Prawda jest taka, że całą tę recenzję można by zmieścić w kilku słowach — byłam, zobaczyłam, idźmy dalej. Zdaję sobie jednak sprawę, że mierzymy się tutaj z legendą, więc nie pozostaje mi nic innego, jak wylać trochę swoich smętnych żali, posypanych odrobiną zachwytu. Ale po kolei.
Jon Favreau i jego problem

Mam problem z tym reżyserem. Z jednej strony uwielbiam jego Happy Hogana, jemu zawdzięczamy początek MCU, a z drugiej to on odpowiada za pokraczną Księgę Dżungli i takiego sobie Iron Mana 2. Przyznaję, że moje zaufanie do niego jako reżysera jest mocno… średnie? To chyba dobre określenie.

Kadr z filmu „Król Lew”

Księga Dżungli może i wyglądała imponująco, ale była taka jakaś… płaska. Zwierzaki w tym filmie miały bliżej nieokreślony defekt i niestety w Królu Lwie ten problem jest jeszcze bardziej widoczny.

Bardzo ładnie, ale nie do końca

Wyszłam z seansu dość skonstrenowana. Po pierwsze kocham oryginalną wersję disneyowego Króla Lwa. Dla mnie, jako dzieciaka urodzonego w latach 90., ta bajka była, i jest do dziś, ideałem i niedoścignionym wzorem. Piosenki znam na pamięć. Ba! Potrafię przytoczyć całe dialogi. I tak, za każdym razem płaczę, gdy umiera Mufasa. Nie wiem, z czego to wynika, co sprawia, że film animowany z 1994 roku wciąż jest mistrzostwem świata, ale umówmy się, że to po prostu magia.

Tu tej magii zabrakło.

Wydaje się, że wszystko jest na swoim miejscu — znani bohaterowie, znana historia, trochę Shakespeare’a, absolutnie powalające z nóg animacje, Hakuna Matata i Zazu. Tylko że nie. Zwierzęta, pomimo fotorealistycznych animacji, mają martwe oczy, to, co w bajce z lat 90. “sprzedawało” emocje — mimika zwierzaków, tutaj prawie w ogóle nie występuje (chyba że mówimy o Timonie, bo to jedyne stworzenie, któremu pozwolono wyrażać jakieś uczucia ryjkiem). Z jednej strony, patrząc na ekran, nie mogłam wyjść z podziwu dla kolegów po fachu nad starannością, z jaką to wszystko zostało wykonane, z drugiej cały czas z tyłu głowy tłukła mi się myśl, że zupełnie nie pasuje mi program przyrodniczy, w gdzie  drapieżniki z nieznanych mi powodów śpiewają, a lektorem nie jest Krystyna Czubówna.

Kadr z filmu „Król Lew”
Timon i Pumba to the rescue

Piosenkę wszechczasów złola (Be Prepered) ucięto do rozmiarów niewielkiej wstawki. Simba z głupiutkiego lewka zmienił się nagle w nudziarza, bo nie może nadrabiać mimiką, Skaza bywa przerażający i jako jedyny fizycznie wyróżnia się wśród lwów, niektóre ujęcia sprawiają, że nie ma szans na rozróżnienie Sarabi od Nali czy jej matki. Przez cały seans nie opuszczało mnie wrażenie, że Favreau nie mógł się zdecydować na jedną ścieżkę, więc próbował iść w rozkroku. Zjeść ciastko i mieć ciastko.

A tak się nie da.

Nie miałam takiego problemu w przypadku Pięknej i Bestii, gdzie zawieszamy niewiarę na kołku, więc nie dziwi śpiewający budzik czy tańcząca garderoba. Nawet jeśli jest to wersja bajki live action. W Królu Lwie niestety nie można tego zrobić. Oglądanie stada hien śpiewających chórki, podczas gdy stary brzydki lew malorecytuje o tym, jak przejmie władzę, kiedy na ekranie widzimy realistycznie odtworzone co do włosa na karku zwierzę… no jest to problematyczne. Trudno traktować to poważnie. 

I dzięki wszelkim bogom za Timona i Pumbę. I Zazu. Po pierwsze casting jest absolutnie doskonały. Seth Rogen, Billy Eichner i John Oliver w jednym filmie — fantastyczne. Widać, że każdy z tych panów bawił się świetnie. Poza tym kilka mrugnięć do widzów też zrobiło swoje. Gdyby te postaci spróbowano utemperować, to wierzcie mi, że film byłby naprawdę trudny do przebrnięcia.

Kadr z filmu „Król Lew”

Toczka w toczkę

Dlaczego zdecydowano się dosłownie kopiować część ujęć z bajki jest dla mnie tajemnicą. Wiem, że ruszanie legendy to trudny orzech do zgryzienia, ale może wystarczyło pozbyć się piosenek, spróbować ograć je dialogami, wyrzucić chrząszcze gnojarze turlające kulki kupy, zaproponować coś innego? Sama miałabym pewnie opory przed takim seansem, ale w chwili, gdy dostajemy film, w którym kadry są takie same jak w oryginale, to nasuwa się pytanie… po co? Żeby udowodnić, że się da? To równie dobrze można było stworzyć live action o zwierzętach na sawannie. Choć wtedy ktoś miałby prawo powtórzyć pytanie o zasadność, bo przecież wystarczy te zwierzęta na sawannie… nagrać zwykłą kamerą. 

Tak czy inaczej, jednak trochę jest to zawód. 

Ale…

Jako dzieciak wychowany na tym filmie — płakałam, kiedy umierał Mufasa, nuciłam Hakuna Matata, śmiałam się z pierdów Pumby i przeżywałam te wszystkie emocje, które towarzyszyły mi przy kreskówce. Czy dlatego, że ten film jest tak dobry? Raczej nie, raczej przeniosłam te uczucia. Czy żałuję? Tak, bo mogło być lepiej.


Tytuł oryginalny:
The Lion King

Reżyseria: Jon Favreau

Rok produkcji: 2019

Czas trwania: 1 godzina 58 minut

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię