Międzypokoleniowy skok na kasę. „Na bank się uda” – recenzja filmu

-

Przez dłuższy czas zastanawiałem się, w jaki sposób mogę opisać mój stosunek do polskiego kina. Frustrację w końcu przerwało wspomnienie filmu Rejs oraz wywód inżyniera Mamonia.

Dla tych – mam nadzieję, że nielicznych – czytelników, którzy nie znają dzieła Marka Piwowskiego, śpieszę z cytatem:

A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. A polski aktor, proszę pana… To jest pustka… Pustka, proszę pana… Nic! Absolutnie nic.

Jednakże od urodzenia jestem optymistą – minione lata dowodzą, że nawet w naszej rodzimej kinematografii zdarzają się prawdziwe perły – wystarczy wspomnieć Idę czy Zimną wojnę. Czy zatem natrafiliśmy na kolejną?

Pomysł z drugiej ręki

Reżyserem oraz scenarzystą Na bank się uda jest Szymon Jakubowski, twórca o dość niewielkim dorobku artystycznym, zawodowo wykładowca na Akademii Krakowskiej. Jak sam twierdzi, pomysł na film wpadł mu do głowy po przeczytaniu artykułu w gazecie, opisującego trójkę siedemdziesięciolatków napadających na bank. Ta koncepcja zachwyciła go tak bardzo, iż scenariusz był gotowy już po czterdziestu dniach. Niestety całkowicie pominięto kwestię inspiracji produkcją W starym, dobrym stylu – łudząco podobną historią, mającą światową premierę ponad dwa lata temu, reklamowaną twarzami między innymi Morgana Freemana oraz Michaela Caine’a.

Kadr z filmu

Mimo powyższych, niewielkich powodów do niepokoju, sam koncept najnowszej polskiej komedii nie wyglądał tak źle – grupa staruszków potrzebuje pieniędzy, przygotowuje więc skok na bank, przy pomocy młodszych współpracowników. I właśnie to miało być sercem przedstawianej opowieści: międzypokoleniowa mieszanka aktorów. Marian Dziędziel, Adam Ferency i Lech Dyblik na jednym ekranie z Maciejem Stuhrem, Pauliną Gałązką i Józefem Pawłowskim. Ponadto zwiastuny produkcji ukazywały sceny z udziałem Przemysława Sadowskiego oraz Bronisława Cieślaka. Rozumiecie więc, że w mej świadomości zapłonęła iskierka nadziei. Z chęcią wybrałem się do kina na polski film, który nie jest komedią romantyczną lub wojenno-historyczną biografią. A trzeba było włączyć sobie Rejs.

Rosnące rozczarowanie

Na bank się uda można podzielić na trzy części, przez lata wbijane nam do głów przez polonistki w całej Polsce: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Muszę szczerze przyznać, że podczas pierwszego aktu bawiłem się naprawdę nieźle. Choć początkowo wiele rzeczy wydaje się niezrozumiałych, ponieważ bohaterów poznajemy już po zakończonym napadzie, z czasem nabierają one sensu. Przesłuchania rabusiów dają pretekst do retrospekcji oraz otwierają furtkę do nowych wątków oraz postaci. Dziędziel i Stuhr ekran grają na ekranie pierwsze skrzypce, historia nabiera tempa, nie tracąc przy tym humoru, a jednocześnie pobudzając ciekawość. Dlaczego dali się złapać policji? Kto im pomagał? Czy prokurator naprawdę nic nie wie? Film, niczym najlepszy kryminał, kreuje w podświadomości widza kolejne pytania i sugeruje rozwiązania zagadek.


Kadr z filmu

Domysły kończą się, gdy w rozwinięciu zaczynają klarować się odpowiedzi stworzone przez Szymona Jakubowskiego. A te, z całym szacunkiem, są zupełnie bez sensu. Bohaterowie, którzy dotąd zachowywali się nad wyraz inteligentnie, nagle przejawiają objawy skrajnego idiotyzmu. Wątki mnożą się bezrozumnie, niczym pleśń na kanapce pozostawionej w szkolnym tornistrze, w dodatku część z nich w ogóle do niczego nie prowadzi. W efekcie dostajemy happy end, który tak naprawdę nie jest do końca szczęśliwy. Ukazane nam są losy nic nieznaczących dla fabuły postaci, a znaczna część filmu zdaje się zupełnie niepotrzebna.

Robili, co mogli

Nawet najlepszy aktor nie jest w stanie uratować źle wykonanego filmu ze słabym scenariuszem. Trójkę złodziei – Dziędziela, Ferencego oraz Dyblika – ogląda się na ekranie z przyjemnością, Maciej Stuhr, jako prokurator, także w pełni zasługuje na pochwały. A pozostali? Cóż… Świetny polski aktor, Przemysław Sadowski, pojawia się na ekranie w sumie na trzy sceny. Rola Bronisława Cieślaka polega na wyłącznie jednej rozmowie oraz przejściu przed kamerą podczas dialogu innych postaci. O dziwo dłużej jest nam dane oglądać niewymienionego zarówno na plakacie, jak i w zwiastunie, Mariana Opanię. Nie mam pojęcia, dlaczego go pominięto – z materiałów reklamowych spokojnie można było wyciąć młodszą część obsady, która swą grą aktorską wnosi do produkcji niewiele: w sumie może ze dwa, trzy wyrazy twarzy, kilka wymuszonych wątków fabularnych, ale przede wszystkim wzbudza irytację odbiorców.

Kadr z filmu

Tak naprawdę cały ten film wydaje się mocno poszatkowany na etapie postprodukcji. Ostateczna długość komedii wynosi jedną godzinę i czterdzieści pięć minut, dlaczego więc podczas seansu montaż tak bardzo kłuje w oczy? Poszczególnym scenom zdarza się nie układać chronologicznie, a przejścia logiczne pomiędzy wydarzeniami występują jedynie na początku historii. Zdjęcia są wykonane poprawnie, nie można powiedzieć o nich wiele dobrego, jak i złego. Za to ścieżka dźwiękowa praktycznie nie istnieje, z dwoma małymi wyjątkami. Piosenka reklamująca film, śpiewana przez Stuhra zaraz po napisach początkowych, wypada całkiem znośnie. Natomiast utwór końcowy, do którego odśpiewania aktorzy grający główne postaci zostali najwyraźniej zmuszeni… Żenada to za małe słowo, by opisać uczucie towarzyszące mi podczas wyświetlania „listy płac”. A mogło być tak pięknie.

 

Tytuł oryginalny: Na bank się uda

Reżyseria: Szymon Jakubowski

Rok produkcji: 2019

Czas trwania: 1 godzina 45 minut

 

 

podsumowanie

Ocena
5

Komentarz

Dziędziel, Ferency, Dyblik, Opania oraz Stuhr – piątka aktorów, która zatrzymała mnie w kinowym fotelu do końca seansu. Film pewnie niedługo pojawi się na VOD, więc idealnie nada się jako tło do niedzielnej kawy i sernika. Jeśli jednak potrzebujecie niezłej polskiej komedii kryminalnej, włączcie sobie Vinci Juliusza Machulskiego.
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu