W cieniu samego siebie. „Zaklinacze cienia” – recenzja gry planszowej

-

Na wstępie wypada mi zacytować wybitnego polskiego piosenkarza, w którego utworze już w 2014 roku podmiot liryczny zadawał sobie pytanie, jak do tego doszło. Niestety, nie znał on odpowiedzi. Ja również nie potrafię znaleźć sensowego wytłumaczenia. Niezrozumiałe bowiem jest, że grupka niesamowicie słodkich zwierzaczków wylądowała na tyciej arenie. Pałając żądzą mordu, postanowiły one zgłębić mroczne sztuki magiczne i odnaleźć zabójcze zaklęcia. Na polu bitwy jest bowiem miejsce tylko dla jednego z nich. Zdecydowanie nie czytali dzieła Tomasza Morusa.

Za przekazanie egzemplarza recenzyjnego gry Zaklinacze cienia do współpracy recenzenckiej dziękujemy Wydawnictwu Rebel.

Zaklinacze cienia to najnowsze dzieło wydawnictwa Unstable Games, znanego z takich tytułów jak Odjechane jednorożce i To ja go tnę. Twórcy trzymają się założenia gier prostych, pięknych graficznie i mocno kompetytywnych. Czy ta produkcja, w założeniu deathmatch, powtórzy sukces poprzedników?

Zaklinacze cienia
Zaklinacze cienia
Przekroczony limit uroczości

Pudełko gry jest świetnie zorganizowane. Każdy element ma swoje dedykowane miejsce, w którym dobrze leży i nie miota się w transporcie, a komponenty łatwo się wyciąga. Nie nosimy również zbyt dużo powietrza wewnątrz.

Samych komponentów nie ma wiele. Większość miejsca na stole zajmie plansza ułożona z sześciennych kafli. Są one pięknie zilustrowane i każdy zapewnia unikatowy efekt w grze. Niestety, informacja, co daje dany kafel, nie znajduje się bezpośrednio na nim. Aby zorientować się w temacie, trzeba skorzystać z dołączonej ściągawki. Całkowicie nie rozumiem tej decyzji. Konieczność zerkania co chwila na świstek jest denerwująca, zwłaszcza że efekty są na nim wyjaśnione zarówno piktogramami, jak i słowami. Proste ikonki na kaflach rozwiązałyby cały problem. Elementów planszy jest tylko sześć, więc można szybko nauczyć się efektów na pamięć. Niesmak jednak pozostaje. Widzę też niewykorzystany potencjał. Większy wybór kafli sprawiłby, że pozycja byłaby bardziej regrywalna.

Zaklinacze cienia
Zaklinacze cienia

Po planszy będziemy poruszać się przy pomocy drewnianych pionków, ładnie wystylizowanych tak, by przedstawiały różnych dostępnych w grze bohaterów. Każdy z nich ma unikalną zdolność, zaprezentowaną na idącej w parze planszetce. Służą one również do zliczania pozostałych punktów życia oraz uzbieranych fragmentów cienia. Liczniki są wygodne i czytelne. Warto docenić wielkie grafiki umieszczone na planszetkach. Wyglądają one po prostu przepiękne.

Dużą rolę w Zaklinaczach cienia odgrywają karty. Mamy tu do dyspozycji kilka talii. Po raz kolejny muszę pochwalić robotę grafika, ilustracje są śliczne i klimatyczne. Opisy nie sprawiają problemów, a ikony dobrze oddają swoje znaczenie. Czcionka jest mała, więc może stanowić lekkie problemy dla osób z wadami wzroku. Zaburzenie widzenia barw sprawia lekkie problemy, gdyż kolory odgrywają w tym tytule istotną rolę.

Wśród kart znajdziemy również egzemplarze pomocy, przedstawiające możliwe akcje w drugiej fazie. Są one dobrze opisane, ale szkoda, że nie zdecydowano się umieścić skrótowego przebiegu rundy.

Ostatni zestaw elementów w grze to dedykowane kości, służące do losowania dostępnych zasobów, oraz kartonowe żetony, umożliwiające śledzenie ich stanu.

Instrukcja jest ładna i zwięzła, lecz niezbyt przyjazna. Przed pierwszą grą musiałem niektóre fragmenty czytać kilkukrotnie, a część kwestii nie została sprecyzowana. W trakcie gry kilkukrotnie decydowało głosowanie graczy, ponieważ instrukcja na dany temat milczała. Wielka szkoda. Zasady są na tyle proste, że nie jest to jednak częsty problem.

Zaklinacze cienia
Zaklinacze cienia
Daj się skusić mocy

A jeśli mowa o zasadach, to jest ich niewiele. Gra to arena, gdzie uczestnicy będą starali się wyeliminować pozostałych, zbijając ich punkty życia do zera. W tym celu konieczne będzie zebranie potężnych zaklęć, a opcjonalnie można przybrać postać cienia, udostępniającą specjalną zdolność każdego bohatera.

Przygotowanie do gry ogranicza się do rozdania każdemu z graczy planszetki i pionka przedstawiającego odpowiedniego bohatera, oraz ustawienia planszy z heksów. Obok kafli leżących na zewnątrz, umieszcza się również po odkrytej karcie z talii głównej.

Po wyborze pierwszego gracza można rozpocząć zabawę. Rozgrywka toczy się turowo, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Pierwszym krokiem jest rzut kośćmi – zdefiniuje on dostępne do wydania zasoby. Są one w trzech rodzajach, ale wypaść może nam również tak zwany przeklęty kryształ. Za każdy taki wynik na kości będziemy musieli wydać punkt akcji, albo dostaniemy obrażenia na koniec tury, przeklinając kryształ pod nosem. Kiepskie rzuty można ponowić, kosztem mniejszej liczby innych ruchów.

Zaklinacze cienia
Zaklinacze cienia

Wykulane zasoby wydajemy w drugiej fazie. Aktywny uczestnik ma do dyspozycji cztery punkty akcji. Dzięki nim można poruszać się po mapie i zdobywać karty leżące obok heksów. Blankiety te to czary i zasoby. Te pierwsze będą od nas wymagały oddania do puli kości z konkretnymi wynikami. Inwestycja szybko się zwraca, ponieważ dzięki nim możemy atakować innych uczestników i manipulować dostępnymi zasobami. Te drugie wydajemy w dowolnym momencie, by uzupełnić brakujące surowce.

Aby rzucić zaklęcie, wystarczy wydać odpowiednie kości i żetony, opisane na zdobytej karcie. Potem należy wybrać innego delikwenta na cel i odpalić obrażenia. W grze dostępne są również karty przeciwzaklęć. Pozwalają one reagować na działania przeciwników i są doskonałym asem w rękawie. Dają one wszelakie obronne efekty. Nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną są dwie obrony, toteż warto je zbierać.

Na koniec tury niewydany zasób cienia zostaje wchłonięty przez naszą postać. Jeżeli uzbieramy trzy takie, to bohater może przyjąć mroczną formę. W takiej sytuacji odwraca się na drugą stronę planszetkę gracza, przedstawiającą już zupełnie niesłodką istotę. Udostępnia to potężną zdolność specjalną, rzucaną przy użyciu cienia. W ramach nagrody za ewolucję, otrzymujemy również kartę mrocznego towarzysza, zapewniającego pasywny efekt.

Jeżeli nasze punkty zdrowia spadną do zera, to przegrywamy i pozostaje nam biernie obserwować rozgrywkę. Ostatni przy życiu wygrywa.

Efektowne, nie efektywne

Sam koncept gry jest bardzo ciekawy. Mamy tu przedstawioną powolną zmianę słodkiej istotki w potężną bestię pod wpływem cienia. Zostało to pokazane jako coś pozytywnego, co na pewno jest nieszablonowym rozwiązaniem. Nie dostajemy żadnej nagrody za opieranie się cieniowi. Co najwyżej bęcki od innych.

Zaklinacze cienia mają sporo bolączek. Najbardziej w oczy rzuca się tutaj (hehe) losowość. Dobre wyniki na starcie pozwalają szybko urosnąć w siłę i bombardować innych graczy. Zaklęcia są też nie do końca zbalansowane, więc zdobycie niektórych kart daje dużą przewagę. Boli mnie brak ikon na kaflach.

Dobrze za to działa formuła „każdy na każdego”. Trzeba odpowiednio planować ruchy i starać się nie walczyć ze wszystkimi na raz. Efekty na kaflach zachęcają do planowania kolejnej tury, zanim się wykona ruch. Graficznie jest kosmos.

W Zaklinaczy cienia możemy się bawić w gronie od dwóch do czterech osób. Gra skaluje się dobrze, chociaż grając w pełnym składzie, mocno odczuwalny jest brak zajęcia podczas czekania na swoją turę. Losowanie na początku nie pozwala dobrze planować ruchów w trakcie oczekiwania, co zwyczajnie nudzi, zwłaszcza na początku gry, gdy nie ma intensywnych działań. Starcia w parze są przyjemne, ale warto tu zwrócić uwagę na wybór bohaterów. Niektórzy nie sprawdzają się przeciwko jednemu oponentowi.

Poszczególne partie trwają za długo. Średni czas, jaki zajmowała mi jedna rozgrywka, to ponad godzina. Sprawia to, że emocje mocno rozciągały się w czasie, osiągając szczyt w ostatnich minutach, gdzie bohaterowie ledwo zipieli i każdy ruch był bardzo istotny.

Poziom wejścia jest naprawdę niski, gra nie ma trudnych zasad. Świetnie nada się dla starszych dzieci i osób, które oczekują od planszówki sporadycznego powodu do spotkania ze znajomymi.  W gronie bliskich, taki deathmatch może działać naprawdę dobrze.

Podsumowując, nie jest to gra uniwersalna i dla każdego. Jeśli ktoś lubi luźną naparzankę ze znajomymi, to myślę, że tytuł się spodoba. Dzieci również będą zachwycone. Gra jest jednak prezentowana jako strategiczna, a ja tego nie widzę. Bardziej działa tu dobre dopasowywanie do zastanej sytuacji niż planowanie kilku ruchów do przodu.

Bawiłem się dobrze, ale gra nie spełniła moich oczekiwań. Poprzednie tytuły wydawnictwa zawieszają bowiem poprzeczkę wysoko.

I jak to jest, że postacie mroczne i cieniste są potężniejsze? Kto to wymyślił? Taka ilość cienia musi paskudnie wpływać na cerę.

Zaklinacze cieniaTytuł: Zaklinacze cienia

Liczba graczy: 2 – 4 osób

Czas gry: ok. 30 – 60 min

Wiek: +12 lat

Wydawnictwo: Rebel

podsumowanie

Ocena
6

Komentarz

Pełna losowości, luźna gra, gdzie będziemy walczyć z innymi bohaterami, aż na arenie zostanie tylko jeden zawodnik.
Jakub Socała
Jakub Socała
Indywidualista, intelektualista, idealista, informatyk. Miłośnik Gothica, dobrej kuchni i eksperymentowania. Geek, nerd i kujon, co w domu wysiedzieć nie może.

Inne artykuły tego redaktora

Popularne w tym tygodniu

Pełna losowości, luźna gra, gdzie będziemy walczyć z innymi bohaterami, aż na arenie zostanie tylko jeden zawodnik.W cieniu samego siebie. „Zaklinacze cienia” – recenzja gry planszowej