Czytanie to skill 2. W obronie spoilerów

Hurr-durr, jak śmiecie mi spoilować fabułę tej historii z brodą, która jest starsza ode mnie, ale i tak jeszcze nie było mi dane się z nią zapoznać, choć niewątpliwie kiedyś to nastąpi; więc jakim prawem o niej rozmawiacie, wymieniacie uwagi, analizujecie i w ogóle dobrze się bawicie beze mnie?!

W tytule co prawda mowa o czytaniu, ale równie dobrze mogłaby być o graniu, oglądaniu – słowem, o obcowaniu z dowolnym tekstem kultury.

Spoilery: znienawidzone chyba przez wszystkich, czające się za każdym internetowym rogiem, ostateczna broń masowej zagłady wrogów publicznych numer jeden. Zatruwają nam życie, z ich winy deptana jest nasza dobra zabawa, szargane nerwy, niszczone przyjaźnie, a przede wszystkim – sięganie po nieznane dotąd utwory traci sens, skoro ktoś nam (wbrew woli! gwałtem!) wtłoczył do głowy kluczowe ich elementy.

Tylko czy na pewno spoilery stanowią aż takie zagrożenie i nieszczęście?

Kwintesencja zła

Na początek spróbujmy zrozumieć, czym w ogóle są spoilery i dlaczego budzą w nas niechęć. Zazwyczaj definiuje się je jako niepożądaną informację dotyczącą fabuły fikcyjnego utworu – najczęściej punktu kulminacyjnego i zakończenia, ale też innych elementów, których odbiorca nie chce znać z wyprzedzeniem.

Spoilery stanowią problem, ponieważ zaburzają klasyczny sposób prowadzenia narracji. Jeśli tylko twórcy należycie się postarali, dobrze opowiedziana historia buduje pewne napięcie, które następnie jest rozładowywane (częściowo) poprzez kolejne zwroty akcji i ostatecznie – przez punkt kulminacyjny. Spoilery natomiast ze swej natury napięcia nie budują i – przynajmniej w teorii – więcej go budować nie pozwalają.

Wydaje się zatem oczywiste, że nie lubimy, kiedy ktoś zdradza nam zakończenie ulubionej historii, ponieważ tym samym pozbawia nas radości z jej samodzielnego poznawania.

Mam jednak jeszcze jedną, prywatną, niepotwierdzoną żadnymi badaniami teorię: mianowicie że obawa przed spoilerami to kolejna forma lęku przed wykluczeniem. Nie dość, że potencjalnie istnieje ryzyko popsucia naszej przyjemności z lektury, seansu czy sesji przed komputerem, to jeszcze inni bawią się dobrze (dyskutując, analizując, teoretyzując) – bez nas!

Zasieki, okopy, drut kolczasty i pancerne drzwi

Nie jestem osobą złośliwą. Staram się opatrywać swoje teksty i komentarze stosownymi ostrzeżeniami. Kiedy z kimś dyskutuję, pytam, czy nie ma nic przeciwko, jeśli zdradzę mu szczegół lub dwa. Wymaga tego, moim zdaniem, elementarna kultura. W zamian jednak oczekuję podobnej kultury, kiedy będę mieć okazję porozmawiać z innymi o moich ulubionych dziełach.

Tymczasem niejednokrotnie rozbijam się o mur fanatycznego wręcz domagania się absolutnej obrony antyspoilerowej, jakby niespoilerowanie stanowiło co najmniej jakimś dobrem narodowym, kolejnym prawem człowieka, punktem na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Nagle okazuje się, że spoilery się nie przedawniają (nigdy! zwłaszcza jeśli marudzący człowiek jakoś nie kwapi się, aby wreszcie nadrobić omawiane dzieło) i że to otoczenie ma być gwarantem bezpieczeństwa przyszłego odbiorcy.

Problem w tym, że takie skrajne podejście zabija wszelki dyskurs. Okazuje się, że w recenzjach nie wolno już zawrzeć ciekawych spostrzeżeń ani interpretacji. Umierają kółka dyskusyjne. Można pisać jedynie same ogólniki: fajne/niefajne, podobało się albo i nie – które nic nie wnoszą. Nic dziwnego, że podupada umiejętność głębszego zapoznawania się z tekstami kultury, skoro wszelkie analizy trzeba skrzętnie ukrywać przed okiem pragnących zachować fabularne nieskalanie odbiorców.

Nie zrozumcie mnie źle, ale jeśli ktoś twierdzi, że zrywanie znajomości (nie zmyślam!) to właściwa, normalna reakcja nawet na przypadkowy spoiler – cóż, takiej osobie mogę tylko powiedzieć, że najwyraźniej ma problem z własnymi emocjami.

Nie koniec świata…

Wszyscy wiemy, że spoilery nieodwracalnie rujnują potencjalną relację z tekstem kultury.

Otóż: nieprawda.

Dobry utwór broni się mimo spoilerów. Czy nigdy nie zdarzyło się wam żadnej książki przeczytać więcej niż raz? Wracać do ulubionego filmu? Przechodzić od nowa świetną grę? PO CO, skoro już znaliście zakończenie?

Przy pierwszym zetknięciu się z danym dziełem jesteśmy zazwyczaj pochłonięci przez jego najbardziej dosłowną, „powierzchniową” warstwę znaczeniową. Dopiero kolejne zapoznanie się z treścią pozwala wyłapywać „smaczki”: jak doszło do punktu kulminacyjnego? Czy zakończenie nie było na swój sposób sygnalizowane wcześniej? Czy pewne rzeczy nabrały sensu teraz, kiedy już wiemy, o co chodzi? Jak to jest zrobione: z jakim pietyzmem twórcy zaprojektowali (celowo używam tego słowa) swoją opowieść? Jakich środków użyli, aby osiągnąć konkretne cele?

Przy jednorazowej lekturze Alicja w Krainie Czarów to po prostu opowieść o dziewczynce, której (haha, spoiler) przyśniły się głupoty.

Grając w Silent Hill 2 tylko raz, można dojść do wniosku, że to jedynie historia faceta, który (spoiler!) zabił swoją żonę.

A Twin Peaks to jeno dziwaczny kryminał (którego emisję swego czasu zawieszono, ponieważ po ujawnieniu, kto zabił Laurę Palmer, zainteresowanie serialem znacznie spadło).

Powyższe zdania są mniej więcej tak samo prawdziwe i wyczerpujące temat, jak stwierdzenie, że „człowiek to takie żyjątko”.

…a początek przygody

Zdradzę wam pewien sekret (ale spokojnie, nie spoiler): najbardziej fascynujące historie to te, które można odkrywać bez końca. Tekst kultury staje się jakby starym przyjacielem – wydaje się nam, że już wszystko o nim wiemy, i czujemy zaskoczenie, kiedy się okazuje, że jednak nie. Ale to bardzo przyjemny rodzaj zaskoczenia: moim zdaniem porównywalny lub nawet przyjemniejszy niż pierwsze zetknięcie się z fabułą.

Przyznaję się, należę do osób, którym spoilery specjalnie nie przeszkadzają. Jeśli nie znam danego dzieła, to istnieje duża szansa, że i tak nie pojmę wagi zdradzonej informacji, a nawet, że zupełnie o niej zapomnę. A te naprawdę intrygujące spoilery potrafią mnie wręcz zachęcić do zapoznania się z utworem, na który inaczej być może w ogóle nie zwróciłabym uwagi; włącza mi się bowiem ów tryb detektywa: brzmi świetnie! Ale jak oni to zrobili? Jak do tego doszło?…

Innymi słowy, droga bywa ważniejsza od celu. A jeśli wartość jakiegoś tekstu kultury zasadza się wyłącznie na zwrotach akcji (nagłych! niespodziewanych! z wybuchami w tle!), czyli de facto na zwykłym shock value… Cóż, to może czas poszukać czegoś lepszego?

Anna Jakubowska

Filolog, edytor, publicystka, mól książkowy, gamer, RPG-ówka – kolejność przypadkowa. Zacięta narratywistka, święcie przekonana, że życie to opowieści, a opowieści to życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.