Nie taki diabeł straszny. „Diabeł: Inkarnacja” – recenzja filmu

-

Tematyka egzorcyzmów wciąż jest jedną z bardziej popularnych i często eksploatowanych w horrorach. Co prawda żaden z nowo powstałych filmów grozy poruszających to zagadnienie nie może się równać z legendarnym Egzorcystą Friedkina, który mimo czterdziestu pięciu lat trzyma się jak młody Bóg (choć w tym przypadku to chyba niezbyt taktowne określenie…), za to znajdziemy kilka innych, ciekawie obrazujących ten motyw. Zwiastun najnowszej produkcji o złowieszczo brzmiącym polskim tytule Diabeł: Inkarnacja był obietnicą mocnego widowiska, lecz na tym się skończyło, a jak dobrze wiemy – z pustego to i nawet sam diabeł nie naleje.
Na nocnej zmianie

Fabuła horroru Diederika Van Rooijena opiera się o prosty, wielokrotnie stosowany koncept. Była policjantka po przejściach, Megan (Shay Mitchell), podejmuje nową pracę jako asystentka w kostnicy. Nie spodziewa się jednak, że żmudna, z pozoru spokojna oraz nieco upiorna robota przerodzi się w walkę o przetrwanie. Pech chciał, iż na jej nocną zmianę zostaje przywiezione ciało nijakiej Hannah Grace, która zmarła po serii wyczerpujących egzorcyzmów. Od tego momentu świeżo upieczona pracownica jest świadkiem paranormalnych wydarzeń, gdzie nagle gasnące światła i infernalne dźwięki to nic w porównaniu z tym, z czym przyjdzie jej się zmierzyć.

Kadr z filmu „Diabeł: Inkarnacja”

Przeczucie rzadko myli

Po obejrzeniu dość zachęcającego zwiastuna horroru miałem wrażenie, że będzie to średnio udana wariacja na temat solidnej Autopsji Jane Doe. Przeczucie horrorowego maniaka, swoją drogą rzadko wprowadzające w błąd, po raz kolejny mnie nie zawiodło i pozwoliło uniknąć nastawienia się na mocne, wbijające w fotel widowisko, a potem doznania bolesnego rozczarowania. Już sam trailer odarł seans z tajemnicy, ukazując w gruncie rzeczy najlepsze momenty, choć okazał się całkiem dobrym chwytem marketingowym, który przyciągnął do sal kinowych dość sporą widownię, co też pokazuje niemalejące zainteresowanie tematyką egzorcyzmów. Niestety nie przekłada się to na jakość. Przy większości tego typu horrorów Diabeł: Inkarnacja wygląda jak zagubiony człowiek, bojący się odważniej stawiać kolejne kroki, podjąć ryzyko, aby odnaleźć właściwą drogę do celu. Zaś stosowane przez nie środki i metody przynoszą niewielkie korzyści oraz są mało skuteczne.

Grubymi nićmi szyte

Ciężko mówić w tym przypadku o zmarnowanym potencjale. Hermetyczna fabuła, schematyczne ujęcie większości wątków i banalne finałowe rozstrzygnięcia w znacznym stopniu ograniczyły dokonywanie jakichkolwiek rotacji w składzie oraz innych zabiegów koncepcyjno-metodologicznych, przez co wartość obrazu sama w sobie jest po prostu nijaka. Twór  Diederika Van Rooijena zdaje się być mało sprawnym substytutem, zbyt kurczowo trzymającym się sztywnej formuły postmodernistycznego straszydła, w której widz zaczyna mierzyć odruchowo częstotliwość wyskakujących demonów zza rogu. Wszystkie elementy można by połączyć ze sobą w całkiem inny, bardziej intrygujący sposób, a przy użyciu szerzej rozbudowanych kontekstów, sprawić, aby z perspektywy odbiorcy oglądało się obraz z zaciekawieniem. Tymczasem reżyser obiera bezpieczny, zupełnie nieefektywny kierunek, tworzy spektakl z podręcznikiem w ręku.


Kadr z filmu „Diabeł: Inkarnacja”

Nawet postacie wyglądają jak kukiełki, skonstruowane z jałowego materiału, które rozpadają się przy pierwszym kontakcie, w tym wypadku w obliczu sytuacjach zagrożenia, wymagających od nich zachowania zimnej krwi oraz jasności umysłu. Nadmierne przywiązanie wagi do poprawności budowania napięcia oraz podążanie ślepo za współczesnym trendem w kinie grozy obdarło horror z tego, co dla widza ważne – ciekawości. Wszystko jest szyte zbyt grubymi nićmi. Repertuar zagrań zostaje mocno zawężony przez dobór sztywnej i mało elastycznej strategii. Inne aspekty filmu, zwłaszcza psychologiczna strona głównej bohaterki, mimo jej szczerych chęci i usilnych starań, by uwiarygodnić przedstawienie oraz dodać mu trochę więcej dramatyzmu, są, podobnie jak cała reszta, nader formalistyczne. W tak szczelnie zamkniętym układzie nie ma miejsca na wprowadzenie udogodnień czy innowacji. Z takiego obrotu sprawy chyba nikt nie może czuć się zadowolony.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękujemy Multikino Wrocław

 

Tytuł oryginalny: The Possession of Hannah Grace

Reżyseria: Diederik Van Rooijen

Rok powstania: 2018

Czas trwania: 1 godzina 25 minut

Marcin Panuś
Zafascynowany horrorem od najmłodszych lat. Twierdzi, że pierwszy film grozy obejrzał już w wieku sześciu lat. Wierny fan Freddy’ego Kruegera. Od postmodernistycznego kina woli stare dobre produkcje klasy B. Typ aktywisty i sportowca, z milionem pomysłów na siebie. Ceni sobie szczerość i otwartość u ludzi oraz bliższe relacje z innymi. Stawia na samorealizację poprzez zainteresowania i pasje. Może kariery badmintonisty nie zrobi, ale ma zadatki by być dobrym pedagogiem. W wolnym czasie lubi zagłębiać się w poezji. Wciąż podtrzymuje obietnicę, że kiedyś wyda swój skromny tomik.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu