Dom, w którym gniją dusze. „I am the Pretty Thing That Lives in the House” – recenzja filmu

-

Zdążyłem już do tego przywyknąć, że na Netflixie można znaleźć sporo rozrywkowych filmów dla przeciętnego widza, który po tygodniu ciężkiej pracy pragnie chwili relaksu z niezbyt wymagającym i mało ambitnym kinem. Popularna platforma streamingowa, zwłaszcza jeśli chodzi o horrory, posiada sporo bezbarwnych produkcji, w sam raz na zaspokojenie ludycznych potrzeb. Jednak w ofercie dostępnych filmów grozy znajdują  się też te schodzące poniżej średniego poziomu. I am the Pretty Thing That Lives in the House to kolejny przykład tego typu.

Sam tytuł, długi jak stonoga, który w nieudolny sposób stworzył przesympatyczny, no, może  „lekko” zaburzony, ochroniarz parkingu imieniem Martin, w drugiej części niechlubnej trylogii Ludzkiej stonogi Toma Six’a,  zniechęca. Nazwę filmu ciężko zapamiętać, a co dopiero polecić. Niestety nie jest to kino górnych lotów, co więcej, seans nie zaspokoi potrzeb nawet przeciętnego Janusza horrorów.

„Domu, którego mury widziały śmierć, żywi już nie kupią”

Młoda pielęgniarka, dwudziestosiedmioletnia Lily, wprowadza się do domu, w którym będzie opiekować się chorującą i małomówną autorką horrorów, Iris Blum. Z pozoru przyjemna i spokojna praca może okazać się prawdziwym koszmarem. Guwernantka dość szybko przekonuje się, że w mieszkaniu, oprócz nich, znajduje się  coś jeszcze – jakaś nawiedzająca lokum niewidzialna, zła energia. Już sama fabuła nie zdradza nam nic nowego, jest raczej zapowiedzią kolejnego, nie wnoszącego wiele odkrywczego pod kątem fabuły czy poruszanych wątków. Historia zostaje dość szybko odarta z atmosfery tajemnicy, dzięki wprowadzeniu w filmie pierwszoosobowej narracji. Główna bohaterka, poprzez liczne metafory, epitety i filozoficzne sentencje, raczy nas opowieścią o tym, czego doświadczyła w posiadłości podstarzałej i skrywającej mroczny sekret pisarki. Punktem wyjścia oraz jednocześnie prologiem, którym protagonistka  rozpoczyna swoją relację z wydarzeń jest niepisana złota zasada: „Domu, którego mury widziały śmierć, żywi już nie kupią”.

I am the Pretty Thing that Lives in the House

Jak (nie)dawkować strach i (nie)grać na emocjach

Oz Perkins – całkiem niezły aktor i początkujący reżyser, syn Anthony’ego, odtwórcy kultowej postaci Normana Batesa z genialnej Psychozy mistrza budowania suspensu, Hitchcocka, dał się poznać jako wyznawca mozolnie prowadzonej narracji i wzrastającego wraz ze stopniem wtajemniczenia napięcia. Jest to zaledwie drugi film w jego dorobku i od razu kolejny horror. Poprzedni, February z 2015 roku, otrzymał mieszane recenzje. Jedni wychwalali go za powolne tempo akcji i stopniowe wprowadzanie widza w psychodeliczny klimat, zaś inni karcili w tej kwestii. Twórca stosuje podobne chwyty w swoim nowym dziele I am The Pretty Thing That Lives in the House (nie zapamiętam chyba tej nazwy…).


O ile użyte klisze i techniki budowania atmosfery niepokoju w dużej mierze opierają się o ten sam schemat, co w produkcji o nastolatce doświadczającej dziwnych zjawisk, o tyle w tym przypadku fabuła jest bardziej wygładzona, pozbawiona paranoidalnego pierwiastka. Jednak sposób jej realizacji nie zachwyca, cechuje się raczej zbytnią pasywnością. Zamiast intrygującej akcji dostajemy nużącą, nieciekawie opowiedzianą historię pielęgniarki, której dusza zaczęła gnić po przekroczeniu progu domu dziwacznej pisarki horrorów.

Również sposób relacjonowania wydarzeń przez główną bohaterkę wydaje się być zbyt patetyczny i filozoficzny, przez co mamy raczej wrażenie jakbyśmy obcowali ze średniowiecznym traktatem, aniżeli filmem grozy,  mającym zasiać w naszych umysłach i sercach ziarno niepokoju. Głównie zabrakło też tego, czym reżyser zyskał sympatyków swojej twórczości, a mianowicie gry niedopowiedzeń i wieloznaczności oraz pozostawiania poszczególnych wątków otwartych na różnorodne interpretacje.

Efekt końcowy jest mizerny, a całość po prostu nijaka, pozbawiona zaskakujących momentów, wyrazu i głębszych emocji. Mam jedynie nadzieję, iż obraz ten to tylko wypadek przy pracy Perkinsa, którego mimo wszystko doceniam i szanuję za konwencję, pomysły oraz styl i wierzę, że jeszcze pokaże swój kunszt.

 

 

 

Tytuł: I Am The Pretty Thing That Lives In The House

Reżyseria: Oz Perkins

Kategoria: Horror, Thriller

Rok powstania: 2016

Czas trwania: 1 godzina 29 minut

Marcin Panuś
Zafascynowany horrorem od najmłodszych lat. Twierdzi, że pierwszy film grozy obejrzał już w wieku sześciu lat. Wierny fan Freddy’ego Kruegera. Od postmodernistycznego kina woli stare dobre produkcje klasy B. Typ aktywisty i sportowca, z milionem pomysłów na siebie. Ceni sobie szczerość i otwartość u ludzi oraz bliższe relacje z innymi. Stawia na samorealizację poprzez zainteresowania i pasje. Może kariery badmintonisty nie zrobi, ale ma zadatki by być dobrym pedagogiem. W wolnym czasie lubi zagłębiać się w poezji. Wciąż podtrzymuje obietnicę, że kiedyś wyda swój skromny tomik.

Inne artykuły tego redaktora

4 komentarzy

  1. Wow, skończyłam czytać po pierwszych paru zdaniach bo naliczyłam cztery błędy rzeczowe (nie ortograficzne). Trochę słabo jak na recenzje, warto następnym razem skupić się przy oglądaniu, a następnie pisaniu ? Myślę, że to naprawdę niedoceniony film.

    • Nie każdemu musi się dany film podobać, mnie akurat nie powalił na kolana, a liczyłem na jakieś mocne uderzenie, biorąc pod uwagę filozofię Perkinsa, który potrafi stworzyć sugestywny horror z psychodelicznym klimatem 😉 W przypadku tego dzieła, walczyłem ze znużeniem. Lubię niespieszne, celebrowane tempo akcji, ale tutaj wkradło się za dużo znużenia.

    • Jeśli dorosłość polega na oglądaniu takich “dzieł” to ja się wolę cofać w rozwoju. Wolę od tego reklamę Vizira…??‍♀️?

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu