Kanye West i Angela Merkel na twojej imprezie. „Time’s up! Party” – recenzja gry

-

Mata, Minecraft i Emily Blunt wchodzą razem do pudełka… Niestety nigdy nie byłem zabawnym gościem, to nie wymyślę tu dobrej puenty. Niemniej jednak, w środku jest też Kabaret Ani Mru-Mru – może oni pomogą. Są pewnie trochę zajęci, toteż dopóki nie odpiszą mi w komentarzu, pochylmy się może po prostu nad… grą.

Stworzenie dobrej pozycji imprezowej to duża odpowiedzialność i spore wyzwanie. Peter Sarrett podniósł rękawicę, majstrując zwariowane kalambury. Pozycja została wydana przez Repos Production SRL, a polską wersję zawdzięczamy Rebelowi. Zatem pora ubierać imprezowe czapeczki i robić zakupy. A little party never killed nobody. 🎵

Party pack

Oprócz paczek czipsów i kaset VHS, idąc na domówkę warto pod pachę wcisnąć Time’s up! Party. Twórcy przewidzieli bowiem różne metody transportu i wewnątrz kartonowego pudełka z grą znajdziemy materiałową torbę przygotowaną do przenoszenia pozostałych komponentów. A jest ich trochę, głównie z racji ponad dwustu kart wykorzystywanych w grze. Oprócz blankietów, dostajemy elegancką klepsydrę, kartki pomagające w liczeniu punktów, instrukcję oraz słownik pojęć. Ten ostatni przydaje się dosyć często, ponieważ ciężko znaleźć osobę, która znałaby wszystkie pojęcia z kart.

Co ciekawe, każda z nich zawiera na sobie dwa pojęcia: na żółtym i niebieskim tle. Przed grą musimy po prostu zdecydować, jaki wariant wybieramy i odczytujemy tylko takie pojęcia. Sprawia to, że wszystkich haseł w grze jest czterysta czterdzieści. Dzięki temu możemy rozegrać klika gier, zanim zaczną nam się powtarzać pojęcia, ale nadal będzie ciężko ich się nauczyć na tyle, by dawały jakąś przewagę nad innymi. Poza tym, rozgrywka nie opiera się na znajomości haseł, tylko kojarzeniu składowych popkultury.

Warstwa graficzna Time’s up! Party jest minimalistyczna i elegancka. Nie zauważa się jej w trakcie gry, a to chyba definicja poprawnego wyglądu. Jakość kart jest raczej typowa, ale nie mam im nic do zarzucenia. Zastanawia mnie tylko czy się nie zniszczą podczas dłuższych podróży w tekstylnym woreczku. Na pewno nie zakoszulkuję wszystkich tych blankietów, więc dowiem się za kilka miesięcy.


Bawmy się

Przygotowania do gry zaczynamy od podzielenia się na drużyny składające się z co najmniej dwóch członków. Następnie rozdzielamy czterdzieści kart pomiędzy wszystkich uczestników. Mamy szansę wymienić niepodobające się nam hasła. Potem blankiety tasujemy i tworzymy z nich talię wykorzystywaną w grze. Po wybraniu drużyny rozpoczynającej, możemy zaczynać zabawę.

Rozgrywka dzieli się na trzy rundy. W każdej z nich jedna osoba przedstawia hasła z kart członkom swojej drużyny. Mają oni ciężkie zadanie zgadnięcia jak największej liczby w trzydzieści sekund. Później pałeczka zostaje przekazana innej ekipie. Runda trwa do momentu wyczerpania się kart w talii. Potem sumujemy liczbę zdobytych kartoników w każdym składzie. Po trzeciej rundzie dodajemy te wyniki i ogłaszamy zwycięzców.

Najlepszą mechaniką tej gry jest podział na trzy tury, w których wykorzystujemy ten sam zestaw kart. Z każdą rundą mamy jednak mniej możliwości opisywania hasła. W pierwszej wykorzystujemy typowe tabu, czyli opowiadamy swobodnie znaczenie odczytanego wyrazu. W następnej możemy użyć tylko pojedynczego słowa, a reszta drużyny ma jeden strzał. W ostatniej turze przedstawiamy wykorzystując pantomimę. Możemy także nucić i wydawać dźwięki, co wybitnie się przydaje w przypadku piosenkarzy. Chyba że ktoś nie zna Eltona Johna. Albo co gorsza, Justina Biebera.

Salwy śmiechu i popcornu

Time’s up! Party to bardzo udana gra. Dostajemy lekką formę, która jednocześnie mocno angażuje uczestników. Zasady są nieskomplikowane i można je wytłumaczyć w pięć minut. Edycja niebieska, którą miałem przyjemność ogrywać, jest skierowana do osób powyżej dwunastego roku życia. Bez problemu w sklepach z planszówkami znajdziemy także wersję dla dzieci.

Mamy więc uniwersalną zabawę dla każdego. Oczywiście poziom rozrywki zależy mocno od towarzystwa, jednak w gronie przyjaciół dobra zabawa jest gwarantowana. Do tego mamy walory edukacyjne, ponieważ każda partia uczy nas nowych pojęć. Przysięgam, do końca życia zapamiętam, że Harry Styles to wokalista One Direction. Muszę też zaznaczyć, że starsi ludzie mogą mieć problemy z częścią haseł, ewidentnie skrojonych pod młode pokolenie. Dla mnie to jednak zaleta, bo pojęcia są naprawdę świeże i aktualne.

Czas rozgrywki to około godziny, co świetnie się sprawdza. Regrywalność jest spora, jednak nie na jednej imprezie oczywiście. Zdecydowanie warto mieć tę pozycję na półce, zarówno na spotkania rodzinne, podwójne randki czy grube imprezy ze znajomymi. Gra się wybitnie, niezależnie od liczby członków. Do tego instrukcja przewiduje nieparzyste ekipy. Peterze, punkt dla ciebie.

Słowem podsumowania, przy Time’s up! Party bawiłem się doskonale. Polecam ją z całego serca każdemu, kto chce kupić grę do taszczenia na imprezy. No chyba że na domówkach rozkładacie Twilight Imperium.

Tytuł: Gra w zielone

Liczba graczy: 4-12

Wiek: 12+

Czas rozgrywki: ok. 40 minut

Wydawnictwo: Rebel

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu Rebel, więcej o grze przeczytacie tutaj.

podsumowanie

Ocena
9

Komentarz

Przyjemna gra imprezowa, dostarczająca ogromu zabawy i walorów edukacyjnych.
Jakub Socała
Indywidualista, intelektualista, idealista, informatyk. Miłośnik Gothica, dobrej kuchni i eksperymentowania. Geek, nerd i kujon, co w domu wysiedzieć nie może.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu