Poirot, jakiego nie znacie. „Śmierć na Nilu” – recenzja filmu

-

O Agathcie Christie słyszała zapewne większość z was. Ta niezwykle płodna literacko angielska pisarka zasłużyła się swoimi intrygującymi opowieściami kryminalnymi. Jeden ze stworzonych przez nią protagonistów to pojawiający się w ponad trzydziestu książkach Herkules Poirot. Dystyngowany śledczy belgijskiego pochodzenia z zadbanym, imponującym wąsem na stałe zapisał się w historii kryminałów, stając się obok Sherlocka Holmesa najsłynniejszym w literackim świecie detektywem i ikoną popkultury. 

Śmierć na Nilu to piętnasta z opisanych przez Christie przygód Poirota. Jest to też druga, po Morderstwie w Orient Expressie, adaptacja filmowa, w której Kenneth Branagh zasiadł w fotelu reżysera oraz wcielił się w główną postać. Znając dorobek artystyczny aktora, łatwo się domyślić, iż w produkcji nie wszystko zostało przedstawione tak, jakby można by się tego spodziewać, czytając książkowy pierwowzór. Inwencja twórcza Branagha i oryginalne podejście do klasyków literatury stały się jego znakiem rozpoznawczym, zazwyczaj budząc zaskoczenie, ale również zachwyt. Czy tym razem udało mu się uzyskać ten sam efekt?

Miłość bywa zabójcza

W miłości i na wojnie nie ma wyrzutów sumienia, a wszystkie chwyty są dozwolone. I choć ta pierwsza zazwyczaj jest pięknym uczuciem, bywa również powodem tragedii. Tak jak w tym przypadku. Herkules Poirot, światowej sławy detektyw, w ramach wakacyjnego odpoczynku podróżuje po Egipcie. Natrafiając na swojego młodego i ekstrawaganckiego przyjaciela, zostaje przez niego zaproszony na przyjęcie z okazji ślubu atrakcyjnej i lubianej arystokratki, które to zmienia się we wspólny rejs po Nilu. Pewnego dnia na statku odkryte zostają zwłoki zamordowanej kobiety. Poirot od razu zabiera się do poszukiwań sprawcy. Odkrywa, że praktycznie każdy pasażer miał motyw i okazję do popełnienia zbrodni. Następujące po sobie  tropy okazują się fałszywe, na domiar złego kolejna osoba ponosi przedwczesną śmierć. 

„Śmierć na Nilu”
Kadr z filmu „Śmierć na Nilu”/ 20th Century Studios Polska
Adaptacja – słowo klucz

Jak wspomniałam wcześniej, Kenneth Branagh charakteryzuje się tym, że jako reżyser lubi w swoich produkcjach namieszać, zwłaszcza jeśli bazują one na literaturze. W przypadku tego pana warto jest pamiętać o jego stylu i zwrócić uwagę na poprzednie filmy. Określany jako genialne dziecko sztuki aktorskiej już na scenie teatralnej silną więzią złączył się z dziełami Szekspira. Jako artysta nie mógł się jednak ograniczyć do samego odgrywania ról, połączył więc wcielanie się w role na scenie z reżyserką, skupiając się w dużym stopniu na tworzeniu adaptacji filmowych dramatów wspomnianego dramaturga. I należy tutaj przypomnieć sobie różnice między adaptacją a ekranizacją. Ponieważ oczekując wiernego przeniesienia akcji z książki Christie na ekran, możemy po seansie wyjść z sali kinowej zszokowani.

Kenneth Branagh nie trzyma się bowiem konwenansów, sztywnych ram narzuconych przez pierwowzory przerabianych dzieł. Nie zważa na oczekiwania widzów czy krytyków. Tworzy, przekazując swoją wizję. Tak samo jest w przypadku Śmierci na Nilu, co znający pierwowzór mogą szybko ocenić po przeczytaniu skróconego opisu fabuły filmu. Muszę przyznać, iż za każdym razem po obejrzeniu nowej produkcji w reżyserii Branagha moje odczucia są bardzo mieszane. Dlaczego? 

>>Polecamy: Być nikim innym, tylko geniuszem literackim. „Agatha Christie. Królowa Zbrodni” – recenzja filmu<<

Na ten przykład filmowa Śmierć na Nilu ma tyle wspólnego z książką co Miś Uszatek z Misiem Puchatkiem. Obaj to misie, obaj pluszowe, kochające dzieci… A jednak są zupełnie do siebie niepodobni. I tak zarówno film, jak i książka skupiają się na postaci Herkulesa Poirota, akcja dzieje się w Egipcie, nawet na Nilu. A jednak literacki belgijski detektyw wielbiący miejskie życie, dystyngowany i za świętość uważający swój imponujący zarost okazuje się inny od tego z twarzą Kennetha Branagha, na wskroś angielskiego, marzącego o domku na wsi, którego wąs, ten jego wąs… Cóż, tego nie chce wam zdradzać.


Nie dziwi fakt, iż angielska ekstrawagancka pisarka romansów podróżująca ze swoją córką zamienia się w czarnoskórą jazzową piosenkarkę wkraczającą na scenę z podłączoną pod wzmacniacz gitarą, a w tej wersji jej siostrzenica, mimo koloru skóry, który w latach 30. XX wieku powinien zamykać przed nią większość drzwi, jest koleżanką ze szkolnej ławy angielskiej arystokratki, bowiem tego typu zabiegi z wprowadzaniem mniejszości etnicznych do swoich produkcji stały się znakiem rozpoznawczym reżysera zanim to się zrobiło modne, co bardzo cenię.

Ciekawe było również umieszczenie nikłego, a jednak występującego wątku LGBT. Niestety nieuzasadnione czy wręcz mało sensowne zmiany postaci, ich zaangażowania w śledztwo i zbrodnię, pomieszanie wątków i plot twistów budzą silnie odczuwalny zawód. Wprowadzenie postaci Bouca, jakkolwiek sympatyczny i zabawny by nie był, jest niepotrzebne, na siłę zmienia zbyt wiele wątków. 

Uczta dla oczu

To, co zachwyca w sposób niezaprzeczalny, to oprawa wizualna. Czyste, pełne nasyconych barw zdjęcia, krajobraz Egiptu uchwycony na pięknych kadrach, kostiumy oddające urok epoki, a całość doprawiona klimatyczną muzyką. 

śmierć na nilu
Kadr z filmu „Śmierć na Nilu”/ 20th Century Studios Polska

Pochwalić należy także rewelacyjną grę aktorską. Na ekranie możemy podziwiać zjawiskową Gal Gadot oraz genialnych w swoich rolach Sophię Okonedo, Letitię Wright oraz Toma Batemana, w szczególności na uwagę zasługuje jednak znana z Sex Education Emma Mackey, która moim zdaniem skradła całe show, wcielając się w piękną i niepokojącą Jacqueline de Bellefort. Żywię szczerą nadzieję, że po tym filmie aktorka rozwinie skrzydła i już niedługo będziemy mieli możliwość zobaczenia jej w kolejnych produkcjach. 

Co do samego reżysera i odtwórcy głównej roli. Być może to kwestia mojego przyzwyczajenia, ( jednak Kenneth Branagh niestety nie zachwycił mnie jako Poirot. Zgubił się gdzieś dystyngowany, nieco narcystyczny belgijski detektyw, a na jego miejsce wskoczył widocznie zmęczony i marzący już o emeryturze, zatracający się w nostalgii, angielski dżentelmen przekonany o swojej wyższości intelektualnej nad każdym napotkanym człowiekiem. 

Niemniej podczas seansu moje odczucia estetyczne zostały zaspokojone dzięki wspomnianym już pięknym kadrom, krajobrazom oraz strojom.

Na dwoje babka wróżyła

Bardzo trudno jednoznacznie ocenić Śmierć na Nilu, z jednej strony jest to pięknie zrealizowane widowisko, w którym zadbano o ujęcia pełne artyzmu, czyste i nasycone barwami klatki, robiąca wrażenie gra aktorska i dopełniająca wrażenie muzyka. Z drugiej zaś film ten jako ekranizacja książki Agathy Christie nie broni się przez zbyt liczne i przede wszystkim bezsensowne zmiany w fabule. Dodatkowo, odtwórca głównej roli, jakkolwiek świetny aktor i reżyser, zwyczajnie nie pasuje do Herkulesa Poirota i wcielając się w niego również działa na niekorzyść produkcji. 

Gdyby widowisko nosiło odmienny tytuł, protagonistą był kto inny niż Poirot, a całość określono jedynie jako “na motywach” powieści, wówczas uznałabym je za rewelacyjny film kryminalny. Niestety twórcy zdecydowali się wykonać ekranizację, a ta rządzi się pewnymi prawami. I ponownie, niestety, oceniając Śmierć na Nilu jako ekranizację właśnie, nie mogę napisać, iż zrealizowana jest w dobry sposób. 

śmierć na niluTytuł oryginalny: Death on the Nile

Reżyseria: Kenneth Branagh

Rok premiery: 2022

Czas trwania: 2 godziny 7 minut

podsumowanie

Ocena
6

Komentarz

"Śmierć na Nilu" to drugie spotkanie Kennetha Branagha z twórczością Agathy Christie, adaptacja jej piętnastej z serii o Poirocie książki o tym samym tytule, w której zmieniono zbyt wiele, by móc ją w ten sposób nadal nazywać. Filmowa wersja ma bowiem tyle wspólnego z książkową co Miś Uszatek z Kubusiem Puchatkiem. Łączy je tytuł, Poirot (choć i tutaj nie do końca) i większość pojawiających się postaci, a przynajmniej ich imiona. Oraz morderstwo. Zbrodnia, jej motyw i rozwiązanie zagadki kryminalnej pozostały bez zmian, jako niemal jedyne w całej fabule. Produkcję ratuje jednak wizualna strona realizacji oraz gra aktorska, w szczególności niesamowitej Emmy Mackey.
Paulina Komorowska-Przybysz
Paulina Komorowska-Przybysz
Mól książkowy, marzący o wydaniu własnej książki, zapalony gracz konsolowy i planszówkowy o zapędach artystycznych i zamiłowaniu do rękodzieła. Wychowana na Gwiezdnych Wojnach, Obcym i książkach Stephena Kinga. Trochę roztrzepana, często zbyt szczera i nieustannie ciekawa świata.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu

Poirot, jakiego nie znacie. „Śmierć na Nilu” – recenzja filmu"Śmierć na Nilu" to drugie spotkanie Kennetha Branagha z twórczością Agathy Christie, adaptacja jej piętnastej z serii o Poirocie książki o tym samym tytule, w której zmieniono zbyt wiele, by móc ją w ten sposób nadal nazywać. Filmowa wersja ma bowiem tyle wspólnego z książkową co Miś Uszatek z Kubusiem Puchatkiem. Łączy je tytuł, Poirot (choć i tutaj nie do końca) i większość pojawiających się postaci, a przynajmniej ich imiona. Oraz morderstwo. Zbrodnia, jej motyw i rozwiązanie zagadki kryminalnej pozostały bez zmian, jako niemal jedyne w całej fabule. Produkcję ratuje jednak wizualna strona realizacji oraz gra aktorska, w szczególności niesamowitej Emmy Mackey.