Godzilla Garetha Edwardsa z 2014 roku była niezłym filmem katastroficznym o potworach, w którym niestety zabrakło właśnie wielkich protagonistów. Reżyser skupił się na ludzkich rozterkach i przetrwaniu trochę zapominając co widownia kocha w filmach o tym japońskim kaiju. Minęło kilka lat, uniwersum potworów rozszerzyło się o King Kong: Skull Island, a Godzilla drzemała w głębiach oceanu.

Michael Dougherty, odpowiedzialny za Króla potworów, wziął sobie krytykę do serca. To, co funduje widzom w najnowszej odsłonie serii uradowało moje serce, oczekujące spektaklu i totalnego zniszczenia.

Let them fight!

Monarch – organizacja monitorująca tytanów, próbująca odkryć ich moce i słabości – ma niewielkie kłopoty z amerykańskim rządem („ale dlaczego nie możemy ich użyć jako broni?”). W tym czasie Emma Russel (Vera Farmiga) pracuje nad urządzeniem ORCA, którego zadaniem jest emitowanie frekwencji mogących wpływać na zachowanie potworów. Pierwszym kaiju na ich drodze jest Mothra. Emma i jej córka Maddie (Mille Bobby Brown) nawiązują z nią więź, gdy ich baza zostaje zaatakowana przez Tywina Lannistera, ekhm… Alana Jonah (Charles Dance), a obie kobiety porwane. Jonah chce użyć urządzenia, by obudzić wszystkie potwory. A jest ich wiele.

Naukowcy z Monarch, z Ishirou Serizawą na czele, kontaktują się z byłym mężem Emmy Markiem (również naukowcem), który nienawidzi Godzilli za spowodowanie śmierci ich syna. Jedynie on może odszukać ORCE i rodzinę.

Pierwszym kaiju na liście Jonah jest Potwór Zero – King Ghidorah. Trójgłowy smokopodobny, przepiękny, ale i śmiertelny arcywróg Godzilli.

Przesłaniem po głowie

Godzilla to klasyczny przykład scenariusza „człowiek kontra natura”. Mark ma vendettę, ale czy nawet najmniejszego potwora to obchodzi? Nie. Na ich celowniku są tylko stworzenia ich wielkości. Mały Mark nie jest nawet pyłkiem na ich sonarach. To poczucie niemocy wobec sił przerastających ludzkie wyobrażenie zawsze towarzyszyło tej serii; przerażenie, ale i determinacja, by coś zrobić, by walczyć o swoje. Nawet jeśli przewaga jest po drugiej stronie.

W tej odsłonie dodatkowo scenarzyści dorzucili dość słabe, bo straszliwie nachalne, przesłanie o tym, że ludzkość musi skończyć niszczyć Ziemię. Inaczej wszystko i wszyscy na niej zginą. To ważny temat, szczególnie teraz, ale nie dało się tego zrobić subtelniej? W jednej scenie któraś postać dosłownie monologuje na ten temat przez pięć minut.

Nie zmienia to sensu: większość tych tytanów istnieje, by utrzymywać równowagę. Jeśli coś się zmienia, to one się budzą.

Niech żyje król

Nie oszukujmy się jednak. Oglądamy te filmy, bo uwielbiamy iskierkę podekscytowania, gdy dwa ogromne potwory ścierają się w bitwie, niszcząc przy okazji miasta i powodując burze i wyładowania elektryczne wokół.

Król potworów, jak sam tytuł obiecuje, zawiera kilkanaście z nich. Najważniejsze są oczywiście Godzilla i Ghidorah, ale Mothra i Rodan także odgrywają w nim ważne role. Na marginesie dodam, że nigdy nie spodziewałam się przywiązać do ogromnej ćmy, a jednak. Mothra jest cudowna.

W ogóle design kaiju stoi na wysokim poziomie, są niewyobrażalnie wielkie i tę skalę czuć. Starcia dwóch odwiecznych wrogów są epickie i fantastyczne. Dinozaur przeciwko smokowi. Energia nuklearna konta elektryczność. Jedna głowa versus trzy.

O ile w poprzedniej części reżyser postawił na tajemnicze ujęcia Godzilli, tak tu wszystko jest widoczne. Kamera oddala się od walczących stworzeń, by objąć całość. Pokazuje w ten sposób nie tylko rozmiary samych potworów, ale też ludzi – niewielkich kropeczek na ekranie, panicznie uciekających od miażdżących stóp i pocisków energii.

RAWR!

Drużyna w post-produkcji też wykazała się swoimi zdolnościami. Kolory scen są nasycone, czasami aż do przesady, ale dzięki temu nadają wszystkiemu nieziemskiej atmosfery.

Ten film nie tylko wygląda świetnie. Oprawa muzyczna Króla potworów zaskoczyła mnie niesamowicie. Nie są to typowe niskie odgłosy i pobrzękiwanie na gitarze elektrycznej, a instrumentalne kawałki połączone z chórami i pojedynczymi głosami zapadają w pamięć. Nie gubią się w tłumie. Bear McCreary zrobił kawałek dobrej roboty.

Odgłosy kaiju także są świetne i różnią się od siebie. Wiadomo, kiedy08 nadlatuje Rodan, a kiedy Godzilla grzmi o zwycięstwie.

Oh my God… zilla!

Nie jest to film ambitny, ale też nie udaje, że chce takim być. To blockbuster, film do popcornu. Zapowiedziano już kolejną część, na 2020 rok, ale to wszystko zależy od sukcesu lub porażki obecnej odsłony przygód Godzilli. Nie wiem, czy uda mi się przekonać kogokolwiek do obejrzenia tego filmu. Jeśli jednak zastanawiacie się nad czymś, co Was rozbawi i zapewni pełną emocji rozrywkę, to Godzilla: Król potworów odhacza wszystkie te pola. Koniecznie na wielkim ekranie z dobrym wyposażeniem dźwiękowym.

 

Tytuł oryginalny: Godzilla: King of Monsters

Reżyseria: Michael Dougherty

Rok produkcji: 2019

Czas trwania: 2 godziny 12 minut

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię