Shepard powraca – “Mass Effect: Legendary Edition” — recenzja gry

-

Chyba dziś nikomu nie trzeba przedstawiać serii Mass Effect, która pozwoliła wcielić się nam w postać Komandora Sheparda, mającego jeden cel: ocalić ludzkość przed zagładą. Po wielu latach czekania, spekulacji, marzeń i gdybania czy modły wielu z nas zostaną wysłuchane, stało się to, w co wierzyliśmy – pojawiła się zremasterowana wersja na konsole obecnej generacji – Mass Effect: Legendary Edition.

Tekst powstaje na podstawie wersji z konsoli Sony PlayStation 5.

Sam byłem jednym z tych graczy, którzy chcieli ponownie stanąć na ostatniej linii obrony przed końcem świata i zmienić losy tej nierównej bitwy. Ostatnio miałem ku temu okazję, ponieważ w moje ręce w końcu trafiło Mass Effect: Legendary Edition.

W pierwszej chwili myślałem, czy nie napisać pełnej recenzji całej trylogii, jednak ten pomysł nie miałby większego sensu, ponieważ edycja ta zawiera poprawione trzy odsłony serii, a co za tym idzie, tekst byłby niesamowicie długi.

Początek komicznej eskapady…

Stąd tez skupię się tylko na pierwszej odsłonie, ponieważ to ona jest tutaj największą gwiazdą całego tego zamieszania. W końcu mówimy o tytule, który miał swoją premierę czternaście lat temu i to właśnie w tej części spodziewaliśmy się sporej liczby poprawek.


Już wcześniej, gdy zapowiadano powrót Sheparda, wielu fanów cieszyło się, że ponownie odwiedzą znane miejsca w galaktyce. Pojawiły się również rozległe obawy o to, czy to wystarczy, by Mass Effect wróciło w glorii i chwale.

Dzięki nowym materiałom, stopniowo dowiadywaliśmy się o tym, jakich usprawnień możemy doczekać się względem pierwowzorów. Miały one dotyczyć zmian w sterowaniu pojazdami, amunicji, poziomu trudności, walk czy też tego, jak ma wyglądać interfejs graficzny ekwipunku.

Oczywiście to tylko niektóre modyfikacje, ponieważ nie chciałbym z tego tekstu zrobić ich listy, a nie o to tutaj chodzi. (listę możecie zobaczyć tutaj).

Pierwsze wrażenie, jakie ciśnie się na usta zaraz po włączeniu gry i stworzeniu postaci, to fakt, że tytuł działa płynnie i możemy zapomnieć o ekranie ładowania. Jednak przejdźmy do tego, jak ten tytuł wygląda. Zdarzyła się okazja sprawdzać na ekranie, który posiadał rozdzielczość 2560 × 1600 pikseli, w odświeżaniu 60 Hz, i wyglądała ona u mnie naprawdę dobrze.

Pięknie, kolorowo, a wszędzie pełno pikseli

Jeśli spojrzymy na lokację startową, którą jest planeta Eden Prime, to w porównaniu ze swoim pierwowzorem, można powiedzieć, że stała się ona o wiele mroczniejsza przez wszechobecne zniszczenie i ogień. Roślinność stała się bujniejsza, a wszystko wydaje się niesamowicie żywe. Gdy zbliżamy się do luster, kałuż – widzimy, że odbijamy się w nich w mniejszym lub większym stopniu. Inaczej będzie jednak w przypadku płomieni, ponieważ te odróżniają się na naszych zbrojach, a w co bardziej otwartych przestrzeniach – gryzą w oczy.

Dodatkowo warto tutaj zaznaczyć, że pod lupę wzięto nasycenie barw, co świetnie widać, kiedy to nasz bohater nosi ze sobą coś czerwonego. Jest to kolor, który niesamowicie się kontrastuje z szarością kombinezonu protagonisty.

Następną rzeczą, o której warto wspomnieć, to tekstury broni, twarzy oraz oczywiście samych postaci. Co prawda ich sposób poruszania nie zmienił się wcale, dalej jest on drętwy, lecz to do wybaczenia, ponieważ seria Mass Effect bieganiem nie stoi.

Prawda jest również taka, że ciężko mi ocenić, jak sprawdzają się w pełni możliwości konsoli, ponieważ z faktu ograniczeń sprzętowych, nie było mi dane testować wyższego odświeżenia obrazu czy też legendarnego ray-tracingu.

Za dużo kosmetyków.

Jednak niestety muszę napisać, że pomimo wymienionych (i dostrzeżonych) zmian, nie do końca wszystko było tak śliczne, jak mogłoby być. Momentami doczytywało tekstury, czasem one znikały lub stawały się jedną, wielką armią niesamowicie widocznych pikseli, a to w pierwszej chwili niesamowicie odstraszało, ponieważ nie mogłem stwierdzić, co dokładnie jest przed nami. I mowa tutaj o postaciach, przedmiotach, reklamach czy też wszystkim, co można by mieć w odległości paru metrów od naszej postaci.

Mass Effect: Legendary Edition ma jeszcze jedną, dość sporą wadę. Mianowicie, zdarza się, iż tekstury szaleją, gdy przechodzimy z miejsca, gdzie jest dużo postaci, neonów, czy po prostu detali, do jakiegoś punktu, gdzie tego nie ma. Widać, że gra nie radzi sobie z ładowaniem otoczenia zależnie od lokalizacji. Momentami niektóre rzeczy sprawiają wrażenie, jakby zostały poprawione za mocno, lecz to wina tekstur, a te, jak wiemy z wcześniej, czasem nie do końca wskoczą na właściwe miejsce.

Czy ostatecznie zmiany graficzne względem oryginału sprawiają, że jest tutaj mowa o faktycznym efekcie „wow”? I tak i nie.

Już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż widać trud i ogrom pracy włożony przez developerów, by gra wyglądała o wiele lepiej (jak na dzisiejsze standardy), lecz gdzieś to nie do końca jest dopracowane, a wręcz momentami drewniane.

Nie zrozummy się tutaj źle, po prostu mam wrażenie, że gdyby przesunąć premierę, to nie spotkalibyśmy wielu niedociągnięć psujących zabawę czy też straszących graczy, którym teraz niedopracowane lub niesprawnie załadowane piksele nawiedzają sny, zamieniając je w koszmary.

Niemniej pokuszę się tutaj o pewne stwierdzenie: gra w kwestii graficznej wygląda o niebo lepiej, niż miało to miejsce w przypadku naszego rodzimego Cyberpunka 2077 lub legendarnego już (jeśli patrzeć na liczbę niedociągnięć na dzień premiery i wielkość łatki na start) Assassin’s Creed: Unity.

Jest dobrze, ale mogłoby być lepiej!

Mass Effect: Legendary Edition wiele ze swoich grzechów po wizycie w spa nadrabia nostalgią, a ta atakuje z każdego możliwego miejsca. To w dużej mierze sprawia, że w istocie warto się pochylić się nad opisywaną przeze mnie częścią i przełknąć jej większe i mniejsze błędy.

Sam, jako fan serii, to robię. Wiem i widzę, że mogłoby być lepiej, ale i tak mam niesamowitą frajdę z faktu, iż po tych wszystkich latach, gdzieś tam znaleźliśmy to wszystko, za co pokochałem tę serię, a remaster jest dobry i potrafi solidnie wciągnąć. I nie będzie to zależne od tego, czy dopiero odkrywamy perypetie Sheparda, czy też powracamy jako weteran N7.

  • Oprawa graficzna wygląda dobrze, jak na lifting gry z 2007 roku.
                              • Gruntowne odświeżenie wielu lokacji w ME1 – niektóre zmieniły się wręcz nie do poznania;
                              • Wyostrzone tekstury, lepsze oświetlenie, dołożone odbicia

 

  • Przydałoby się więcej zmian i/lub ustawień sterowania, kamery oraz interfejsu.

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

"Mass Effect: Legendary Edition to gra, w która powinien zagrać każdy, ponieważ to historia wciągająca w niesamowitą historię.
Karol Riebandt
Gość, do którego dzwoni Rick, gdy Morty ma wolne. Maruda i gracz, ale nie pogardzi też dobrym komiksem i książką.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu