A co, gdyby tak… przespać się z nieznajomym? Na parkingu, przed swoją pracą i – na dodatek – w jego samochodzie? Cóż… każdemu może się zdarzyć, a o tym najlepiej wie Birdie Lindberg, która pierwszy raz w życiu posłuchała swojego serca. Postanowiła zrobić to, na co miała ochotę, a po wszystkim po prostu uciec.

I choć takie scenariusze nie zdarzają się jedynie w książkach, ale też w prawdziwym życiu, to trudno wyobrazić sobie sytuację, kiedy po kilku tygodniach spotyka się TĘ osobę w nowej pracy. Świat jest mały. O tym wie również bohaterka. Co zrobi? Jak potoczą się losy młodych kochanków? Na pewno zżera cię ciekawość. Tak jak mnie, kiedy zaczęłam czytać Światło księżyca.

Zero zawodu, czysta ciekawość

Światło księżyca to książka, która „sama się czyta”. Pisząc to, mam na myśli świetnie skonstruowany tekst. Bardzo dynamiczny, romantyczny, ale niebanalny i nawet zaskakujący. Jenn Bennett, autorka powieści, nie szczędzi czytelnikowi humoru. Nie brakuje tu także podtekstów seksualnych, które nadają książce „klimacik”. Opisywane postaci są zabawne, bardzo wyraziste i prowadzą błyskotliwe dialogi. Każda z nich ma w sobie „to coś” – coś wyjątkowego. I tak poznajemy główną bohaterkę, Birdie – z pozoru grzeczną dziewczynę, słodką jak jej imię, którą po śmierci matki wychowują surowi dziadkowie. Ma również ciotkę Monę, szaloną matkę chrzestną. Kobieta wprowadza w ich życie iskrę spontaniczności, ale i dorosłości. To z nią ma okazję porozmawiać o seksie, kłopotach miłosnych oraz trapiących problemach. Nie sposób pominąć tutaj Daniela, czyli ekscentrycznego chłoptasia o zabójczym spojrzeniu. Zakochany w dziewczynie, jest w stanie zrobić dla niej wszystko. Nawet narazić się na niebezpieczeństwo, prowadząc śledztwo. Dlaczego śledztwo? Ano dlatego, że książka, o której piszę, to znakomite połączenie powieści detektywistycznej z romansem.

Miłość i dochodzenie – czy to możliwe?

Dochodzenie śledcze, bo od tego chciałabym zacząć, jest hobby głównej bohaterki. Dziewczyna z każdej intrygującej ją rzeczy potrafi zrobić zagadkę, którą następnie rozwiązuje. Jest to, chociażby, sprawa zaginionego śmietnika pana Abernathy’ego czy zepsutych latarni przy Eagle Harbor Drive. W zabawie często towarzyszy jej dziadek – drugoplanowy `bohater, którego nie mamy okazji poznać bliżej. Autorka nie rozwija jego wątku, daje nam jedynie strzępki informacji. I dobrze, ponieważ dzięki temu uniknęła zbędnych i nieprzydatnych z punktu widzenia fabuły wątków. Wracając do temu dochodzenia, można stwierdzić, że to właśnie ten czynnik zbliża do siebie książkową parę. Opierająca się, a zarazem nieśmiała dziewczyna, początkowo nie chce dopuścić do spotkania się z Danielem sam na sam. Unika go, choć nie jest to łatwe. Pracują w jednym hotelu, a ich zmiany często się pokrywają. Jak twierdzi sama Birdie, tej sprawy nie jest w stanie rozwiązać. Absolutnie. Z czasem sytuacja jednak się zmienia. Zakochany chłopak usiłuje przekonać bohaterkę do siebie i mu się to udaje. Razem, jak dwoje detektywów, postanawiają połączyć swoje siły i wyjaśnić nurtującą ich sprawę. Zagadka ma związek z miejscem, w którym pracują. Aby nie było tak nudno, Jenn Bennett zrezygnowała z typowej „ściany tekstu”. Urozmaiciła ją ciekawymi wstawkami, ale nie chodzi mi tutaj o podział na rozdziały (choć taki oczywiście jest). W książce mamy do czynienia z opisem śledztw, czymś w rodzaju akt, które zawierają informacje o podejrzanym, jego wieku, stanie fizycznym i psychicznym, cechach charakteru i zdolnościach, pochodzeniu, zawodzie.

Światło księżyca – dlaczego jeszcze warto przeczytać tę książkę?

Tym, co według mnie warto docenić w tej książce, są zwroty akcji. Osobiście naliczyłabym ich aż lub jedynie trzy. Jest to dobry wynik, jak na romansidło dla kobiet (chociaż mężczyznom także może się spodobać). Z racji tego, że nie lubię spoilerów, nie będę przedstawiać, o co dokładnie chodzi. Chciałabym tylko zaznaczyć, że doceniam autorkę za pomysł na to, aby zaciekawić czytelnika i zaskoczyć go w odpowiednim momencie. W książkach natury romantycznej zwroty akcji najczęściej mają związek jedynie z parą zakochanych. Tutaj – o dziwo – tak nie jest, bo wiążą się także z innymi wątkami.

Do gustu przypadł mi również humor bohaterów, o którym wspominałam wcześniej. W Świetle księżyca dialogi nie są banalne i ckliwe. Są po prostu śmieszne. Wątek seksu także został przedstawiony w dobry sposób. Nie jest „świętoszkowaty” ani obrzydliwy, a wyważony i wywołujący uśmiech. Jeżeli zaś chodzi o postaci, to za tą wyjątkową, która w mojej wyobraźni niemal przybrała obraz kolorowego ptaka, uznaję ciotkę Monę. Szalona, nieprzewidywalna – sama chciałabym taką mieć. Opisy Jenn Bennett wyjątkowo dobrze działają na czytelnika. Jej książka uzależnia, a ja uważam to za sukces. Myślałam o niej kilka dni po przeczytaniu.

P.S. Jedynym wątkiem, na który mogę ponarzekać, to ten z matką Daniela. Mam na myśli samą kreację tej kobiety – irytującą. Jest nadopiekuńcza i niewyrozumiała. Starałam się ją polubić, podążać jej tokiem myślenia, ale niestety poległam. Jednak nie bądź do niej uprzedzony/uprzedzona. Wyrób sobie własną opinię ze Światłem księżyca w ręce.

 

Tytuł: Światło księżyca

Autor: Jenn Bennett

Wydawnictwo: IUVI

Liczba stron: 398

ISBN: 978-83-7966-055-1

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię