Trzech kumpli, z których każdy pracuje na innym szczeblu tej samej instytucji. Spotykają się w domu jednego z nich, przy jedzeniu i wódce. Śmieją się, bawią i urządzają głupie zabawy – jak to po pijaku. Nie ma w tym obrazku nic nadzwyczajnego aż do momentu, gdy nagle w korytarzu pojawia się chłopiec i oświadcza, że przyszedł po księdza Kukułę. Jednego z naszych balujących kumpli. Tak się bowiem składa, że wszyscy są duchownymi.
Kadr z filmu Kler
To tylko początek

Kler to film o nich – Andrzeju Kukule (Arkadiusz Jakubik), Leszku Lisowskim (Jacek Braciak) oraz Tadeuszu Trybusie (Robert Więckiewicz). Pierwszy pełni posługę w miejskiej parafii, drugi zajmuje wysokie stanowisko w kurii i prowadzi fundację, trzeci jest proboszczem na wsi. Ich sytuacja materialna różni się, co uwidacznia się choćby w posiadanych przez nich samochodach, plebaniach czy mieszkaniach. Odróżniać ich będą również czekające ich problemy. W trakcie nocy pijaństwa Kukuła zostaje wezwany do umierającej kobiety, do której jedzie sam, samochodem, zostawiając kumpli na plebani. Gdy wraca, pod kościołem ma miejsce awantura, Lisowski i Trybus kłócą się z policjantami, wezwanymi przez okolicznych mieszkańców przez zbyt głośne zabawy. Sprawa, jak można się spodziewać, zostaje szybko zażegnana – wystarczył jeden telefon do komendanta. Tak końca dobiega popijawa i każdy z naszych bohaterów wraca do siebie oraz swoich obowiązków. Wiejski proboszcz coś potrąca, zapewne zająca, rozwalając swojego starego opla. Pracownik kurii zostaje wezwany na plac budowy nowego sanktuarium, gdyż tak jakby „geodeta się pomylił”. A Kukuła po tym, jak wyspowiadał przespał poranne spowiedzi, udał się do pracy, do szkoły, gdzie poza uczeniem religii, trenuje drużynę piłki nożnej.

Sielanka zostaje przerwana przez problemy: niechcianą ciążę gospodyni (i kochanki) Trybusa, oskarżenia o ustawione przetargi pod adresem Lisowskiego oraz podejrzenie, że Kukuła wykorzystał seksualnie jednego z ministrantów.

Kadr z filmu Kler
To nie jest komedia

Kler pod względem kompozycji trzech – wydawałoby się – osobnych wątków, to naprawdę dobra produkcja. I, jak w jednym z wywiadów zastrzegł reżyser Kleru, Wojciech Smarzowski, wbrew temu, co sugeruje trailer, jego film to nie komedia. Rzeczywiście, niewiele znajdziemy w nim humoru, za to wiele ludzkich tragedii, słabości oraz obłudy. Historię każdego z kumpli poznajemy powoli, w skrawkach wspomnień przywoływanych w różnych momentach ich perypetii. Co ciekawe, nie są one wymuszonymi ekspozycjami, pojawiają się w scenach pozostawiających przestrzeń na tego typu refleksyjność. Ponadto nie należą do tych retrospekcji, które podają widzom wszystko na tacy – Smarzowski i jego współscenarzysta, Wojciech Rzehak, nie traktują swoich odbiorców jak idiotów, zostawiając im (nam) niektóre elementy do poskładania na własną rękę. Pod koniec filmu znamy najistotniejsze fakty, aby dokładnie zrekonstruować to, co ich spotkało. Przy okazji warto też dodać, że montażowo Kler jest dużo spokojniejszy niż Drogówka, do której to produkcji zresztą puszczone zostaje niewielkie oczko w pierwszych minutach najnowszego filmu tego reżysera. Ostrzejsze przejścia między scenami podporządkowano w pełni budowaniu atmosfery, nie akcji czy dynamiki, ale poczucia niepokoju oraz napięcia. W każdej chwili oczekujemy, że zaraz wydarzy się coś znaczącego, a przede wszystkim – strasznego. I chociaż Smarzowski nieco przeciąga te momenty, nie traci naszej uwagi – ponieważ chcemy wiedzieć, o co chodzi, co się stanie.

Muszę również przyznać, że od dawna nie widziałam tak dobrze wykorzystanego drugiego i trzeciego planu – tam się ciągle coś dzieje. Czy to istotne dla całości rozmowy, spojrzenia, kłótnie, a nawet przezabawny wręcz moment, gdy asystent biskupa czyści ubłocone buty jego ekscelencji, co jako widzowie obserwujemy z oddalenia, przez szybę samochodu. Jeśli jeden z naszych trzech kumpli gdzieś idzie, mija ludzi, którzy dyskutują i nie są to wcale nic nieznaczące dialogi. One wszystkie znalazły się tam po coś, dlatego warto zwrócić na nie uwagę.

Największą zaletą Kleru jednak są odtwórcy głównych ról – największe wrażenie interpretacją swoich bohaterów robią Braciak i Jakubik, to oni również kradną cały film dla siebie. Obaj najlepiej wypadają w scenach, gdzie zamiast wygłaszać dialogi, grają ciałem, spojrzeniem, mimiką. Wątki tych protagonistów są zresztą gatunkowo o wiele cięższe niż ten, który przypadł w udziale Więckiewiczowi, w ich przypadku to właśnie milczenie przekazuje najwięcej. Wiejski ksiądz boryka się z zupełnie innymi problemami – nałogiem alkoholowym oraz miłością do jednej z parafianek. Jest nieco nieporadny, dużo bardziej emocjonalny niż w wielu swoich dotychczasowych rolach. Jego historia jednak, w porównaniu do tej o księdzu Kukule i Lisowskim, ma wyraźnie bardziej spokojny oraz nieco rubaszny wydźwięk. Stanowi kontrapunkt dla poważniejszych, sportretowanych w filmie problemów, a bohater jako taki pozostaje nieco z boku dwóch pozostałych.

Kadr z filmu Kler
Subtelne nawiązania do pozafilmowej rzeczywistości

W filmie kilkukrotnie przywołane zostają wypowiedzi oraz sprawy, na które w pozafilmowym świecie zwracały uwagę media. Usłyszymy słynne słowa arcybiskupa Michalika, jakoby to ofiary były same sobie winne, ponieważ „lgną do księży”. W krótkim fragmencie pojawi się również odniesienie do opisanego przez Justynę Kopińską dramatu wychowanków ze Specjalnego Ośrodka Wychowawczego Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek w Zabrzu opublikowane na łamach „Gazety Wyborczej” oraz w książce Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? Wspomniany zostanie pewien „holenderski dziennikarz”, autor książki Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim kościele mówią.

Dobry film jest dobry

Wychodząc z Kleru, trudno się uśmiechnąć – nie chodzi tylko o niosące kilka symbolicznych znaczeń zakończenie, ani o to, że fabularnie nieukarany pozostaje ten, któremu najbardziej się to należy, a ofiary wcale nie znajdują ukojenia. Całość tej historii nie napawa optymizmem, sportretowana w niej instytucja kościoła jest właśnie tym – dbającą o interesy swoje i swoich instytucją, która niewiele ma wspólnego z wiarą i religią. Tłamsi głosy ofiar w imię własnego bezpieczeństwa, a sztukę wymiany przysług oraz dóbr opanowała do perfekcji. Na pewno warto zobaczyć, bo to po prostu dobra historia.

 

 

 

Reżyseria: Wojciech Smarzowski

Rok powstania: 2018

Czas trwania: 1 godzina 13 minut

1 komentarz

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię