Szpiedzy i dinozaury. „Kenia” – recenzja komiksu

-

Miss Austin, uśmiechając się buńczucznie, żegna swojego „wujaszka” i po raz pierwszy stawia stopę w Mombasie. Interesują ją zaginieni członkowie amerykańskiego safari oraz przedstawiciele konkurencyjnych wywiadów. Nie spodziewa się, że afrykańska ziemia i niebo skrywają dziwy, o których nie śniło się nawet filozofom…

Kenia to wydanie zbiorcze pięciu tomów serii pod tym samym tytułem. Początkowo czytelnik zaznajamia się z historią safari prowadzonego przez Johna Remingtona, grubiańskiego, narcystycznego pożal się Boże pisarza z wybujałymi wyobrażeniami o własnej męskości. Wyprawa nie idzie dobrze; jej uczestnicy kłócą się i darzą niechęcią graniczącą z nienawiścią. Aż wreszcie – znikają bez śladu.

Jakiś czas potem do Mombasy przybywa Katherine Austin. Teoretycznie ma nauczać w lokalnej szkole, w praktyce szuka śladów Remingtona, dziwnych zwierząt oraz podejrzanych świetlistych obiektów na niebie – i pragnie je odnaleźć, zanim zrobią to przedstawiciele konkurencyjnych wywiadów. Mamy w końcu 1947 rok, zimna wojna właśnie się zaczyna.

Poznajcie uczestników intrygi…

Kenia to dobry, przygodowy thriller. Można by powątpiewać, czy o dinozaurach i UFO w Afryce da się stworzyć sensowną opowieść – a więc owszem, da się. Siłę komiksu Rodolphe’a i Leo stanowią przede wszystkim zróżnicowani bohaterowie. Niekoniecznie o bardzo skomplikowanych motywacjach, ale różnorodni tak pod względem pochodzenia, jak i charakterów. Na szczególną uwagę zasługuje miss Austin (dla przyjaciół Kathy) – rezolutna agentka brytyjskiego wywiadu, nie tylko niedająca sobie w kaszę dmuchać, ale wręcz pogrywająca na uczuciach i ambicjach innych ludzi. Remington to od początku niemal do samego końca (zauważcie „niemal”) prototypowy, obleśny samiec alfa. Nie brakuje innych ciekawych postaci: sympatycznego pilota Hanka Grabble’a, potulnej niczym owieczka Judith czy ekscentrycznego włoskiego hrabiego di Brogliego.

Trzeba przyznać: tempo akcji jest bardzo dobrze stopniowane. Kiedy wydaje się, że jedne wątki zostają wyjaśnione, natychmiast pojawiają się nowe tajemnice – albo okazuje się, że wyjaśnienie nie było kompletne. Paru bohaterów kończy w trudny do przewidzenia sposób. Najbardziej typowo rozwiązano wątek „pozaziemski”, łącznie z tym, że finał serii może pozostawić pewien niedosyt czy wręcz wzbudzić lekki uśmiech politowania swoją infantylnością.


Uczta dla oczu

Kenia została zarówno dobrze narysowana, jak i dobrze wydana. Kreska Leo celuje raczej w realizm, a przy tym rysownikowi udaje się – co nie jest takie oczywiste – nadać postaciom na tyle indywidualne cechy wyglądu, by czytelnik szybko je zapamiętał i nauczył się odróżniać. Podobnie rzecz ma się z mimiką bohaterów: szeroka paleta gestów i wyrazów twarzy pozwala w lot odgadywać targające nimi emocje. Z ust Kathy rzadko schodzi delikatny, pewny siebie uśmieszek, hrabia di Brogli na wszystko reaguje żywiołowo (dostaje nawet wypieków ze złości). Świetne i szczegółowe są również rysunki zwierząt, zarówno tych prawdziwie istniejących, jak i fantastycznych czy dawno wymarłych. Wszystko to zaś w kolorze (tu ukłony w stronę Scarlett Smulkowski), na kredowym papierze i w twardej oprawie.

Jeszcze nie żegnamy Afryki

Ma zatem okazję polski czytelnik sięgnąć po wydanie zbiorcze Kenii, idealne dla fanów międzynarodowych intryg z lekkim posmakiem pulpu. Teraz chętnie zapoznałabym się z Namibią i Amazonią – chodzą zresztą słuchy, że tej pierwszej możemy oczekiwać w listopadzie.

 

Tytuł: Kenia
Autorzy: Rodolphe, Leo
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 244
ISBN: 978-83-281-3509-3

Anna Jakubowska
Filolog, edytor, publicystka, mól książkowy, gamer, RPG-ówka - kolejność przypadkowa. Zacięta narratywistka, święcie przekonana, że życie to opowieści, a opowieści to życie.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu