To be Deadpool, or not to be? „Deadpool leci Szekspirem” – recenzja komiksu

-

Idea stworzenia bohatera mającego być swoistą parodią Slade’a Wilsona od DC, szybko rozwinęła się w pełnoprawny pomysł, któremu poświęcono w Marvelu mnóstwo zeszytów. Motywy, na jakich opiera się jestestwo Deadpoola, otworzyły przed twórcami miliony (dosłownie!) ścieżek i możliwości. Każdy, nawet najbardziej absurdalny, pomysł w komiksach o przygodach Pyskatego Najemnika znajduje swoje uzasadnienie.

Pierwszą część Deadpool leci Szekspirem stanowią materiały pierwotnie opublikowane w zeszytach z 2015 roku. Co ciekawe, polski wydawca nie zdecydował się połączyć ich kolejno po sobie, a jedynie numer #21 oraz #26 i #27. W tychże oglądamy bohatera wybierającego się na randkę z żoną, w trakcie której jednak rzuca się on w pościg za swoim wrogiem, Madcapem. Następnie historia zmienia się i tym razem to Steve Rogers, będący obecnie szefem S.H.I.E.L.D, wzywa Wade’a na pomoc w walce z kilkoma ancymonami. Nie poznajemy jednak okoliczności wydarzeń, a jedynie obserwujemy ich końcówkę. Niemniej zachowanie Kapitana Ameryki i sposób rozwiązania sporu budzi wątpliwości agenta Coulsona, który prowadzi na własną rękę śledztwo w sprawie dziwnego postępowania swojego niegdysiejszego idola.

Dopiero po tych opowieściach możemy zapoznać się z materiałem oryginalnie wydanym w Deadpool: World’s Greatest vol. 7 – Deadpool Does Shakespeare. Historia stanowi zdecydowaną większość omawianego zeszytu i zdaje się być najjaśniejszym punktem komiksu. Deadpool zostaje uwięziony w sztukach Williama Szekspira i zanim się z nich wydostanie, odegra kilka ciekawych scenek…

A komu to potrzebne?

No właśnie – nie do końca rozumiem sens umieszczenia w jednym zeszycie kilku zupełnie niepowiązanych ze sobą fabularnie historii. Wątki z komiksów #21, #26 i #27 stanowią tu rolę nieco niepotrzebnego wypełniacza, bo tak naprawdę cała impreza rozgrywa się dopiero na „Szekspirowskich” kartach. Choć pierwsza część Deadpoola lecącego Szekspirem jest dość ciekawa, opowieści te zdają się krótkie i urwane, a brak rozwinięcia motywów działa na niekorzyść tego tomu. Chciałoby się poczytać więcej o zmianach zachodzących w Rogersie czy tym, co odkryje Coulson, ale trudno – nie ma, to nie ma, po co drążyć temat. Wątek pojawia się natomiast w innym komiksie, zatem w jakim celu został wciśnięty do omawianego?

Przejdźmy zatem do całego clue omawianego zeszytu – Wade’a Wilsona zamkniętego w świecie sztuk jednego z najsłynniejszych dramaturgów epoki renesansu. Historia jest abstrakcyjna i idealnie wpasowuje się w znany fanom Deadpoola klimat. Niejednokrotnie zresztą bohater odezwie się do czytelników czy rzuci głupim tekstem. Komiks jest o tyle zabawniejszy, że postać mocno wczuwa się w swoją rolę, wznosząc ręce do nieba i głosząc podniosłe sentencje, ale wciąż w charakterystycznym dla siebie stylu. Typowe dla sztuk wypowiedzi Pyskatego Najemnika bawią i chociaż z początku można mieć obawę o poziom humoru, bowiem jak to się czasem zdarza – polskie tłumaczenia nie zawsze „dają radę”, i często gubi sens, zwłaszcza w przypadku prób przełożenia charakterystycznych dla Amerykanów gier słownych – w ostatecznym rozrachunku dialogi czy monologi wychodzą zadziwiająco dobrze.

Całości nadano lekkości – jest sympatycznie, śmieszkowo, ale i krwawo i z dużą ilością ścinanych głów. Deadpool w rajtuzach nie traci zatem ani na swojej zabawności, ani na brutalności, i z umiłowaniem godnym tego bohatera macha katanami na lewo i prawo. Po drodze spotyka Julię ze sztuki Romeo i Julia, króla Leara czy Lady Makbet. Postaci te jawią się inaczej niż pamiętamy je ze szkolnych lektur, można także odnieść wrażenie, że twórcy ukazują je w krzywym zwierciadle, co wychodzi, ponownie, zdecydowanie na plus temu tytułowi.


Pędzlem po sztuce

W przypadku kreski nie mam się specjalnie do czego doczepić, nawet jeśli chodzi o wypełniacze znajdujące się na początku Deadpoola lecącego Szekspirem. Ilustracje Scotta Hepburna, Paolo Villanelli, Seana Izaakse oraz Salvy Espina są wyraziste i cieszą oko. Nie inaczej sprawa ma się przy obrazach Bruna Oliveiry, choć da się zauważyć różnice w wizji bohatera – u tego ostatniego postać jawi się jako nieco szczuplejsza i mniej „mięsista”, a twarz nie przypomina spalonego sera szwajcarskiego, jak w przypadku pozostałej czwórki artystów. Oliveira zresztą doskonale operuje kreską, jeśli chodzi o wyrażanie emocji Deadpoola – nie jest to bowiem łatwe zadanie, kiedy nie można rozrysować emocji na twarzy ze względu na noszoną przez najemnika maskę. Naczelny śmieszek Marvela pozostaje jednak dobrze przedstawiony, a ilustrator zręcznie zmienia wygląd jego oczu, by odpowiednio zaprezentować nastrój Wade’a w danej sytuacji.

Deadpool, Deadpool, czemuż Ty jesteś Deadpool?

Jeśli obawialiście się o jakość Deadpoola lecącego Szekspirem, zarówno pod kątem humoru, jak i historii oraz kreski, to już nie musicie. Ten tom od Egmontu, mimo że w połowie uzupełniony zapychaczami, trzyma względnie wysoki poziom, jest zabawny, świeży i przyjemnie się go czyta. To właśnie tego typu historie, jak te ukazane w omawianym komiksie, sprawiają, że można się w Deadpoolu zakochać… Na zabój.

 

Tytuł: Deadpool leci Szekspirem. Deadpool. Tom 7

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 108

Tłumaczenie: Paulina Braiter

 

 

podsumowanie

Ocena
8.7

Komentarz

„Deadpool leci Szekspirem” to cudowny powiew świeżości, szczególnie dla osób na społecznej kwarantannie.
Adrianna Dworzyńska
Geek i fanatyczka popkulturalna. Fascynatka astrofizyki, miłośniczka wszystkiego, co brytyjskie. Członkini wielkiej trójki fandomów. Ceni magię ponad efektami, dlatego kocha Doctora Who i Merlina nad życie. Dyrektor ds. Memologii 2.0, śmieszek 24/7, ale przede wszystkim stuprocentowy hobbit - lubi święty spokój, jedzenie i spanie.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu