Ciastek atakuje miasto! „Monster City” — recenzja gry planszowej

-

Dobra, przyznaję się. Jestem psychofanką wielkich potworów, które to jednym uderzeniem swojej pięści (lub łapy) przewracają budynki z taką łatwością, jakby te były jedynie talią lekkich kart.
Na całe szczęście filmowo bywam pod tym względem po prostu rozpieszczana. Rokrocznie powstaje coraz więcej podobnych produkcji, w których to albo Godzilla, albo King Kong, lub jeszcze inny stwór z kosmosu, sieją spustoszenie pośród olbrzymich metropolii. Jednak gdy na chwilę opuścimy kinowe sale i weźmiemy na tapet gry planszowe, to niestety tacy fani potworów jak ja odczuwają pewne braki.

Dlatego też z wielką radością przywitałam nową propozycję Naszej Księgarni —Monster City, w której to, według opisu, mamy stawiać czoła wielkim bestiom, a także w miarę naszych możliwości – odbudowywać niszczone miasta. Czy wyszło tak dobrze, jak zapowiadali twórcy? Zapraszam do recenzji.

Dwa słowa o wydaniu

Gra mieści się w niewielkim pudełku, które na pierwszy rzut oka wejdzie do każdej torby. Jednak niech was nie zmyli wielkość, bo potrzeba sporo miejsca, by wyłożyć wszystkie karty. Czy zatem tytuł ten nadaje się jako urozmaicenie w podróży? Niekoniecznie.

Sama grafika jest na wysokim poziomie. Z przodu opakowania widzimy wielką Godzillę, niszczącą najbardziej charakterystyczne budynki znajdujące się w różnych krajach. Tak, plus za warszawki Pałac Kultury!

W środku znajdziemy łącznie sto trzy karty, z których, moim zdaniem, najlepiej wypadły te z podobiznami potworów. Szczególnie spodobał mi się Ciastek, ale fani Władcy Pierścieni również będą zadowoleni, bo do monstrów dołączył także Balrog. Warto też zaznaczyć, że wszystkie fiszki przygotowano tak, by ułatwić grę osobom mającym problem z odróżnianiem kolorów!

Dodatkowo, oprócz samych blankietów, do pudełka dołączono minibankoty z podobizną autora gry (dla mnie dość kiepski pomysł, chyba nie moje poczucie humoru), a także notes do późniejszego sumowania punktów i ołówek.


Karty na stół!

Najważniejszy cel gry to wzniesienie najlepszego miasta, za które otrzymamy jak najwięcej punktów. Samo zadanie nie jest proste, bo co chwilę przybywać będą potwory (które sami na siebie wysyłamy), by niszczyć budowane metropolie. Wybierane przez nas monstra mają oczywiście swoje „upodobania” co do roznoszonych budynków. Jeśli na przykład posiadamy w mieście same czerwone gmachy, a wybrany przez nas stwór woli te zielone i żółte, to wyjdziemy z opresji bez szwanku. Ale gdy przyjdzie nam spotkać się z bestią, która gustuje w czerwonym, wtedy, cóż… zostaniemy z pustym polem budowy.

Oczywiście za takie katastrofalne w skutkach spotkanie z monstrum otrzymujemy odszkodowanie, za które znów kupujemy kolejne obiekty.

Podczas rozgrywki punkty przydzielane są aż czterokrotnie: za najniższe budynki, za najwyższe, za te w wybranym kolorze oraz za wszystkie nasze budowle. Sami decydujemy o kolejności punktacji, pamiętając, że każdą kategorię możemy wybrać jedynie raz podczas rozgrywki.

Po kilku turach…

Niestety wiem już, że Monster City raczej nie będzie należeć do moich faworytów. Chociaż same zasady są proste, karty wykonane porządnie, a grafika pasuje tematem do całości, to jednak dla psychofana wielkich potworów całość okaże się zbyt słaba.

W grze zdecydowanie brakuje klimatu. Klimatu przez duże „K”! Nie ma strachu związanego w potworami, uczestniczy cierpią na niedostatek ekscytacji, nie walczą o przeżycie. Przecież nasze miasto właśnie atakuje Godzilla, a my tylko patrzymy na zyski i straty.

Brakuje mi też negatywnej interakcji. Dużo ciekawiej byłoby, gdybyśmy to my mogli wybierać monstra, które nawiedzają metropolie innych graczy. A tak jedyne, co możemy zrobić, by utrudnić pozostałym budowanie swoich stolic, to dobranie swojego potwora w ten sposób, by kolejny uczestnik dostał stwora przynoszącego mu jak największe straty.

Podsumowując

Monster City to gra mało wymagająca, która prędzej sprawdzi się jako rozgrywka w gronie rodzinnym lub na wycieczce szkolnej niż podczas wieczoru z doświadczonymi planszówkowiczami. Samo rozpoczęcie i wytłumaczenie zasad zajmuje raptem chwilę, a pojedyncza partia trwa mniej niż dwadzieścia minut. W grze nie ma też problemów ze skalowaniem związanym z liczbą uczestników.

Na pudełku widnieje informacja, że w Monster City mogą też grać dzieci od ósmego roku życia. Jednakże nie wiem czy dla tak młodego uczestnika ciągłe burzenie budynków nie będzie frustrujące.

Monster City to tytuł, w który zagra się raz i raczej nie wróci do niego od razu. Jednak warto mieć go na swojej półce, bo może przydać się przy rodzinnym obiedzie lub pośród znajomych nie mających „planszówkowego doświadczenia”.

Tytuł: Monster City

Liczba graczy: 3-5

Wiek: 8-108

Czas rozgrywki: 25 minut

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu Nasza Księgarnia, więcej o grze przeczytacie tutaj:

podsumowanie

Ocena
6

Komentarz

„Monster City” to gra mało wymagająca, która prędzej sprawdzi się jako rozgrywka w gronie rodzinnym lub na wycieczce szkolnej niż podczas wieczoru z doświadczonymi planszówkowiczami. Chociaż same zasady są proste, karty wykonane porządnie, a grafika pasuje tematem do całości, to jednak dla wielbiciela karcianek z klimatem, ten tytuł to zdecydowanie za mało.
Weronika Penarhttps://recenzowniaksiazkowa.blogspot.com/
Z zawodu behawiorystka i badaczka kociego zachowania -  nic co kocie, nie jest jej obce. Z zamiłowania czytelniczka dobrych kryminałów i książek przygodowych, kinomaniaczka i ciągła podróżniczka. Jeśli nie biega na swojej uczelni, nie uczy studentów lub nie czyta pod kocem książek, to na pewno podróżuje, szukając swojego miejsca w świecie.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu