Star Trek: Oryginalna Seria. Co w nim fajnego?

-

Premiera drugiego sezonu Star Trek: Discovery już za nami. Podobnie jak poprzednio, odcinki wypuszczane są w systemie tygodniowym. A to oznacza, że mamy dużo czasu pomiędzy kolejnymi odsłonami. Można go wykorzystać w różny sposób – ja proponuję przyjrzeć się wcześniejszym seriom tej franczyzny. Star Trek nie uniknął tego, co spotkało inne, wciąż rozwijane franczyzy, dlatego czasem trudno powiedzieć co kryje się pod „wcześniej” – wszystko bowiem będzie zależało od tego, czy spojrzymy na chronologię świata przedstawionego, czy na okres w którym dana seria powstawała. I tym sposobem Discovery raz będzie drugie, a raz szóste.  Do tematu DIS zresztą wrócę po zakończeniu sezonu drugiego.

Z chronologicznie pierwszą częścią,  opowiadającą o przygodach kapitana Archera i jego załogi najwcześniejszą dla świata ST serią mam trwający od dłuższego czasu problem: nie jestem w stanie jej obejrzeć, bo po kilku odcinkach potrafię myśleć tylko o tym, czy dowódcy Gwiezdnej Floty, posyłając w kosmos Archera, chcieli wywołać wojnę, czy może mieli nadzieję, że facet się ogarnie? Na etapie, do którego dotarłam (połowa pierwszego sezonu, a podejść miałam więcej niż odcinków udało mi się zobaczyć) – nie ogarnął się. I niestety ani Portos, ani T’pol (której scenarzyści zdają się bardzo nie lubić), ani Doktor nie są w stanie mnie przekonać do tej odsłony Star Treka.

Dlatego też, zamiast narzekać, chcę wam dziś powiedzieć o mojej ulubionej części tego uniwersum,którą przy okazji uważam za wartościową i wartą obejrzenia. Nawet jeśli powstała ponad pięćdziesiąt lat temu, a niektóre odcinki wywołują zażenowania, to i tak jestem zdania, że warto się jej przyjrzeć.  Mowa oczywiście o Star Trek: Oryginalna Seria (w tekście będzie też pojawiał się skrót od anglojęzycznego tytułu – TOS).

W poniższym artykule skupię się na dobrych stronach tej pierwszej powstałej serii i na tym co, moim zdaniem, jest w nim takiego godnego uwagi, chciałabym jednak przede wszystkim, żebyście mieli świadomość, że Star Trek: Oryginalna Seria to udany produkt swoich czasów. Ma zatem też pakiet wad, rzeczy, które mogą frustrować i które z współczesnego punktu widzenia – nie powinny  się pojawić. Uważam jednak, że mimo wieku serial ten zestarzał się całkiem nieźle i nadal może dostarczyć sporo radości.

Kadr z serialu „Star Trek: Oryginalna Seria”


Trochę historii

Koniec lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych to nie był łatwy okres. Efekty nie tak dawno zakończonej wojny wciąż dawało się odczuć; powoli dorastało pokolenie dzieci internowanych w obozach koncentracyjnych, dyskryminacja rasowa wciąż była plagą, a brak zaufania społecznego i poczucia bezpieczeństwa miało ogromny wpływ na społeczność. Z kolei kultura popularna powoli wygrzebywała się spod ustępującego kodeksu Hayesa. A Stany Zjednoczone stały u progu rewolucji obyczajowej.  

Na tym tle nieco szalona, eskapistyczna wizja Gene’a Rodenberry’ego wydawała się niezwykle potrzebna i istotna. W końcu po koszmarach codzienności dobrze byłoby móc spojrzeć optymistycznie na to, jak będzie wyglądała przyszłość. Jednak znalezienie producenta dla tego pomysłu nie było do końca takie proste – ten kultowy dziś serial wymagał bowiem sporych nakładów gotówki, a znalezienie chętnego do jej wyłożenia okazało się bardzo trudne. Gdyby nie pewna producentka – Lucille Ball – i jej chęć działania na przekór reszcie rady nadzorczej niezależnego studia Desilu, Star Trek najprawdopodobniej nigdy by nie powstał. Dwukrotnie zresztą Ball ratowała tę produkcję –  najpierw płacąc za pierwszy odcinek pilotażowy – The Cage, który pokazywał USS Enterprise pod wodzą kapitana Christophera Pike’a, a gdy ten nie przyniósł oczekiwanego sukcesu, ponownie sprzeciwiając się radzie nadzorczej, zgodziła się zapłacić za drugi pilot. Tym razem się  udało. Where No Man Has Gone Before miał niemal całkowicie zmienioną załogę, co pozwoliło flagowemu statkowi kosmicznemu Gwiezdnej Floty wyruszyć w nieznane.

Materiał zarejestrowany na potrzeby The Cage można nadal zobaczyć – zarówno jako samodzielny odcinek o tym tytule, jak i część The Menagerie, epizodu, który ukazuje dalsze (niespecjalnie szczęśliwe) losy kapitana Pike’a.

Kadr z serialu „Star Trek: Oryginalna Seria”

Optymistycznie w przyszłość

Przede wszystkim pierwsza odsłona Star Treka jest też – w moim odczuciu – tą najbardziej optymistyczną. Kosmos jest nowym miejscem, ludzkość dopiero zaczyna go eksplorować. Pierwszy kontakt z rasą Vulcan nastąpił niedawno, a mieszkańcy Ziemi przekonali się, że nie są ani najbardziej liczną, ani też najbardziej zaawansowaną rasą zamieszkującą ogrom kosmosu.

Gdy Roddenberry tworzył to, co dzisiaj nazywamy, The Original Series, czyli Serią Oryginalną, chciał pokazać, że ludzie dojrzeją i będą umieli spojrzeć ponad dzielące ich różnice, a nawet cieszyć się różnorodnością – i w końcu pokojowa koegzystencja będzie możliwa. Świat, który wyeksplorujemy z charyzmatycznym kapitanem Jamesem T. Kirkiem, to miejsce w którym wciąż nie jest idealnie – w tle nadal pobrzmiewają echa wojny, która wstrząsnęła Ziemią, a ludzie nadal muszą się wiele nauczyć. Kosmos Kirka to miejsce w dużej mierze jeszcze nieodkryte; sojusze są wciąż nowe i wydają się nietrwałe. A jednak, niezależnie od przeciwności –  załoga Enterprise podejmuje trud poznawania tego, co było okryte tajemnicą.

Kadr z serialu „Star Trek: Oryginalna Seria”

W kosmosie nie ma miejsca na uprzedzenia

A przynajmniej kapitan Kirk zdaje się w to wierzyć i na swoim statku jest gotowy tego dopilnować. Gdy w jednym z najlepszych odcinków – Balance of Terror – okazuje się, że Vulcanie, rasa której przedstawicielem jest pierwszy oficer USS Enterprise, Spock, wyglądają podobnie do wrogów Gwiezdnej Floty powoduje to rasistowską wypowiedź jednego z członków załogi. I chociaż sam Spock gotów był puścić podobną uwagę mimo uszu – tak jak często robią ofiary prześladowań, by nie prowokować dalej swoich oprawców – Kirk od razu zareagował. Dosadnie wytłumaczył załogantowi, że uprzedzenia powinien był zostawić poza statkiem, bo ani na mostku, ani nigdzie indziej nie ma dla nich miejsca. Mimo ostrej reakcji na tego typu zachowanie Kirk nie jest ideałem – sam ma całkiem wyraźne i mocno zakorzenione uprzedzenia wobec Klingonów. Serial o tym nie zapomina i wypomina to głównemu bohaterowi, zmuszając go do autorefleksji i wywołując zmianę sposobu myślenia.

Ale TOS nie pokazywał walki z uprzedzeniami tylko w tak łopatologiczny sposób – sięgał też po znacznie subtelniejsze rozwiązania. Oto na mostku siedzieli obok siebie –  Pavel Checkov, Hikaru Sulu i Uhura. Kolejno: Rosjanin, postać o niesprecyzowanym azjatyckim pochodzeniu grana przez aktora internowanego w czasie drugiej wojny światowej, oraz niebiała kobieta w randze poruczniczki. W serialu powstającym w latach sześćdziesiątych, był ogromny krok ku egalitarnemu społeczeństwu. Oprócz nich na mostku przebywał wspomniany już Spock (pół człowiek, pół Vulcan) i kapitan Kirk. Czasem mieliśmy okazję zobaczyć tam również Leonarda McCoya i Montgomerego Scotta oraz, przez moment, Janice Rand. Ta różnorodność była celowa i miała pokazać, że przyszłości kreowanej przez Roddenberry’ego wszyscy będą sobie równi. Dodatkowo taki dobór postaci miał też przekonać widzów, że uprzedzenia nie mają sensu.

Smutną ciekawostką jest to, że widzowie w latach sześćdziesiątych niezbyt różnili się od tych współczesnych – taki miks etniczny i płciowy wzbudzał kontrowersje i niechęć tych, którzy nie chcieli zrozumieć przesłania serialu.

Kadr z serialu „Star Trek: Oryginalna Seria”

Męskość niejedno ma imię

Gdy po raz pierwszy oglądałam oryginalną serię, z przyjemnością obserwowałam to, jak różnorodnie zostali wykreowani bohaterowie męscy w tej serii. Na przykład Kirk –  wydawałoby się, że musi być kwintesencją stereotypowej męskości – tymczasem nie do końca tak jest. Po pierwsze pełnił nietypową dla mężczyzny rolę ewidentnego eye candy, dlatego też często pozbawiano go górnej części munduru, żeby przyciągnąć kobiecą (i nieheteronormatywną) część widowni. Często też używał flirtu jako narzędzia perswazji (chociaż wbrew obiegowej opinii fandomu, Kirk, nie jest aż tak wielkim kobieciarzem –  jego zainteresowanie kobietami nie odbiega od tego, jakie prezentują McCoy i Spock); zdarzało mu się także korzystać z przemocy jako sposobu rozwiązania konfliktów. Niemniej jednak, przy tym wszystkim pozostawał bardzo empatyczny, a użycie siły uważał raczej za ostateczną niż ulubioną taktykę. Nie wstydzi się też okazywać zmęczenia czy choroby.

Na uwagę zasługuje też ulubieniec kilku pokoleń, Spock. Jest on postacią zniuansowaną i ciekawą – od początku kreowano go na kogoś stojącego pomiędzy dwoma, wydawałoby się, wykluczającymi się światami. Jednocześnie musiał sprostać wymaganiom chłodnego, zastygłego w swoich przekonaniach społeczeństwa Vulcan oraz zdecydowanie bardziej chaotycznego, zmiennego i emocjonalnego świata ludzi. Chociaż łatwo byłoby w tym wszystkim wytworzyć kompleks wyższości i poczucia bycia lepszym, Spock tego unika. Szybko wychodzi na jaw, że jego rzekoma lepszość jest tak naprawdę sporą przeszkodą –  stojąc pomiędzy, nie jest w stanie w pełni uczestniczyć w żadnym ze światów. Sporo też uczy się od Kirka i McCoya, jak też reszty załogi – między innymi tego, że emocje same w sobie nie są słabością ani powodem do wstydu. Samo to jest interesujące – i doskonale pokazuje jak zmieniło się przez lata postrzeganie męskości. To ważna lekcja i szkoda, że o niej na wiele lat zapomniano.

To oczywiście nie wszystko co mogłabym napisać o Oryginalnej Serii. Zdecydowałam się pokazać to, co moim zdaniem jest najważniejsze lub najbardziej zasługiwało na rozwinięcie. Więcej powodów dla których warto obejrzeć Star Treka (tym razem traktowanego jako całość), znajdziecie w 10 powodach dla których kocham Star Trek.

Kadr z serialu „Star Trek: Oryginalna Seria”

Słowem podsumowania

Do tematu Star Treka pewnie wrócę jeszcze  nie raz. Tymczasem: oryginalną serię uważam za ogromnie ważny element popularnej, który moim zdaniem dobrze jest poznać. Choćby dlatego, że jeśli chodzi o eksplorowanie kosmosu oraz podróże kosmiczne – zestarzał się całkiem ładnie. I również dlatego, że ogromnie różni się od współczesnych powrotów do franczyzy: alternatywna rzeczywistość przedstawiona w trylogii filmowej (Star Trek, W ciemność i  W nieznane) siłą rzeczy ma inną dynamikę i wiele wątków spłaszcza. Twórcy Discovery natomiast jeszcze nie mogą się zdecydować, czy podążyć optymistyczną drogą serii oryginalnej, czy też – wytyczyć znacznie mniej pogodną ścieżkę dla ludzkości.


Źródło grafiki głównej

Anna Kwapiszewska
Anna Kwapiszewska
Gdyby nie czytnik, zdecydowanie umarłaby pod ciągle rosnącym stosem nieprzeczytanych książek. Nie wierzy w guilty pleasure, kocha feminatywy, Star Treka i herbatę. Oprócz tego erpeguje i larpuje. Chodzą też słuchy, że często gotuje i jeszcze nikogo nie otruła!

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu