Zwycięstwo w porażce. „Ścieżki wyobraźni: Sztuka przegrywania” – recenzja książki

-

Zapomniałem! Wszyscy Bogowie Popkultury mi świadkami, najzwyczajniej w świecie zapomniałem. A tak bardzo starałem się nie przegapić kolejnego wydania – zapisałem sobie nawet karteczkę i przyczepiłem magnesem na lodówce. Wciąż tam wisi. Jaki się okazało, została przysłonięta zapiskami o dentyście oraz koniecznej wizycie u lekarza. Choć pewnie nawet gdyby była widoczna, wiadomość: „Logrus Śląsk opowiadania” niewiele by mi pomogła. Muszę przestać pisać tak skrótowo.
Rewizyta

Pora zdekodować ten lodówkowy szyfr dla publicznej wiadomości: otóż dwa lata temu napisałem recenzję Ścieżki wyobraźni: Rozstaje. Jest to trzecia antologia opowiadań wydanych przez wspomniany Logrus – literacką sekcję Śląskiego Klubu Fantastyki. A ponieważ bardzo mnie wówczas zaciekawiła, po nadrobieniu poprzednich edycji, koniecznie chciałem pamiętać o kolejnej. Jak łatwo się domyślić, przegapiłem ją. Dopiero tegoroczny zbiór obudził we mnie wspomnienie złożonej sobie niegdyś obietnicy. Ale nie ma tego złego: Inkszy Welt jeszcze przede mną, za mną natomiast Sztuka przegrywania, zaprezentowana szerszej publiczności jako prezent świąteczny w grudniu 2021 roku.

Ponieważ tomik ten skrywa zaledwie sześć tekstów, a za mój ostatni wybryk z antologią Ku Gwiazdom nikt mnie nie ukarał, postanowiłem powtórzyć zastosowany tam schemat. Przyjrzymy się więc każdemu z opowiadań z osobna.

Poza Siódmym, Marta Magdalena Lasik

Tylko jeden króciutki akapit w blisko trzydziestostronicowym tekście wyjaśnia tło fabularne całej historii. A najlepsze, że to w zupełności wystarczy – tak dobrze skonstruowane jest opowiadanie pod względem budowy świata przedstawionego. Bohaterom (ani stronniczemu narratorowi) także nie mogę wiele zarzucić, choć dość chaotyczny początek może przytłoczyć niektórych czytelników. Wszystko jednak szybko się rozjaśnia i poznajemy szkołę przyszłości (choć to delikatne uproszczenie, ale nie chcę wam psuć przyjemności z lektury) oraz jej dwie uczennice. Przyznaję bez bicia, dałem się nabrać na zasłonę dymną autorki i kompletnie nie spodziewałem się tak dużej głębi kryjącej się za pozornie błahą historią o toksycznej przyjaźni i akceptacji samego siebie. Dopiero gdy mgła się rozwieje, widać wszystkie znaki ostrzegawcze przegapione po drodze – radzę więc czytać uważnie. Słodko-gorzki finał zostawił mnie z pytaniem, na które tylko po części znam odpowiedź… Tylko czy pragnę poznać resztę? A może nigdy jej nie odkryję? Jedno wiem na pewno: z chęcią poszukam innych tekstów Marty Lasik.

Jedna z tych dobrych, Krystyna Chodorowska

Smutno mi. Być może to niewiele znaczy, muszę jednak zaznaczyć, że piszę ten akapit bezpośrednio po skończeniu lektury opowiadania, którego on dotyczy. Pomijam blisko pół godziny tępego patrzenia w przestrzeń z wciąż włączonym czytnikiem w dłoni. Już dawno nie poczułem tak głębokiej więzi z bohaterką książki – pod koniec historii autentycznie jej współczułem. Dlaczego? Prawdopodobnie ze względu na łatwość w utożsamieniu się z protagonistką. Co prawda nie zajmuję się dronami ratującymi rozbitków, ale ten temat to właściwie tylko punkt wyjścia. Pretekst, który dzięki delikatnemu zabarwieniu „technologii przyszłości” pozwala skupić się na problemach świata teraźniejszego. Kwestiach być może nawet bardziej aktualnych niż dawniej: poszukiwaniu własnej tożsamości, akceptacji, miłości, sprostaniu oczekiwaniom innych, ale też tym własnym. Nie znajdziecie tu odległego, postapokaliptycznego zagrożenia dla całej planety (choć początkowo wiele na to wskazuje) – to „tylko” historia o młodej kobiecie pełnej pasji, chcącej zmienić świat, a przy okazji być szczęśliwą. Niestety wokół pełno osób, które chcą dla niej jak najlepiej, choć nikt nie pyta jej przy tym o opinię. Brzmi dołująco znajomo, prawda?

O kobiecie od kurczaków, Marta Ryczko

Wielu czytelników może odbić się od tego opowiadania, z kilku powodów. Przede wszystkim wstęp, przepełniony krzykiem, płaczem oraz wewnętrznymi żalami głównej bohaterki potrafi zniechęcić. Ot, zwyczajna kobieta rozpacza nad swoim życiem, świadoma błędnych (jej zdaniem) wyborów z przeszłości. Dużo tu nienawiści oraz nieprawidłowo ukierunkowanych uczuć. Chaos ten jednak bardzo szybko skręca w bardziej nadprzyrodzoną stronę, mimo to nie staje się choć odrobinę bardziej uporządkowany. W treści króluje akcja, a postacie, które są jej centrum, nie mają większego znaczenia – oczywiście z wyłączeniem głównej bohaterki. Finał także nie zachwyca, zostawiając historię nie tyle bez puenty (bo to przecież nic złego), ale nawet bez jasnego pytania co do przyszłości przedstawionego świata. Przyznaję: jeśli spojrzeć na to opowiadanie z dystansu, za główną miarę uważając spójność całości, obroni się przed każdą krytyką. Gdyby tylko poszczególne części bardziej do siebie pasowały, mógłbym z całą pewnością stwierdzić „co autor miał na myśli”. A tak, wciąż się domyślam… Choć na swój sposób, to także komplement dla twórcy.


Spowiedź kapitana Neumana, Michał Niedźwiedzki

Jedyne opowiadanie w tej antologii, którego autorem jest mężczyzna – można by rzec, „prawdziwy rodzynek”. Niestety określenie to nabiera dosłownego znaczenia, biorąc pod uwagę, jak nieprzyjemne okazało się spotkanie z tym kwaśnym dodatkiem. Sztuka przegrywania to nie miejsce na ten tekst – zasługuje on na własną książkę, świetnie sprawdziłby się w roli nowelki lub spinoffu większej historii. A tak, przez ponad trzydzieści stron, wbrew swojej woli, byłem zmuszony zagłębić się w politykę morską Rzeczpospolitej oraz Miasta Gdańsk w czasach króla Zygmunta Augusta. Kiedy natomiast chciałem bliżej poznać tytułowego kapitana Neumana, zalewały mnie opisy bitew morskich, pełne naprawdę fachowej terminologii. Podziwiam ogrom pracy, którą autor poświęcił na research, ale informacje przytłaczają tutaj uczucia. A to właśnie te powinny dominować u czytelnika – to nie esej ani praca magisterska, tylko opowiadania o zwyczajnym człowieku! Popełnił w życiu kilka błędów, nadepnął na odcisk niewłaściwym ludziom i teraz na własnej skórze odczuwa niesprawiedliwości świata. Szkoda tylko, że jego los kompletnie mnie nie obchodzi.

Niepojednani, Anna Askaldowicz

„Jego historia wydarzyła się tak dawno, że czasami sam wątpi w jej prawdziwość.” – tym oto zdaniem rozpoczyna się piąte opowiadanie zawarte w tej antologii. Na pierwszy rzut oka to zwykłe stwierdzenie, jednak czuć w nim pewnego rodzaju siłę, wręcz klątwę. Niczym kultowe już: „Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Powroźniczej.” stanowi zapowiedź wydarzeń, którym daleko będzie od codziennych błahostek. Wrażenie to udało utrzymać autorce przez całą długość tekstu, nawet podczas zaskakującego finału. Historia niewidomego lutniarza w feudalnej Japonii tylko na pierwszy rzut oka może wydawać się nużąca – wszechobecny mistycyzm i tajemnica wręcz wylewają się z każdej strony, a w ramach trzymają je jedynie świetnie skonstruowane opisy przyrody. Nie znajdziecie tu wielkich ludzkich dramatów, lecz opowieść o nic nieznaczącym chłopcu, pchniętym przez przeznaczenie ku sławie i duchom przeszłości. Lektura ta z pewnością bardzo dobrze skomponuje się z wieczornym kubkiem zielonej herbaty i pozwoli waszym snom błądzić w rejony niedostępne dla osób posiadających wszystkie zmysły. A gdy już się wybudzicie, nie dajcie sobie wmówić, że to tylko „mara”.

To, co zostaje, Paula Wanarska

Ostatni tekst w tym zbiorze, a jednocześnie pierwszy tak szczelnie wypełniony niepokojem i napięciem powodowanym nadciągającym zagrożeniem. Zapewne spotkaliście się kiedyś z transmisją telewizyjną bądź internetowym newsem, opowiadającym o ludziach odmawiających ewakuacji. Są świadomi nadciągającego pożaru, powodzi bądź innego zagrożenia, mimo to wolą pozostać w swoim domu. Mam szczerą nadzieję, że nigdy nie wyśmiewaliście się z takich osób, a jeśli tak – prawdopodobnie to opowiadanie pomoże wam zrozumieć punkt widzenia drugiej strony. Co prawda nasza codzienność nie obfituje w magię oraz demony/zombie rodem z koszmarów, ale kto wie, co nas czeka w przyszłości. Póki co tekst ten pozwoli wam zastanowić się nad takim hipotetycznym scenariuszem, a jednocześnie sprawdzi wewnętrzną definicję społeczeństwa. I jak naprawdę nie przeszkadza mi delikatna inspiracja Jestem Legendą (filmem, nie literackim pierwowzorem), tak cała historia mogłaby skończyć się kilka stron wcześniej. Istnieje spora różnica pomiędzy pozostawieniem mrocznych drzwi głównego wątku otwartymi, a uchyleniem ich lekko i pomalowaniem jasną farbą nadziei. Zakończenie nie powinno jednak zniechęcić was do całości – nie będziecie żałować.

Notatka

Podsumowania jako takiego nie będzie, bo nie uważam, by było konieczne. Śląski Logrus po raz kolejny wydał zbiór świetnych tekstów, a ja solennie przyrzekam nie przegapić przyszłorocznej edycji. Jednocześnie przypominam, że antologie są oficjalnie publikowane w internecie i możecie pobrać je za darmo całkowicie legalnie. Ten argument powinien przekonać nawet niezdecydowanych czytelników.

Zwycięstwo w porażce. „Ścieżki wyobraźni: Sztuka przegrywania” – recenzja książki

 

Tytuł: Ścieżki wyobraźni: Sztuka przegrywania

Autor: Opracowanie zbiorowe

Wydawnictwo: Śląski Klub Fantastyki

Liczba stron: 196

ISBN: 9788393124077

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

Pandemia czy nie, Śląski Klub Fantastyki staje na wysokości zadania. Tylko pamiętajcie, by czytać opowiadania pojedynczo! Zalecam jedno dziennie, tuż przed snem
Przemysław Ekiert
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu

Zwycięstwo w porażce. „Ścieżki wyobraźni: Sztuka przegrywania” – recenzja książkiPandemia czy nie, Śląski Klub Fantastyki staje na wysokości zadania. Tylko pamiętajcie, by czytać opowiadania pojedynczo! Zalecam jedno dziennie, tuż przed snem