Czytanie to skill

Jest taka przeciekawa tendencja wśród społeczeństwa: otóż wielu ludziom wydaje się, że z momentem, kiedy nauczyli się składać litery, posiedli już całą wiedzę na temat czytania.

Ale czy to prawda? Mówi się, że aby osiągnąć mistrzostwo w danej dziedzinie, należy poświęcić przynajmniej dziesięć tysięcy godzin na ćwiczenia. Nie mam pojęcia, czy rzeczywiście akurat tyle i czy dotyczy to dowolnie wybranej umiejętności. Clou jest inne: nikt nie oczekuje od dziecka, które dopiero nauczyło się dodawać i odejmować, iż poradzi sobie także z całkowaniem i rachunkiem różniczkowym; kiedy brzdące rysują pierwsze ludziki z patyków, nie uważamy, że powinny od razu umieć naszkicować fotorealistyczny portret – i tak dalej. Zazwyczaj akceptujemy, że do perfekcji w pewnych dziedzinach dochodzi się z czasem i choć talent czy pewna szczególna predyspozycja na starcie bardzo pomagają, to jednak właśnie „trening czyni mistrza”.

Pierwszy poziom w sylabizowaniu

Ale jaka tu filozofia w czytaniu? To prosta umiejętność, polegająca na przyswojeniu sobie relacji między znakami na kartce a ich fonetycznymi odpowiednikami. Fakt, trzeba trochę poćwiczyć, zanim od dukania przejdzie się do płynnego przyswajania tekstu, ale kiedy już raz osiągniemy jako taką prędkość, właściwie można zapomnieć o sprawie.

Błąd.

Po pierwsze, nic nie jest nikomu dane raz na zawsze. Jeżeli nauczymy się czytać, lecz z różnych względów nie będziemy sięgać po teksty pisane, nasza sprawność obniży się. Po drugie, gdy mówimy o samej mechanice „składania liter”, to różnorodne szkoły szybkiego czytania udowadniają nam, że jesteśmy w stanie robić to o wiele wydajniej. Po trzecie, z czytaniem to trochę jak z oceanem: jeśli traktujemy je wyłącznie jako środek do przyswojenia najbardziej powierzchownej warstwy informacyjnej, to znaczy, że cały czas stoimy na suchym brzegu i nawet się nie domyślamy, jak świetne może być nurkowanie i oglądanie rafy koralowej.

Zwiotczenie czytelniczego mięśnia

Temat tego felietonu wziął mi się jeszcze z czasów, kiedy głośno zrobiło się o pewnym facebookowym fanpage’u, na którym wyszydzano co absurdalniejsze opinie z portalu Lubimy Czytać. Jestem przeciwna wszelkiemu wyszydzaniu, więc cała sprawa przede wszystkim przepełniła mnie głębokim niesmakiem, ale jednocześnie uświadomiła dość poważny problem: większość ludzi nie umie czytać.

Tak, domyślacie się już, nie mówię o zwyczajnym odcyfrowywaniu znaczków na papierze. Mówię o obcowaniu z tekstem. Jeśli to prawda, że w naszym kraju książki czyta jedynie niewielki odsetek ludzi, a spośród nich większość nie jest w stanie wyjść poza najdosłowniejsze znaczenie tekstu pisanego… To znaczy, że na którymś etapie ludzkiego rozwoju popełniamy elementarny błąd. Jeśli czytający Polacy po skończeniu książki potrafią co najwyżej wystawić opinię pokroju „podobało mi się/nie podobało mi się”, „fajna/niefajna”, to znaczy, że ubożeją nasze umiejętności analityczno-interpretacyjne. Jeśli Bułhakow to dla nas tylko zlepek absurdalnych i w dodatku niezbyt śmiesznych gagów przeplatanych dziwaczną wersją Biblii… Cóż, nie każcie mi kończyć.

Książkowy level up!

Oczywiście w czytaniu nie chodzi o to, aby każdy automatycznie przyznał, że „Słowacki wielkim poetą był”. (Na marginesie muszę przyznać, że ów cytat skutecznie mi obrzydzono. Mam wrażenie, że jest koszmarnie nadużywany, a najchętniej powołują się nań osoby, które nie tylko nie przeczytały Ferdydurke, ale i też niewiele z Gombrowicza zrozumiały). Sęk w tym, że jeśli będziemy traktować teksty kultury (bo w sumie nie tylko te pisane) wyłącznie w kategoriach podobania się, to niewiele pozostanie miejsca na jakiekolwiek dyskusje. O gustach się nie dyskutuje, bo co tu właściwie można powiedzieć? Że mój gust jest mojszy?

Granica obcowania z dziełem nie leży więc w podobaniu się, lecz w rozumieniu. Mogę nie przepadać za literaturą pozytywistyczną, a mimo to docenić Lalkę. Trudno to jednak zrobić, jeśli nie ma się pojęcia, o czym Prus pisał i dlaczego. A jeszcze trudniej, kiedy do tekstu z pewnej epoki próbuje się przykładać współczesną miarę. (I nie mam tu na myśli celowej polemiki czy zabiegów aktualizacyjnych. Coraz więcej osób się potyka się na czym innym – nie rozumieją utworów, bo nie mają po temu odpowiednich narzędzi, lecz zamiast ich poszukać, wrzucają teksty do obszernej szufladki z napisem „niedzisiejsze”).

Przede wszystkim należy pamiętać, że każde dzieło składa się z wielu warstw, a każda może okazać się wyjątkowa. Zdolności światotwórcze autora, kreacja postaci, sprawność prowadzenia wątków fabularnych – to te najbardziej oczywiste. Budowa powieści, umiejętność operowania pięknie brzmiącą frazą czy w ogóle dopracowanie od strony lingwistycznej – warto docenić wysiłki autorów, których styl nie jest zupełnie przezroczysty i potoczny. I oczywiście – last but not least – intertekstualność, czyli to, jak dzieło koresponduje z innymi. (Nie wiem, czy wciąż żyjemy w postmodernizmie, czy już w postpostmodernizmie, ale moda na intertekstualność oraz na burzenie czwartej ściany wydaje się wciąż żywa).

Siłka dla moli

Taka głęboka lektura to naprawdę nie jest żadna wiedza tajemna. Jej podstawę stanowi – bądź co bądź – czytanie właśnie. Im więcej czytamy, tym lepsi w czytaniu się stajemy. Obserwujemy, jak różni autorzy podchodzą do podobnych tematów, jakimi posługują się narzędziami, by przekazać swoje idee. Dodatkowy bonus, jeśli sięgamy po różnorodne teksty – różnych autorów, różne gatunkowo, a także epokowo czy kulturowo. Wszystko to nas ubogaca.

Co dociekliwsi przejdą na poziom meta. Poszukają informacji na temat pisarza albo okoliczności, w jakich powstał dany tekst. (Tak, wiem, wiem, śmierć autora, ale ja w nią tak do końca nie wierzę). Przypomną sobie, jak pani od polskiego katowała ich takimi pojęciami jak metonimia albo katabaza, i a nuż uznają, że może nie było to całkiem bez sensu. Poćwiczą google’anie. Poczytają trochę cudzych analiz i interpretacji. Zaczną dostrzegać wzorce i się w nich zakochają.

Wreszcie pozostają dyskusje z innymi czytelnikami. Zawsze jest szansa, że ktoś zwróci uwagę na walor utworu, który sami przeoczyliśmy. A jeśli nie, jeśli cała ta gadka o głębokim obcowaniu z tekstem brzmi dla was jak nonsensowny i anachroniczny bełkot… No to zawsze można się jeszcze porajcować ze znajomymi, że coś było FAJNE, bo skoro nie każdy musi być fizykiem kwantowym, to pewnie też nie każdy musi być czytelnikiem na levelach epickich. Byle tylko pamiętać, że skoro ja czegoś NIE ROZUMIEM i mi się NIE PODOBA, to jeszcze nie znaczy, że daną rzecz należy wykreślić z listy dóbr ludzkości; niewykluczone, że znajdą się osoby o odmiennej wrażliwości, dla których nasz kawałek węgla okaże się diamentem – i chwała im za to.

Jako grafiki głównej użyto ilustracji Frana Segury.

Anna Jakubowska

Anna Jakubowska

Filolog, edytor, publicystka, mól książkowy, gamer, RPG-ówka - kolejność przypadkowa. Zacięta narratywistka, święcie przekonana, że życie to opowieści, a opowieści to życie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.