewnych warunków w trakcie rozgrywki, ale tak jak i przy innych tego typu okazjach, tak i teraz wywołało to u mnie najprawdziwszy dreszcz ekscytacji. A po kilkunastu potyczkach z maleńkim niby-żalem muszę przyznać, że udało nam się otworzyć dopiero dwie, więc wciąż mamy przed sobą sporo niespodzianek do odkrycia.

Trek 12

Za stworzenie Trek 12 odpowiadają Bruno Cathala i Corentin Lebrat (autorzy), Olivier Derouetteau (ilustrator) oraz Jonathan Aucomte (portrecista). I – co tu kryć – wykonali kawał świetnej roboty! Całość jest pięknie ilustrowana i – jak przypuszczam – wykonana z wykorzystaniem papieru z odzysku. Wewnątrz znajduje się nawet sugestia, aby otwarte koperty oddać do recyklingu, jeśli po otwarciu nie chcemy ich zachować, co uważam za bardzo dobrą formę promocji działań ekologicznych.

A jako polonistka z wykształcenia, nie mogłam nie zachwycić się pomysłem polskiego wydawcy, aby wewnątrz pudełka zamieścić wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera, Góry. To niby drobiazg, ale nigdy nie spotkałam się z takim zabiegiem w świecie planszówek, więc w tym miejscu chylę czoła przed Rebelem. Jak widać, niewiele trzeba, aby postawić kropkę nad „i” podczas dopieszczania gry – a w tym przypadku zostało to cudownie zrealizowane.

Ruszamy w góry z Trek 12!

Pierwsze rozgrywki warto rozpocząć od trybu nazwanego „Szybko na szczyt”. To najprostszy wariant, w którym wykorzystujemy tylko papierowe notesy punktacji i kości (oraz długopisy, ale tych w pudełku nie znajdziemy). Naszym celem jest tutaj zdobycie jak największej liczby punktów poprzez odpowiednie rozmieszczanie wartości liczbowych na arkuszu trasy górskiej, tworząc przy tym szeregi (czyli ciągi następujących po sobie numerów, np. 0-1, 7-8-9 itp.) oraz obszary (te same wartości umieszczone obok siebie, np. 6-6, 8-8-8 itp.).

Za plansze służą nam trzy trasy górskie, uszeregowane według stopnia trudności – Dunai, Kagkot oraz Dhaulagiri.


Warto wiedzieć, iż nie są to przypadkowe rysunki, szlaki i nazwy – takie szczyty znajdziemy bowiem w Himalajach i twórcy gry zadbali o to, aby odpowiednio odzwierciedlić prawdziwe miejsca na kartach notesów. Przy okazji informują nas także, ile metrów wysokości one mają, a to z kolei sprawia, że Trek 12 ma dodatkowo walor edukacyjny. Zresztą nie tylko wiedzę geograficzną można tu poszerzyć – w instrukcjach znajdziemy kilka specjalistycznych słówek ze świata wspinaczki oraz bonus w postaci przedstawienia dwóch organizacji działających na rzecz mieszkańców Himalajów. A wszystko to podane jest w formie tak nienachalnej, że nawet osoby nieznające górskich realiów mogą obudzić w sobie fascynację do tego rodzaju tematyki.

No a jeśli ktoś się wspinaczką wysokogórską i światem Himalajów rzeczywiście interesuje, to dla niego ten tytuł będzie absolutnym punktem obowiązkowym.

Zasady gry są proste – każdy z graczy ma przed sobą trasę, na którą składa się dziewiętnaście pól. W najłatwiejszym wariancie wszystkie są takie same – co oznacza, że możemy wpisać w nich wartości od zera do dwunastu. Na trudniejszych szlakach pojawiają się pola niebezpieczne – i tutaj używamy liczb od zera do sześciu. Zadaniem graczy jest rzucanie kostkami i nanoszenie ich wartości na arkusz z trasą. Do tego należy podejść taktycznie – zawsze musimy umieścić liczbę w polu sąsiadującym z inną już wpisaną. Dodatkowo potrzebujemy tworzyć jak najdłuższe oraz najbardziej wartościowe szeregi i obszary. Jeżeli jakieś pole nie zostanie połączone z innym, czyli nie stworzy z nim wspomnianego szeregu lub obszaru, przy podsumowaniu otrzymamy punkty karne.

Po rzuceniu kośćmi, każdy z graczy podejmuje decyzję, jaką wartość umieści na swoim arkuszu. Aby to zrobić, może wybrać jedną z pięciu opcji (zsumować wylosowane liczby, wybrać większą lub mniejszą, pomnożyć je albo odjąć niższą od wyższej). Ale żeby nie było zbyt prosto, każdego z działań wolno nam w trakcie rozgrywki użyć tylko cztery razy – dlatego po uzupełnieniu pola na trasie, należy również zaznaczyć w tabeli, którą opcję już wybraliśmy.

W wariancie trudniejszym, do rozgrywki dołączamy karty asysty, gwarantujące bonusy (na przykład dodatkowe miejsce w tabeli z działaniami, możliwość uzupełnienia dowolnego pola niestykającego się z innymi itd.). Ten tryb gry nazywa się ekspedycją i trwa nieco dłużej, ponieważ zadaniem uczestników jest pokonanie wszystkich trzech tras, zdobycie szczytów (czyli: uzyskanie minimalnej liczby punktów wskazanej na każdej z kart) oraz zgarnięcie gwiazdek reputacji (dla osiągających najlepsze wyniki i bijących rekordy).

To właśnie w tym wariancie możliwe jest zdobycie kopert wyzwań, ale – jak już wspominałam wcześniej – nie będzie to wcale łatwe.

Co ciekawe, twórcy przewidzieli także wariant jednoosobowy gry – co uważam za przefantastyczny pomysł. Potyczka solo nie jest jednak pojedynkiem z samym sobą – naszym rywalem jest Max – człowiek przedstawiony na karcie prowadzącego wyprawę. Jako że leniwy z niego jegomość – musimy pisać za niego, ale to w niczym nie przeszkadza, bo zasady jasno określają, jakie ruchy wykonuje nasz przeciwnik. Nie możemy przy tym podkładać mu świń, bo o ile my otrzymujemy kary za pola nienależące do szeregów i obszarów, Max w takich miejscach zgarnia bonusy. A to z kolei sprawia, że wcale nie jest łatwo z nim wygrać.

Dla kogo gra Trek 12?

Kościana przygoda w Himalajach to świetna propozycja dla miłośników gier taktycznych i logicznych, którzy lubią dedukować, analizować i liczyć. W rozgrywce mamy element rywalizacji, co gwarantuje dodatkowe emocje, ale nie pojawia się tutaj żadna negatywna interakcja, więc będzie to świetny wybór na rodzinne spotkanie czy „rekreacyjne” posiedzenie ze znajomymi.

Każda rozgrywka jest inna – co zawdzięczamy sporemu pierwiastkowi losowości – ale też dużo zależy tutaj od naszych indywidualnych decyzji. Jaki wynik weźmiemy pod uwagę? W które pole go wpiszemy? Jak połączymy szeregi? Co zrobimy przy kolejnym ruchu? Taktycznych decyzji do podjęcia jest całkiem dużo, ale ogólnie zasady są proste, łatwe do opanowania i przyjazne nawet dla początkujących planszówkowiczów. Dlatego też uważam, że będzie to fantastyczny wybór na prezent zarówno dla kogoś, kto nie ma zbyt wiele do czynienia z grami, jak i starych wyjadaczy, szukających nowych wrażeń. Jestem pewna, że takiej pozycji na półce nie powstydziłby się żaden doświadczony zawodnik!

Na koniec ciekawostka – według oznaczeń na opakowaniu, do rozgrywki w Trek 12 może jednocześnie podejść od jednego do aż pięćdziesięciu graczy. Jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż każdy z notesów zawiera pięćdziesiąt kartek, oznaczałoby to, że przy takiej liczbie uczestników wykorzystalibyśmy całość na jeden raz. Oczywiście jest to mało prawdopodobne, ale jednak pewną wadą takich gier jest ograniczenie dotyczące stron w arkuszu. Jeśli nie chcemy stracić możliwości toczenia kolejnych potyczek, musimy zawczasu skopiować trasy. Możliwe są także inne rozwiązania – ale jak na razie wydawca się na to nie zdecydował. Mam tutaj na myśli zabieg zastosowany na przykład w przypadku gry Criss Cross, gdzie dodatkowe arkusze możemy pobrać z internetu i samodzielnie je wydrukować. Nie jest to rozwiązanie doskonałe, ale na pewno najlepsze, jakie można w takim przypadku wybrać.

Mimo tej małej wady, uważam Trek 12 za grę absolutnie fantastyczną. Ma proste zasady, bardzo ładne elementy, ciekawą mechanikę i sporo dodatkowych opcji ubarwiających i wzbogacających rozgrywkę. O walorze edukacyjnym już nie wspominając! Dodatkowo, jak na taką wartość, cena zaproponowana przez wydawcę jest naprawdę niewysoka (waha się od sześćdziesięciu siedmiu do dziewięćdziesięciu dziewięciu złotych). To wszystko sprawia, że dla mnie Trek 12 staje się naprawdę jednym z najlepszych tytułów tego roku, a przy okazji nie zdziwiłabym się, gdyby został hitem okresu przedświątecznego. Właśnie takie gry chciałabym dawać i dostawać. I mam nadzieję, że zyska ona należytą popularność w naszym kraju. Bo naprawdę na to zasługuje.

Tytuł: Trek 12

Liczba graczy: 1-50

Wiek: 8+

Czas rozgrywki: 15 – 30 minut

Wydawnictwo: Rebel

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu Rebel, więcej o grze przeczytacie tutaj.

podsumowanie

Ocena
10

Komentarz

Wspaniała propozycja zarówno dla początkujących, jak i bardziej zaawansowanych graczy. Dostarcza pozytywnych emocji (oraz wartościowej wiedzy!), jest ładnie zaprojektowana i pozwala rozruszać szare komórki. Idealny pomysł na prezent – dla kogoś albo dla siebie!
Klaudyna Maciąghttps://klaudynamaciag.pl
Za dnia copywriter, wieczorami - nałogowy gracz. Widywana albo z książką pod pachą, albo z padem w dłoni. Dużo czyta, jeszcze więcej tworzy i ogląda. Uzależnienie od popkultury, piłki nożnej i żużla zdiagnozowane już ze trzy dekady temu.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu