Stare, ale jare. „Kangurek Kao: Trylogia”

-

Kangurek Kao zawsze przewijał się gdzieś w tle podczas mojego dzieciństwa. Czy to w podstawówce moi rówieśnicy grali na jednym komputerze na zmianę czy na podwórku słyszałam o ich przygodach. Aż do teraz nie miałam jednak sama okazji sprawdzić tej gry – dzięki GOG mogłam przeżyć podróż z żółtym, słodkim torbaczem. Na tych zaś, co już znali tego kangurka czeka sentymentalna podróż, jeśli tylko mają na nią ochotę. Ja podzielę się tutaj wrażeniami po mojej pierwszej rozgrywce.

Na powitanie ukazuje nam się scenka, w której to dowiadujemy się, że Kao został pojmany, uwięziony w klatce i zmuszony do pokonywania przeciwników rękawicami bokserskimi. Jest to dość drastyczna wizja jak dla dzieci, ale dzięki temu wiemy, dlaczego tak wygląda cała gra.

Sentymentu czar

Na wstępie muszę przyznać, że ten tytuł sprawiał mi niemałą trudność i przyprawiał o bóle głowy. Jako wyjadaczka dzisiejszych, konsolowych platformówek nie radziłam sobie najlepiej ze sterowaniem na klawiaturze. Mechanika była dla mnie dość toporna, a te pikselowe milimetry, które niegdyś ratowały skórę, teraz stały się dla mnie udręką.

Nie potrafiłam wymierzyć dobrze odległości, w konsekwencji czego ciągle musiałam powtarzać różne sekwencje. Na szczęście twórcy dali nam flagę — znacznik miejsca odrodzenia się w razie utraty życia. Chyba nie muszę wspominać, że w moim przypadku korzystałam z tego niezwykle często?

W Kangurku Kao mamy trzydzieści różnorodnych etapów do pokonania. Będziemy przemierzać plansze zimowe, piaszczyste, tropikalne, a nawet kosmiczne. Każda z nich charakteryzuje się nie tylko odpowiednim wyglądem, ale również innymi przeciwnikami. Dorzućmy do tego kotła jeszcze masę pułapek, końcowych bossów i dziecięce “soulsy”  mamy gwarantowane.


Może wydawać się to zabawne, ale jakby się przyjrzeć, to znajdziemy podobieństwa do tego gatunku gry — właśnie podczas starć z głównymi złymi musimy najpierw nauczyć się ich stylu walki, wykonywać uniki, chować się, by dopiero później złoić im skórę wypracowanym sposobem.

Żeby nie brzmiało to nazbyt optymistycznie, to wspomnę jeszcze o wyzwaniach na czas, w których to nie istnieją żadne checkpointy. Jedna skucha i zaczynamy wszystko od początku.

Sterowanie jest stosunkowo proste, choć dla mnie dość niespotykane — do zadawania ciosów używamy przycisków Ctrl oraz Alt. Oczywiście w opcjach jest możliwość ustawienia sobie klawiszy pod siebie, ale mnie osobiście bolał fakt, iż konsolowe kontrolery nie są widoczne dla gry.

Grafika, mimo że kanciasta (nic w tym dziwnego, pierwsza część debiutowała w 2000 roku), to przyjemna dla oka przez swój bajkowy klimat. Muzyka nam towarzysząca jest adekwatna do pokonywanych poziomów i sytuacji, w jakich się znajdujemy. W czasach świetności Kangurka Kao był to jeden z większych plusów produkcji. Dziś muszę powiedzieć, że dzieło studia Tate Multimedia już trochę się zestarzało i niekoniecznie może trafić w gusta współczesnych, młodych graczy.

Raz, dwa, trzy… spadasz ty!

W Kangurku Kao: Runda 2 powraca Hunter — kłusownik znany z poprzedniej części, który porywa leśnych przyjaciół kangurka. Co trzeba zrobić, by ich uwolnić? Zebrać trzy tysiące dukatów! Nie zwlekając, ruszamy eksplorować kolejne, rozmaite miejsca w poszukiwaniu pieniążków, by uratować wszystkie zwierzęta.

Oczywiście to jest nasz główny cel, ale po drodze jest masa znajdziek do zebrania takich jak: fioletowe kryształy, dzięki którym odblokujemy dodatkowe mini gierki, a także złote gwiazdy – w zamian za nie Kao dostaje kolejne, przydatne umiejętności.

Trzeba przyznać, że upływ czasu wyszedł mu na dobre, bo o ile wcześniej pisałam, że gra źle się zestarzała, tak w tym przypadku ta grafika i sterowanie są ładniejsze i płynniejsze, co bardzo mi się spodobało. Już na pierwszy rzut oka oraz kliknięcia na klawiaturze czuć postęp technologiczny. Kangurek Kao Runda 2 czerpie garściami od popularnych platformówek tamtych lat i wychodzi mu to świetnie. Z przyjemnością wykonuje się liczne akrobacje i pokonuje przeszkody wraz z wrogami.

Po kolejnych dwóch latach wyszła następna i ostatnia jak do tej pory odsłona platformówkowego cyklu, która prócz większej dynamiki rozgrywki nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie odstaje przy tym od innych, ówczesnych tytułów. Kangurek Kao: Tajemnica Wulkanu wyrzuca nas na nieznane wyspy w poszukiwaniu czterech artefaktów związanych właśnie z podtytułem gry. Kolejne znajdźki i trudności do przezwyciężenia czekają na nas, oferując kilka godzin dobrej rozrywki.

Czy Kangurek Kao przetrwał próbę czasu?

Mimo dużej niechęci po zetknięciu się z pierwszą częścią Kangurka Kao muszę przyznać, że ogólne moje wrażenia są bardzo dobre. Widać progres, jaki zrobił nasz polski zespół Tate Multimedia na przestrzeni tych kilku lat. Trochę się namęczyłam przy wyzwaniach (a pomyśleć, że to gry dla dzieci!), ale za każdym razem czułam satysfakcję z osiągniętego sukcesu. Jest to dobra rozrywka dla małych jak i dużych, mogę ją polecić każdemu miłośnikowi platformówek.

Jako ciekawostkę dorzucę również informację, że trwają prace nad kolejnymi przygodami walecznego torbacza i jeśli nic się nie zmieni, to pojawią się jeszcze w tym roku. Tym razem Kao ma ruszyć na pomoc swojej siostrze. Ja już zacieram ręce, patrząc na to jak ma ta produkcja wyglądać. Ubolewam niestety, że znów brane pod uwagę są tylko komputery osobiste.

Za dostęp do wszystkich części dziękuję bardzo serwisowi GOG.

Joanna Janik
Joanna Janik
Do bólu zakochana w grach wideo, kolekcjonerka gier, konsol i wszelkich gadżetów z nimi związanych. Fanka marvelowego uniwersum, rysownik z przypadku i niedoszły fotograf spełniający się na Instagramie.

Inne artykuły tego redaktora

1 komentarz

  1. Ogólnie to gra fajna ale wolałbym Mario na kodach z dodatkiem croc w VR z możliwością kradzieży wózków z Auchana. Tekst świetny.

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu