Dokąd teraz? „Szukając Alaski” – recenzja serialu

-

Proza Johna Greena to niezwykle wdzięczny materiał do przeniesienia na ekran i nie dziwi wcale, że znów wzięto na warsztat któreś z jego dzieł. O ile jednak w przypadku Papierowych miast i Gwiazd naszych wina postawiono na filmy, o tyle dla bardziej wymagającego Szukając Alaski zdecydowano się na zrealizowanie miniserialu. Czy decyzja ta była słuszna? Oceniamy!

Kiedy kilka lat temu pojawiły się pierwsze plany dotyczące ekranizacji Szukając Alaski, głosy czytelników były podzielone. Na forach polskojęzycznych przeważały teorie, że nie da się tego zrobić, że to historia nie do ruszenia, że pomysł jest fatalny. Co innego za granicą – tam czuć było powiew ekscytacji. I ekscytacja ta utrzymuje się do dziś, nie malejąc po premierze.

Kadr z serialu „Szukając Alaski”

Czy Josh Schwartz, odpowiedzialny między innymi za słynne Życie na fali, sprostał oczekiwaniom czytelników i godnie oddał postać Alaski Young oraz jej historię? Nie wypowiem się w imieniu wszystkich, ale we własnym stwierdzę krótko – naprawdę dał radę!

Stara szkoła młodzieżówek

Jednym z powodów, dla których tak bardzo pokochałam powieść Greena, był ten niepowtarzalny, absolutnie oldskulowy klimat. I mimo iż czytałam ją znajdując się już bliżej trzydziestki niż osiemnastki, to ujęło mnie to, że nareszcie młodzież ma autora piszącego o ich problemach, o ludziach z krwi i kości, o prawdzie i prostym, dobrze nam znanym życiu. Bez tych wszystkich połyskujących wampirów, kolesiów zmieniających się w wilki i kruki czy innych superpajęczych przystojniaków. Dodatkowo jej akcja rozgrywa się w czasach, gdy nie byliśmy jeszcze niewolnikami mediów społecznościowych, a kontakt ze znajomymi odbywał się twarzą w twarz, a nie za pośrednictwem małych ogłupiających ekraników.


I to wszystko jest tutaj doskonale oddane – nasi bohaterowie to zwykłe dzieciaki w dzwonach, pogniecionych koszulach, z nieułożonymi włosami i bez arbuzowatych mięśni połyskujących spod opiętych tiszertów. Czytają książki, popijają taniego sikacza, palą fajki pod mostem, włóczą się po lasach i gadają o życiu. Całość podszyta jest potężną dawką melancholii i smutnych rozkmin o sensie istnienia, ale nie zabrakło tu miejsca także na humor i beztroskę, które idealnie równoważą ciężki przekaz, jaki ujawnia się z każdą kolejną minutą.

I chociaż akcja serialu rozgrywa się w roku 2005, to jeśli tęsknicie za klimatem a’la lata dziewięćdziesiąte, to właśnie tutaj go znajdziecie.

Doskonała robota!

Gdyby to było wystarczające, to wystrzeliłabym teraz, niczym z karabinu maszynowego, serię najmocniejszych punktów Szukając Alaski. Takie pojedyncze pociski – „ścieżka dźwiękowa, bum, rewelacja!”, „casting, bum, fantastyczna robota!” – ale tutaj aż chce się napisać coś więcej.

Kadr z serialu „Szukając Alaski”

Zacznę od muzyki, bo to ona jako pierwsza zwróciła moją uwagę – soundtrack do Szukając Alaski to absolutna perełka! Nie tylko składa się z mnóstwa utworów, które wpadają w ucho albo przyjemnie kołyszą do snu, ale przede wszystkim idealnie – totalnie w punkt! – współgra z wydarzeniami, jakie widzimy na ekranie. Jest to tak doskonała całość, że nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz mogliśmy być świadkami takiego zjawiska.

Druga sprawa – casting, czyli to, czego fani Johna Greena obawiali się najbardziej. W tytułową postać wcieliła się Kristine Froseth (znana między innymi z The Society), która ujmuje nie tylko świeżością swojej urody, ale przede wszystkim charyzmą. Jej bohaterka nieustannie wywoływała we mnie wspomnienia o Vadzie Sultenfuss z kultowej Mojej dziewczyny – podobne zainteresowania, ten sam typ urody, równie nietuzinkowa osobowość. Gdybyśmy mieli obserwować Vadę w licealnym otoczeniu, mogłaby być właśnie tą melancholijną, zaplątaną w literackich labiryntach Alaską Young.

Na tle Froseth trochę blado wypada osoba Pączka (w książce nazywanego Kluchą), w którą wcielił się Charlie Plummer, ale też nie wolno zapominać, że on właśnie powinien funkcjonować, jako taki szary pogubiony dzieciak – za przeproszeniem, typowy prawiczek – i trudno wymagać od tego bohatera więcej. Nie to co w przypadku Pułkownika – Denny Love być może nie kradnie całej ekranowej uwagi, ale stworzył postać naprawdę ciekawą i niezapomnianą. Takiego ziomka w swojej paczce chciałby mieć chyba każdy.

Absolutnie niczego nie można też zarzucić reszcie obsady – Ron Cephas Jones jako nauczyciel, Timothy Simons w roli dyrektora, cała banda dzieciaków – mniej lub bardziej eksponowanych na ekranie – wszyscy oni spisali się znakomicie, czyniąc ten serial tak dobrym.

O jego sukcesie decydują jednak również: świetny scenariusz oraz przepiękne zdjęcia. Szukając Alaski to jeden długi ciąg ujmujących obrazów utrzymanych w nieco jesiennej kolorystyce i cudownie pogłębionych grą świateł, z których można by wyciąć co drugi kadr i oprawić je w ramkę.

Kadr z serialu „Szukając Alaski”

Ideałów nie ma

Skłamałabym, gdybym stwierdziła, iż natrafiłam na serial doskonały, ale faktem jest, że są w nim elementy, które podobają mi się bardziej niż w książce. Twórcy Szukając Alaski oszczędzili nam wielu religijnych i duchowych rozważań, jakie przytłaczały podczas lektury powieści. Z drugiej strony – nieco irytowały mnie wydarzenia, jakie miały miejsce po nastaniu momentu kulminacyjnego. Bohaterowie tak wolno dochodzą do pewnych wniosków, że robi się to już męczące. I widz chciałby zobaczyć, jak stawiana jest ostatnia kropka nad „i” tej historii, a jednak wciąż musi czekać i ze znużeniem obserwować, tych młodych, niegłupich przecież ludzi, którzy myślą i myyyyśląąąą nad tym, co zupełnie oczywiste i czego już dawno powinni się byli domyślić.

Miałam też drobny problem z polskim tłumaczeniem, bo – o czym już wspomniałam – zmieniono pseudonim głównego bohatera, co niby może wydawać się drobnostką, ale jednak jest zupełnie niepotrzebną i niczym nieuzasadnioną modyfikacją.

Nie umiem natomiast w stanie określić, na ile wierną kopią książki okazuje się scenariusz Szukając Alaski, bo minęły lata odkąd ją czytałam. Wszelkie detale już dawno uleciały z mojej pamięci, ale to pozwoliło mi podejść do tego tytułu z otwartą głową i docenić, z jak dobrą produkcją mamy tutaj do czynienia.

W mojej opinii jest to jeden z najlepszych, najbardziej wartościowych i najciekawszych seriali dla młodzieży w historii. Postawiłabym go w tym samym szeregu, co mój młodzieńczy sentyment – One Tree Hill – i poleciła do oglądania każdemu nastolatkowi oraz dorosłemu.

podsumowanie

Ocena
9

Komentarz

Jedna z najbardziej udanych serialowych ekranizacji książek. Piękna, świetnie zagrana, z rewelacyjną muzyką i ujmującymi zdjęciami. Bardzo refleksyjna, słodko-gorzka, doskonała na jesienne wieczory. Pozycja obowiązkowa!
Klaudyna Maciąghttps://klaudynamaciag.pl
Za dnia copywriter, wieczorami - nałogowy gracz. Widywana albo z książką pod pachą, albo z padem w dłoni. Dużo czyta, jeszcze więcej tworzy i ogląda. Uzależnienie od popkultury, piłki nożnej i żużla zdiagnozowane już ze trzy dekady temu.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu