Poszukiwacz dobrej zabawy. „7 Złotych Miast” – recenzja gry planszowej

-

Kiedyś, za czasów mej nieokrzesanej młodości, bardzo chciałem zostać strażakiem. Prawdopodobnie znaczną część winy za ten pomysł ponosiła ówczesna wieczorynka, swoje dołożył też zapewne ogromny, zdalnie sterowany, czerwony wóz strażacki: prezent od wujka. Ale kolejne bajki szybko zmieniały moje pragnienia co do wymarzonej pracy – był oczywiście policjant i astronauta, ale też kierowca, kucharz czy poszukiwacz/odkrywca.

Dziecięcy umysł bardzo łatwo zainteresować danym tematem, rozbudzić ciekawość, sprowokować do pytań: wystarczy na przykład odpowiednia zabawka. A źle skonturowana gra planszowa może wszystko to zniszczyć.

Kufer

Nic nie zapowiadało tragedii. Ot, pudełko jakich wiele, temat rozgrywki nawet zachęcający, zwłaszcza młodych fanów Indiany Jonesa. Północnoamerykańska kraina Siedmiu Złotych Miast czeka! Tekturowa plansza świątyni, karty skarbów i totemów, kafelki skał, figurki poszukiwaczy… Ładnie, czytelnie, praktycznie. Nawet malutka tekturowa pochodnia jest na swój sposób urocza. Niestety, cała ta kreskówkowa grafika oraz kolorowe elementy to tylko zasłona dymna dla braku treści. No, może trochę przesadziłem: w końcu instrukcja zajmuje ponad dziesięć stron. Problemem jest nie tyle zawartość gry, co jej mechanika.

A ta angażuje niczym zbieranie ziemniaków na wykopkach. Albo w wersji dla mieszczuchów –  czekanie zimą na autobus. Po głowie wciąż kołacze się pytanie: „Kiedy to się wreszcie skończy?”. Co jeszcze bardziej zatrważające, zasady trudno wytłumaczyć w przystępny, szybki sposób. Na środku stołu ląduje świątynia z polami komnat, tuż obok cztery karty skarbów z potasowanych uprzednio talii. Gracze otrzymują figurki poszukiwaczy i zaczyna się „zabawa”: kto podczas tajnej licytacji zaoferuje więcej odkrywców, ten jako pierwszy wybiera zdobycz. Niektóre mają na sobie symbol skały – wtedy jedno z pomieszczeń zostaje zawalone, a liczba punktów, które można otrzymać pod koniec rozgrywki za dany rodzaj maski, ulega zmianie. Czasem pojawia się też dodatkowa premia w postaci bonusowej karty totemu, zazwyczaj mnożącej punkty.

Ruina

Rozgrywka trwa dopóki wszystkie karty skarbów (a tych jest łącznie trzydzieści dwie) nie zostaną odkryte. A zajmuje to zaskakująco długo, nawet w wariancie dwuosobowym, gdzie dobiera się je na przemian. 7 Złotych Miast przedłuża zabawę do granic cierpliwości. Tajna licytacja poszukiwaczy, gdzie nie można niczego pokazać przeciwnikom, traci sens w następnej turze. Przecież skoro ostatnio wysłałem wszystkich swoich odkrywców do świątyni, do teraz moja dłoń będzie pusta. Konkurencja nawet nie musi się starać, by być lepsza. Zwłaszcza że tak naprawdę wszystkie karty skarbów wygrywają, po prostu są punktowane w inny sposób. Jedynie „brązowe czaszki” odejmują punkty, ale otrzyma je tylko ten z największą ich liczbą. A właśnie, punktacja.


Kolejny przykład skomplikowania, o które nikt nie prosił. Wartość poszczególnych kolorów skarbów oznaczają liczby w świątyniach: zasłaniane bądź odsłaniane przez skały, o których wspominałem wcześniej. Wszystko fajnie, tylko to gracz decyduje, jakie pole zasłonić, więc praktycznie zawsze widoczne pozostaną te z największymi cyframi. No bo dlaczego ktoś miałby niszczyć sobie okazję do zdobycia punktów? Zwłaszcza biorąc pod uwagę często irracjonalne mnożniki totemów, wywracające finał gry do góry nogami. Rozegrałem już kilka partii, a wciąż nie potrafię znaleźć w tym wszystkim sensu.

Przykro

Tak, gry nie muszą posiadać go za wiele, zgoda. Ale powinny w takim razie nadrabiać interakcją oraz dobrą zabawą. Pierwszy przykład z brzegu: Eksplodujące kotki. Logika? Poziom minimalny, przyznacie. A i ile przy nich śmiechu! 7 Złotych Miast zagwarantuje wam za to sporo frustracji i drapania się po głowie. Tak jakby twórca gry chciał w młodości zostać archeologiem, odkrywać świątynie i zdobywać skarby… A potem jednak poszedł na studia o finansach i wybrał zawód księgowego: liczby stały się najważniejsze, nawet podczas gier planszowych. Nie liczyłem na wiele, przyznaję: ale kiedy wszyscy przy stole, niezależnie od wieku, zaczynają ziewać to wiedz, że coś się dzieje.

A tak właściwie, czemu na torze świątyni jest pięć komnat, a gra mówi o „siedmiu” miastach? Serio, wystarczyło wymyślić dwa nowe rodzaje masek i poszerzyć troszkę ten kawałek tekturki. Okropna niekonsekwencja.

Tytuł: 7 złotych miast

Liczba graczy: 2-4

Wiek: 8-108

Czas rozgrywki: 20 minut

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu Nasza Księgarnia, więcej o grze przeczytacie tutaj:

podsumowanie

Ocena
4

Komentarz

Czapeczka ze śmigiełkiem: co z tego że działa, jak wygląda głupio i daje radości na góra pół minuty?
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu