Nawet osobno razem. „Sense8” – recenzja finału

Uff. Udało się. Z ogromnym niepokojem, ale też ogromną nadzieją obejrzałam ostatni odcinek serii Sense8 wyprodukowany po to, żeby zamknąć wszystkie wątki i odpowiedzieć na palące pytania. Jaka jest motywacja Whispers? Co ukrywa Jonas? Jaki los spotka uwięzionego Wolfganga?
Amor Vincit Omnia

Po obfitującym w ekscytujące sceny walki, pościgi i porwania zakończeniu drugiego sezonu fani wreszcie doczekali się godnego, ponad dwugodzinnego, finału. Tym razem akcja nie przenosi się z miasta do miasta i kontynentu na kontynent, ale skupia się na dwóch lokacjach: Paryżu i Nicei. Jak na Sense8 to wręcz przytulne. Cały cluster jest fizycznie razem – obmyślają plan odbicia Wolfa i ukrócenia działalności BPO (Biologic Preservation Organisation), która z sensate’ów tworzy bezmyślne maszyny do zabijania. Krótko mówiąc, szykują się na wojnę i pod względem efektywnych scen walk, pościgów i napięcia serial nie zawodzi. Szczególnie sekwencja w klubie robi wrażenie; połączenie choreografii, świateł i muzyki sprawia, że publiczność obgryza paznokcie. Pod koniec odcinka widzowie otrzymują odpowiedzi i całe szczęście Wachowskie oszczędziły nam tym razem cliffhangera. Ten element fabuły – zła korporacja i żądni władzy politycy – został definitywnie rozwiązany.

Kadr z produkcji „Sense8”

Czasami wydaje mi się jednak, że choć to konflikt napędza całą akcję, to w gruncie rzeczy jest wątkiem pobocznym. Najważniejsze w Sense8 są postacie i ich różnorakie, skomplikowane relacje. Dlatego niesamowicie ucieszyłam się, że twórcy dali bohaterom także cichsze momenty z bliskimi osobami. Serial świetnie łączy i przeplata globalne i personalne wątki; nawet pośrodku omawiania złożonego planu pozwala protagonistom odetchnąć, spojrzeć w oczy ukochanej osoby i może zaplanować przyszłość.

Oni i my

Nie zabrakło też humoru, Lito oczywiście sprawdza się tu doskonale, wychodząc ze skóry ze stresu i poczucia zamknięcia. Gdy ponad dziesięć osób mieszka razem pod jednym dachem, nie ma opcji, żeby nie grali sobie na nerwach – nawet jeśli siedzą w swoich głowach. Dlatego tak cudną sceną był poranny chaos, harmider i deptanie sobie po piętach, by w kolejnym ujęciu przenieść się na dach z Sun ćwiczącą tai chi. I oddech. Równowaga. Wspomniałam, że scenarzyści Sense8 są magikami?

Serial rozmywa definicje tego, czym jest „normalność” – normalny związek, normalna płeć, normalne zachowanie. Bez spoilerów napiszę, że zakończenie dramatów Nomi (z akceptacją przez matkę), Kali (rozterka Wolfgang/Rajan) czy Lito (otwarcie homoseksualny aktor w społeczeństwie, które uważa to za słabość) jest niesamowicie satysfakcjonujące i doprowadza do łez. I’m not crying, you’re crying. Shut up.

Kadr z produkcji „Sense8”

Sense8 jest wyjątkowe i w wyjątkowy sposób pokazuje relacje w clusterze. Przepiękna w swojej prostocie scena w pociągu, gdy wszyscy słuchali muzyki Riley, pokazuje, jak głęboko połączeni są emocjonalnie. Gdy jedno jest szczęśliwe, to uczucie przelewa się na wszystkich, a potem zostaje odbite i spotęgowane przez resztę – nic dziwnego, że tak łatwo im popaść w euforię. Dzielą się też tym szczęściem ze zwyczajnymi sapiensami, z Amanitą, Hernando, Danny, Mun czy Rajanem.

Szepty złości

Chwilę zajęło mi zastanowienie się nad wadami, jakie posiada ten odcinek. Musiałam się trochę wysilić, bo Wachowskie i Straczyński odwalili kawał dobrej roboty i zrobili wszystko, co było w ich mocy, żeby Amor Vincit Omnia był tak dobry, jak tylko mógł. Jedyną rzeczą, jaka teraz przychodzi mi do głowy (a mam tylko swoją głowę, mój cluster się jeszcze nie urodził), to motywacja Whispers. Racjonalnie i emocjonalnie ją rozumiem, wewnątrz serialu jest wręcz logiczna, ale w szerszej perspektywie produkcji science fiction staje się błaha i jest motywacją wielu innych złoli. Samo zakończenie też okazało się odrobinę naciągane, ale w taki cudownie, pozytywnie ckliwy sposób, że nie sposób go nie kochać.

Gdyby twórcy dostali więcej czasu, na pewno rozbudowaliby całą historię, zagłębili się w bardziej złożoną mitologię świata sensate’ów, o którą tu tylko zahaczyli, ale niestety nie było nam to dane.  Amor Vincit Omnia to najlepsze, co mogło wyjść z tej sytuacji. Ja jestem zadowolona, to idealne pożegnanie z serialem.

Diana Cereniewicz

Diana Cereniewicz

Science fiction, boks i joga - to lubię. Szczególnie science fiction, ale (często) zdarzają mi się też guilty pleasures w postaci filmów i seriali klasy c. Nie lubię spacerów w deszczu i smętnego gapienia się przez okno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.