Wyrusz z nami w kosmiczną przygodę! „Solenia” – recenzja gry planszowej

-

Na Solenii, niewielkiej planecie położonej gdzieś we wszechświecie, od kilku milionów lat nie ma podziału na dzień i noc. Na północy panuje zawsze mrok, a na południu jasność. Niestety, w każdym zakątku planety mieszkańcy potrzebują pomocy i to jest właśnie głównym celem każdego gracza. Ludziom Nocy trzeba dostarczyć drewna i pszenicy, zaś Ludziom Dnia kamienie i wodę. Co może nam w tym pomóc? Ogromny sterowiec! A kto zaczyna grę? Ten, kto najczęściej buja w obłokach!

Uwaga: poniższy opis gry odnosi się do rozgrywki trzyosobowej!

Otwieramy pudło!

Samo pudełko posiada specjalne miejsca, aby móc ułożyć w środku boxy na poszczególne surowce oraz elementy gry. A tych jest sporo, bo mowa o: figurce sterowca, pięciu dwustronnych planszetkach, czterdziestu ośmiu kaflach dostaw, żetonach złota, sześćdziesięciu zasobach, dwudziestu czterech kaflach rozwoju, sześćdziesięciu czterech kaflach sterowca, czterech planszach graczy, kostce.

Wydawnictwo Rebel zadbało o to, by móc je w czym pochować – dołączono również kilka woreczków strunowych wielokrotnego użytku.

Solenia Sébastiena Dujardina i Vincenta Dutraita to wizualny majstersztyk! Sama kolorystyka została oparta na przyjemnych, pastelowych kolorach w odcieniach niebieskiego oraz żółtego. Grafiki są nieco rozmyte, jakby muśnięte pędzlem impresjonisty. Dobre wrażenie robią surowce: wykonane z drewna, o konkretnym kształcie (kropelka wody, kawałek niełupanego kamienia i tym podobne), zaś karty nieco zawodzą, bo są trochę cienkie. Nie stoi to na przeszkodzie, by wydać opinię o planszówce: wizualnie zachwyca i przyciąga oko każdego gracza.


Rozkładamy planszę Solenii

Chociaż Solenia to płaska planeta, to jednak dostarczenie do niej odpowiednich surowców jest nie lada wysiłkiem. Mechanikę gry oparto na worker placement, czyli wysyłaniu graczy do zdobycia naturalnych zasobów i realizacji wcześniej zawartych kontraktów.

Planszę układamy według schematu noc-noc-świt-dzień-dzień, na jej środku stawiamy figurkę sterowca, a wokół płytki zamówień, w dwóch zakrytych stosach dnia i nocy, żetony gwiazdek oraz znaczniki surowców. Dla każdego gracza wykładamy po trzy karty dnia i nocy. Przed uczestnikami znajduje się również planszetka z odkrytą letnią stroną, a także potasowane karty talii sterowca w takim samym kolorze i po jednym znaczniku drewna i kamienia.

Przez szesnaście rund każdy rozgrywający musi zagrać jedną kartą, jaka znajduje się wokół sterowca. I tu rozpoczynają się przysłowiowe schody, ponieważ trzeba pamiętać, że gracz zdobywa tyle surowców, ile pozwala mu na to karta, jaką kładzie na głównej planszy. Może to być:

  • Wyspa produkcyjna: pozwala na uzyskiwanie zasobów i zbieranie gwiazdek;
  • Miasta: to do nich dostarczamy odpowiednie zamówienie.

Każda karta ma wartość od zera do dwóch, a także bonus w postaci otworu, który pozwala na podejrzenie, jaki surowiec dobieramy. Jeśli trzymamy w ręku kartę równą zeru, wówczas statek przesuwa się ku górze. Podróż da się przedłużyć kosztem jednego surowca. Warto też mieć na uwadze, że nie jesteśmy w stanie trzymać więcej niż ośmiu materiałów – nadmiar odkłada się do puli zasobów. Co się dzieje, gdy sterowiec znajdzie się na polu z kartą innego gracza? Ten dostaje wskazane na nich dobra. Realizując kontrakty miast (nocnego lub dziennego), trafiają do nas odpowiednie bonusy. Planszetka informuje, ile możemy posiadać danego surowca oraz co można dostać, gdy dolna część planszy przesunie się na samą górę.

Gdzie tkwi haczyk? Zamówienia miast dziennych i nocnych różnią się od siebie i trzeba dobrze przekalkulować, czy lepiej realizować kontrakty czy może pokusić się o zdobywanie większej liczby zasobów. Zwycięża ten gracz, który ma najwięcej złotych gwiazdek i spełnił określone cele oraz warunki specjalne.

A wariant solo? Czy zabawa jest przednia? Ułożenie gry wygląda identycznie, jak w wariancie wieloosobowym, jednak o wszystkim decydują rzuty kostek. Zresztą tak naprawdę nie traci się zbyt wiele, ponieważ nie ma tu bezpośredniej interakcji między graczami.

Czy warto udać się w kosmiczną wyprawę?

Słoneczna strona jest o wiele prostsza w rozgrywce, nocna wymaga większej precyzyjności i przewidywania kroków. Kalkulacja i szacowanie, czy uda się zebrać i dostarczyć określoną liczbę surowców stanowi spiritus movens Solenii. Mapa nieustannie się przesuwa, dzięki szybkim ruchom części dziennej i nocnej da się dosłownie odczuć inny sposób pojmowania czasu i przestrzeni. Jednak zmiany głównej planszy nie ciągnie za sobą ryzyka: z krawędzi też spadają bonusy, jedyne, co może w tym przeszkodzić, to pełna ładownia.

Niewątpliwie Solenia wymaga dobrego zapoznania się z jej zasadami, jednak gdy to się już stanie, rozgrywka jest naprawdę prosta, a jednocześnie dająca wiele frajdy. Duża losowość dzięki tasowaniu kart, a także opcja grania na odwróconej planszy głównej są głównymi zaletami tytułu z od Rebela. Wysoki jest również poziom regrywalności, dzięki przypadkowo dobieranym zdolnościom oraz celom końcowym. A wady? Jeśli ktoś nie zna mechaniki tego typu gier, to na początku może pojawić się trochę przeszkód. Każda z szesnastu akcji jest przeprowadzana niemal identycznie, dlatego nie sposób szukać tu wielu emocjonalnych zwrotów akcji. Przejście zajmuje około czterdziestu-pięćdziesięciu minut, z czego dziesięć spędza się na rozkładaniu elementów oraz czytaniu instrukcji. Tutaj cenna uwaga: warto zaopatrzyć się w większy stolik, bo plansza się ciągle porusza.

 

Tytuł: Solenia

Liczba graczy: 1-4

Wiek: 10+

Czas rozgrywki: ok. 30-45 minut

Wydawnictwo: Rebel

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu Rebel, więcej o grze przeczytacie tutaj:

podsumowanie

Ocena
9.5

Komentarz

„Solenia” to zachwycająca wizualnie gra, oparta na mechanice worker placement oraz zasadach gry ekonomicznej. Bardzo solidne wykonanie oraz względnie szybki czas rozgrywki (do czterdziestu pięciu minut) stanowią dobrą propozycję dla średniozaawansowanych graczy.
Patrycja Wielebahttps://portafortunas.pl/
Herbatoholiczka, miłośniczka prozy Philipa K. Dicka, absolutnie zakochana w bajkach Disney'a. Fanatyczka kotów, zakochana w Deanie Winchesterze i Thorze, bierze kąpiele do soundtracka Władcy Pierścieni i próbuje rozgryźć walkę na miecze w Wiedźminie.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu