Zastanawialiście się kiedyś, jak by to było mieć własny klan? Ludzi, o których wykarmienie i przeżycie jest się odpowiedzialnym? Trzeba im zapewnić dach nad głową i ochronę przed najeźdźcami. Takimi ludzkimi, nie prusakami czy komarami jak to w naszych polskich gniazdkach.

Six Ages: Ride Like the Wind oferuje nam szansę doświadczenia tego na własnej skórze. Kierujemy klanem Jeźdźców, wyruszających na poszukiwania nowego lokum. Wreszcie odnajdują dolinę, która wzbudza w nich największe nadzieje – pragną wkraść się w łaski bóstw i przekonać je do pomocy. Jednak to wcale nie będzie takie proste.

Produkcję tę uznaje się za prequel King of Dragon Pass z 1999 roku, gdyż zabiera nas do tego samego świata Gloranthy, tylko że sprzed kilku tysięcy lat, do epoki brązu. 

Screen z gry
Każdy lubi jedzonko i swoich sąsiadów

Aby klan mógł przeżyć, potrzebuje wielu różnych elementów. Zresztą z pewnością większość osób czytających teraz ten tekst grała kiedyś w podobne symulatory turowe na telefonach. Wybieramy, które surowce chcemy pozyskiwać, zasoby zdobywać czy żywność produkować. Dbamy o dobre kontakty z sąsiadami, jednocześnie martwiąc się o sytuację wewnętrzną w naszej osadzie. Musimy znaleźć czas na eksplorację mapy, a  także okazyjnie najechać inne terytoria. Możemy praktykować magię i zgłębiać jej arkana. W końcu – nie zapominajmy o handlu, który pomaga nam utrzymać klan przy życiu w najtrudniejszych chwilach.

Do tego musimy dbać o dobrą opinię u bóstw i wciąż oddawać im cześć, by pozostali łaskawi i zsyłali nam dary.

Screen z gry
Raz ty, raz komputer!

Gra opiera się na systemie turowym, czyli mechanizmie pozwalającym graczom naprzemiennie podejmować różne działania. Jest to jedno z najbardziej znanych rozwiązań, kojarzonych z produkcji takich jak chociażby słynne Heroes of Might and Magic III. Wywodzi się jednak z gier planszowych, w których gracze czekają na swoją kolej, by wykonać ruch. Monopoly, Twister czy nawet zwykłe warcaby to właśnie najlepsze przykłady takiej mechaniki rozgrywki. Six Ages różni się od nich głównie tym, że jest produkcją single player. Naszymi wrogami steruje komputer, a nie inny gracz.

Screen z gry
Tradycja jest święta, ale nienawidzę mężczyzn…

Jednym z najciekawszych elementów gry Six Ages: Ride Like the Wind jest różnorodność charakterów członków naszego klanu. Nie mamy na nie wpływu, dobierane są losowo przez komputer, dlatego mogą nam się czasem trafić szamanki, które nienawidzą mężczyzn, zwolennicy tradycji lub osobnicy zawsze chętni do walki wręcz. Zawsze służą nam radą, gdy musimy podjąć decyzję o nowym sojuszu, ataku lub działaniach w przypadku klęski żywiołowej. Nie warto się jednak do nich przywiązywać (chociaż wiem, że to czasem silniejsze od nas), gdyż te kilka najważniejszych osób w klanie staje się równocześnie twarzą różnych misji – wojennych, handlowych, pokojowych. Możemy ich więc łatwo stracić nie tylko na polu walki, ale także jako „zaginionych w akcji”. Jeśli mają szczęście, uda im się dożyć późnej starości i umrzeć śmiercią naturalną.

Screen z gry
Co za widoki! Co za wybory!

Six Ages: Ride Like the Wind to jedna z najpiękniej i najciekawiej ilustrowanych gier, jakie do tej pory widziałam. Każda z grafik była tworzona odręcznie i pełna jest detali, które zachwycają oko. Warto tu jednak podkreślić, że gra w dużej mierze przypomina komiks paragrafowy i wszelkie treści przekazuje nam tekstem, nie obrazem. Ilustracje mają przedstawiać różne ważne wydarzenia lub poprzez dostęp do mapy umożliwiać graczowi m.in. wysłanie wojsk do nowej lokacji.

Dodajmy jeszcze, że na samym wstępie dostajemy serię pytań, przy których nasze odpowiedzi decydują o tym, jak będzie nam się powodziło w grze. Musimy nadać klanowi imię, określić, jakich bogów czcimy, kto jest naszym najgorszym wrogiem czy też jak odnosimy się do pomysłu brania jeńców i niewolników.

Screen z gry
Powrót na stare śmieci, ale w lepszym stylu?

Nie ukrywam, że nie znam gry z 1999 roku, do której stworzono ten prequel. Czytałam o niej niezłe opinie i wiem, że niejeden gracz ucieszył się na wieść o Six Ages: Ride Like the Wind. Cena jest niezła, obecnie oscyluje w okolicach od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu złotych, więc z pewnością niejeden fan King of Dragon Pass skusi się na odkrycie losów ziem Gloranthy sprzed dwóch tysięcy lat. Mnie wystarczyła jedna rozgrywka i wątpię, bym kiedykolwiek do niej wróciła. Nie bez powodu usuwałam takie gry z telefonu po kilku godzinach. Jestem jednak świadoma, że produkcja z pewnością znajdzie wielu fanów, których wciągnie równie mocno jak jej poprzednik. 

  • Nie trzeba znać poprzedniej odsłony, by zagrać w prequel,
  • Każdy członek klanu ma swój indywidualny charakter.

 

  • Mimo że każda rozgrywka będzie różnić się od poprzednich, nie mam ochoty przechodzić gry ponownie.

 

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię