Wytrzymać i przetrwać. „The Last of Us Part II” – recenzja gry

-

Naughty Dog to jedno z tych studiów, które wyznacza standardy na kolejne lata. The Last of Us Part II jest tego świetnym przykładem.

Recenzja NIE ZAWIERA spoilerów.

Powrót mentora

Myślę, że nikomu nie muszę przypominać, czym jest The Last of Us. Tym bardziej że na łamach Popbookownika znajdziecie zestawienie gier z najlepszą fabułą, uwzględniające dzieło Naughty Dog. To może wydawać się nierealne, ale od dnia, w którym poznaliśmy historię Joela i Ellie, minęła tak właściwie cała generacja i teraz historia się powtarza, ponieważ kontynuacja ukazała się na krótko po tym, jak Sony zaprezentowało PlayStation 5.

Więcej, lepiej, mocniej, czyli trochę o rozgrywce

Od strony rozgrywki mamy do czynienia z mechanikami, z którymi spotkaliśmy się siedem lat temu, tylko ulepszonymi i wzbogaconymi o kilka minigier i elementy z takich tytułów jak Horizon: Zero Dawn czy Uncharted. Można wręcz powiedzieć, że to typowa gra, stworzona z myślą o PlayStation 4, ponieważ ponownie eksplorujemy okolicę w poszukiwaniu surowców, tworzymy przedmioty, walczymy, rozwiązujemy proste łamigłówki (nierzadko połączone z elementami platformowymi), a nawet bierzemy udział w dynamicznych etapach pościgowych.

Screen z gry

Jednakże wyrzucono elementy, które bardziej irytowały niż dawały satysfakcję i z tego powodu nie uświadczycie już noszenia drabiny czy nurkowania w celu poszukiwania tratwy. Tym bardziej że Ellie nauczyła się w końcu pływać, do tego jest zwinna, a co za tym idzie – samowystarczalna i nie tak toporna w obsłudze jak Joel. Oczywiście zagadki środowiskowe są obecne, ale zdecydowanie prostsze od tych, które były w oryginale.

Na wypadek napotkania jakichś trudności, twórcy stworzyli szereg ułatwień, docelowo dedykowanych niepełnosprawnym osobom, ale równie dobrze mogą z nich skorzystać chociażby speedrunnerzy. Przykładowo, jeżeli usprawniona sztuczna inteligencja przeciwników (przez którą skradanie jest jeszcze trudniejsze, ale równie ekscytujące) da nam się we znaki, wystarczy zminimalizować ich spostrzegawczość czy skłonność do flankowania. Tak samo prosto pomija się łamigłówki, a w momencie zgubienia się w półotwartym świecie wbudowany kompas pokaże nam właściwą drogę, choć równie dobrze do celu dotrzemy na swój sposób. Dodatkowo nie zabrakło możliwości dostosowania sobie wielkości czy umiejscowienia napisów, a nawet dowolnego przypisania klawiszy. W przypadku konsol nie jest to tak oczywiste, gdyż zazwyczaj twórcy oferują jedynie kilka przygotowanych wcześniej presetów.


Screen z gry

Dlatego o ile szkielet rozgrywki trudno uznać za rewolucyjny, tak te ulepszenia powinny być standardem w nadchodzącej generacji. Jedyne zastrzeżenia mam do funkcji zamiany tekstu na mowę. Z racji tego, że wszystkie informacje zostały wcześniej przygotowane i nagrywane, można oczekiwać, iż czytający je dla niewidomych lektor będzie mówił płynnie i wyraźnie. Niestety, tak nie jest, ponieważ brzmi on tak, jakby był zaimplementowanym syntezatorem mowy i w pośpiechu analizował to, co ma przeczytać. Być może osobom z dysfunkcjami nie będzie to aż tak przeszkadzać, ale mnie osobiście strasznie drażnił głos brzmiący niczym pocięty na drobne kawałeczki.

Jako iż wspomniałem o sztucznej inteligencji przeciwników, to nie mogę pominąć faktu, że w The Last of Us Part II naprawdę udało się stworzyć iluzję, jakoby ci wirtualni ludzie mieli własną osobowość. Przykładowo, kiedy zabijemy jakiegoś NPC-a i jego martwe ciało zostanie odnalezione przez innego towarzysza, usłyszymy rozpaczliwe wołanie po imieniu lub równie dobrze on sam będzie starał się nas oszukać, błagając o życie. To pogłębia immersję i tworzy złudzenie, że ten wirtualny świat jest prawdziwy.

Screen z gry
Kto jest naszym prawdziwym wrogiem?

The Last of Us Part II to bezpośrednia kontynuacja poprzedniczki, która daje nam do zrozumienia, że wszystko ma swe konsekwencje, gdyż w postapokaliptycznym świecie nie ma wyraźnego podziału na dobrych i złych. Tutaj każdym kierują inne motywacje, lecz cel jest jeden — przetrwać i troszczyć się o dobro swoje oraz najbliższych. Jednak czy to jedyne słuszne rozwiązanie?

Naughty Dog próbuje pokazać, że nie. Każda przemoc tworzy niekończące się koło niepotrzebnych zdarzeń. Gwarantuję wam, że jeszcze żadna produkcja tego typu nie ukazywała tak dosadnie bezsensowności walki i tego, jak wpływa ona na ludzi. Dlatego to opowieść wielokrotnie budząca skrajne uczucia, aczkolwiek mimo braku akceptacji pewnych sytuacji, jesteśmy w stanie te motywacje zrozumieć.

Screen z gry

Z tego względu mógłbym scenariuszowi przyznać najwyższą notę, lecz niestety prawda jest taka, że ma on kilka znaczących słabości. Chociaż trzyma nas w nieustającym napięciu, nie potrafię pozbyć się wrażenia, że niektóre wątki, a także postępowanie naszych bohaterów, są stricte pretekstowe. Pierwsza część dotyczyła poświęcenia, budowy i ewolucji relacji dorosłego z młodą dziewczynką, która stała się główną bohaterką kolejnej gry. Wówczas dało się zauważyć emocjonalne rozdarcie, lecz wszystko wskazywało na to, że mimo młodego wieku nastolatka jest osobą niezwykle dojrzałą. Tymczasem w sequelu, Ellie została przedstawiona jako bardzo impulsywna kobieta, która kieruje się wyłącznie żądzą zemsty.

Teoretycznie twórcy próbują to tłumaczyć objawami PTSD, lecz to, że postać dopuszcza się czynów, o jakie nigdy byśmy jej nie podejrzewali, budzi dysonans, ponieważ wydawałoby się, że kreowana na introwertyczkę dziewczyna starannie zaplanuje swą wendetę. Niestety scenarzyści postanowili zrobić z niej żeńską wersję Johna Rambo, która zabije każdego, kto stanie jej na drodze. I takich dziwnych przemian osobowości jest znacznie więcej. Ba, nawet nowo wprowadzone postacie da się lubić, lecz zostały wykorzystane jako pretekst do zagrania nam na emocjach.

Screen z gry

Wiele także mówi się o obecności tematyki LGBT. Oczywiście to, że Ellie jest osobą homoseksualną, było wiadome już po ograniu dodatku Left Behind i według mnie główny wątek miłosny został przedstawiony naprawdę dobrze. Niestety tego samego nie mogę napisać o głównej antagonistce, która nie sprawdza się w roli czarnego charakteru. Powiem więcej, według mnie lepsze wątki i motywacje otrzymał jeden z jej partnerów. Natomiast jako całość, fabuła w The Last of Us Part II jest grubymi nićmi szyta, wręcz nieco chaotyczna. Ponadto to strasznie pesymistyczna opowieść i może rozczarować zarówno oddanych fanów, jak i tych graczy, którzy z pierwszą odsłoną mogli nie być tak emocjonalnie związani, a chcieli przeżyć wyjątkową przygodę.

Czy to jeszcze gra, czy już prawdziwe życie?

Oprawa audiowizualna to prawdziwy majstersztyk. Naughty Dog po raz kolejny w pełni wykorzystało możliwości aktualnej konsoli i The Last of Us Part II to obok Red Dead Redemption 2 i Horizon: Zero Dawn najpiękniejsza gra tej generacji i równie dobrze mogłaby być pozycją startową na nadchodzących konsolach. Nie ukrywam, że praktycznie co chwilę włączałem tryb fotograficzny, by porobić zdjęcia nie tylko na potrzeby recenzji, ale także do mojego prywatnego folderu z tapetami. Tym bardziej że pozwala on tak zmodyfikować kadr, aby nie zdradzić niczego niepożądanego.

Screen z gry
Screen z gry

Jednak grafika to nie wszystko, ponieważ równie zachwycające są animacje. Naughty Dog znane jest z absurdalnego przywiązania do detali i ponownie nie sposób nie oniemieć z wrażenia na widok realistycznego poruszania się w błocie czy tego, jak odmienny wpływ na przeciwników ma strzelenie w rękę czy nogę. I to wszystko chodzi płynnie, w stałych trzydziestu klatkach, beż żadnych większych, odczuwalnych spadków czy błędów.

Screen z gry

A o ekranach ładowania możecie zapomnieć, no, chyba że wczytujecie zapis lub zginiecie, ponieważ to jedyne przypadki, w których przez kilka sekund będziecie patrzeć na ikonkę wczytywania. Pozostałe są schowane za długimi cutscenkami na silniku gry, a te ciężko odróżnić od właściwej rozgrywki. 

Warstwa muzyczna ponownie jest minimalistyczna, jednak znalazło się miejsce dla kilku utworów, takich jak Future Days autorstwa Pearl Jam czy Take on me od A-HA, zaaranżowanych na postapokaliptyczną modłę. Ale jeśli uznacie, że jakiejś piosenki brakuje, to w grze kilkukrotnie można improwizować na gitarze, za sprawą systemu wspierającego panel dotykowy. Nie jest on do końca intuicyjny, ale sprawdza się zdecydowanie lepiej niż wciskanie krzyżyka i brak większej władzy nad tym, którą strunę szarpiemy.

Screen z gry

Ostatnią kwestią do omówienia w tym akapicie został polski dubbing, ponieważ z nim spędziłem najwięcej czasu, by ostatecznie przejść całą grę. Jako iż wielu aktorów z poprzedniej części powróciło, to o realizację na wysokim poziomie byłem bardzo spokojny i się nie pomyliłem, choć można narzekać na to, że rodzime głosy nie do końca dobrze zgrywają się z oryginalną mimiką.

W pierwszej części bardziej irytował mnie fakt, że aktorzy zostali nagrani na różnych poziomach głośności. Z tego powodu byli oni zagłuszani przez dźwięki w tle lub siebie samych. Natomiast w sequelu mamy kontrolę nie tylko nad tym, z jakiego urządzenia dźwięk się wydobywa, ale także możemy ustawić szeroki zakres dynamiki. Dzięki temu, zarówno na słuchawkach stereo, jak i kinie domowym, dialogi i elementy otoczenia, na przykład deszcz, będą doskonale słyszalne i nie zagłuszały się wzajemnie. 

Screen z gry
Pęknięte serce

The Last of Us Part II to gra trudna do polecenia z czystym sumieniem. To produkcja, która robi jeden wyraźny krok do przodu i dwa do tyłu. Chociaż grafika zachwyca, a zmian, usprawnień w rozgrywce i ułatwień dla niepełnosprawnych graczy nie sposób nie docenić, cała reszta jest po prostu dobrze dobranymi składnikami, wyjętymi z wydanych na obecną generację konsol tytułów. W każdym innym przypadku mogłyby się one złożyć na godne zwieńczenie serii. Należy jednak pamiętać, że mówimy o jednym z najlepszych studiów deweloperskich, na którego kolejne dzieła czeka się z zapartym tchem. Ostatecznie uważam, że ta blisko trzydziestogodzinna gra jest dobrym pożegnaniem z ósmą generacją, choć mogłaby być znacznie lepsza.

Poniżej możecie zapoznać się z galerią screenów z gry.
Uwaga, jeśli jesteście w trakcie rozgrywki, niektóre zdjęcia mogą być dla was spoilerami!

 

 

 

  • Audiowizualny szczyt tej generacji,
  • Sztuczna inteligencja przeciwników,
  • Ekrany ładowania tylko przy wczytywaniu zapisu,
  • Usprawnienia dla niepełnosprawnych graczy.

 

  • Nielogiczne zachowania bohaterów,
  • Postacie poboczne ciekawsze niż antagonista,
  • Rozczarowujące zakończenie,
  • Przydługa i nieciekawa druga połowa gry.

podsumowanie

Ocena
7.5

Komentarz

„The Last of Us Part II” to gra, którą ciężko jednoznacznie ocenić. Mimo iż oprawa audiowizualna jest fantastyczna, a rozgrywka dostosowana do potrzeb różnych graczy, to historia, pełniąca kluczową rolę, ma wyraźne wady. Osobiście nie żałuję, że poznałem kontynuację tej opowieści, lecz jeśli wy zechcecie po nią sięgnąć, to będzie to wasza decyzja.
Grzegorz Cyga
Ten człowiek cały czas gra. Na komputerze, na konsolach PlayStation i na nerwach sąsiadów z racji, że jego bronią w realnym świecie jest gitara elektryczna.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu

„The Last of Us Part II” to gra, którą ciężko jednoznacznie ocenić. Mimo iż oprawa audiowizualna jest fantastyczna, a rozgrywka dostosowana do potrzeb różnych graczy, to historia, pełniąca kluczową rolę, ma wyraźne wady. Osobiście nie żałuję, że poznałem kontynuację tej opowieści, lecz jeśli wy zechcecie po nią sięgnąć, to będzie to wasza decyzja.Wytrzymać i przetrwać. „The Last of Us Part II” – recenzja gry