Gdy dopadnie nas dorosłość. „Krzysiu, gdzie jesteś?” – recenzja filmu

-

Podoba mi się stwierdzenie Patricka Rothfussa, że „dzień, w którym zaczynamy martwić się o przyszłość, jest dniem końca naszego dzieciństwa”. To niewątpliwie jeden z ładniejszych cytatów, na jakie trafiłam, szukając mądrych słów do rozpoczęcia tej recenzji, bowiem całkiem dobrze oddaje naturę dorosłości, dopadającej nas znienacka i zmieniającej nasze życie oraz priorytety. A głównie o tym jest najnowsza produkcja Disneya, dystrybuowana w Polsce pod uroczym tytułem Krzysiu, gdzie jesteś?, chociaż sama – z typową dla mnie ironią – dodałabym jeszcze pytanie „Krzysiu, dokąd tuptasz?”.
 Ach, ta podła dorosłość!

Dorastanie to naturalna kolej rzeczy (niestety), zatem cały ten proces nieuchronnie dotknie każdego (podobno). Niby można udawać Piotrusia Pana, nigdy nie uciszyć swojego wewnętrznego dziecka i żyć z nim w zgodzie, i to pomimo tego, że ludzie z otoczenia patrzą na nas krzywo, wymaga to jednak nie tylko odwagi, ale też hartu ducha. Doskonale pokazał to Marc Forster w Marzycielu, gdzie w rolę Jamesa Barriego – twórcy postaci chłopca z Nibylandii – wcielił się Johnny Depp, wtedy jeszcze potrafiący wyjść poza rolę zapijaczonego kapitana Czarnej Perły (tak, kiedyś to były czasy). Tym razem jednak reżser wziął na warsztat dalsze losy Krzysia, bohatera książek A.A. Milne’a – Kubuś Puchatek oraz Chatka Puchatka, których tłumaczenie na nasz ojczysty język jest dziełem Ireny Tuwim (siostry Juliana Tuwima). Chociaż sama miałam przyjemność zapoznać się z twórczością autora w przekładzie Moniki Adamczyk-Garbowskiej – zgodnie z nim powieści nosiły tytuły Fredzia Phi-Phi oraz Zakątek Fredzi Phi-Phi.

Gdy dopadnie nas dorosłość. „Krzysiu, gdzie jesteś?” – recenzja filmu
Kadr z filmu „Krzysiu, gdzie jesteś?”

Porzućmy jednak dywagacje na temat przekładu, bo to nie on jest tutaj najważniejszy (przynajmniej nie w tej chwili, bo wrócimy jeszcze do tego zagadnienia). Stała się rzecz straszna – Krzyś dorósł! Lata po opuszczenia rodzinnego domu został Krzysztofem Robinem (z twarzą Ewana McGregora oraz głosem Tomasza Kota) i nieco „pogniótł się”. Kolejne zmartwienia odcisnęły na nim swoje piętno pod postacią zmarszczek, skutecznie odgradzając go od beztroskich lat dzieciństwa, kiedy spędzał czas ze swoimi przyjaciółmi. W efekcie trudno rozpoznać w nim tego uroczego chłopca obiecującego, że nie zapomni o towarzyszach swoich zabaw, nawet gdy będzie miał sto lat. Zmienił się, trochę pogubił, przede wszystkim jednak zatracił to, co w życiu ważne – całe dnie spędza w pracy, zaniedbuje własną córkę, a żona ostrzega go, że lata przelecą mu przed nosem. Ma wiele szczęścia, ponieważ w odpowiednim momencie pojawiają się pluszaki.

Miodek jest dobry na smuteczki?

Przyznaję, że nie czekałam na kontynuację losów Puchatka z niecierpliwością, nie ekscytowałam się zwiastunami i nie pobiegłam na pierwszy premierowy seans. Przygody tego misia nie były moimi ulubionymi (teraz doceniam je bardziej, zwłaszcza jako źródło – niekiedy niezwykle trafnych i mądrych – cytatów o życiu i uczuciach), zatem nie czułam również lęku przed tym, że Disneyowi powinie się noga, a produkcja okaże się klapą. Wręcz przeciwnie, biorąc pod uwagę to, jak wytwórnia dotychczas radziła sobie z przeróbkami swoich animacji, trwałam w przekonaniu że Krzysiu, gdzie jesteś? zasłuży na uznanie jako całkiem dobra adaptacja. Nie, nie wybitną, ale zadowalającą pod kątem fabularnym, estetycznym oraz aktorskim.

Gdy dopadnie nas dorosłość. „Krzysiu, gdzie jesteś?” – recenzja filmu
Kadr z filmu „Krzysiu, gdzie jesteś?”

No i tutaj zaczynają się schody (nie bójcie się, nie jakieś wybitnie strome). Trudno ocenia się grę zagranicznego aktora, gdy film można obejrzeć wyłącznie w wersji z dubbingiem (a tak jest w przypadku Krzysiu, gdzie jesteś?) – widzi się McGregora, słyszy zaś Tomasza Kota, siłą rzeczy postać staje się zatem wypadkową pracy dwóch osób, a emocje przekazywane głosem nie zawsze muszą odzwierciedlać te rysujące się na obliczu aktora i odwrotnie. Pojawia się również problem ruchu ust, pod który dostosowano polskie dialogi –  w najnowszej produkcji Disneya dialogi nie zawsze zgadzają się z tym, co wydaje się mówić bohater. Jest to widoczne tym bardziej, że wiele scen i ujęć pokazuje twarze. Film zyskuje również dzięki naprawdę zabawnym i mądrym słowom, włożonym w usta przyjaciół z dzieciństwa antagonisty – niemądry miś, co lubi miodek, ma czasem trochę rozumku i powie coś, warto o tym pamiętać.

Miś o bardzo małym rozumku

Zbliżenia pozwalają za to docenić trud włożony w komputerową kreację bohaterów z (tak, tu jest jeden z potworków tłumaczeniowych) Stuwiekowego Lasu – każdy z nich wygląda fenomenalnie! Cechą charakterystyczną ich prezencji są jednak stonowane, jakby nieco przybrudzone barwy, dzięki czemu ma się wrażenie, że to pluszaki, które nie leżały na półce w sterylnym pokoju, a były używane: tulone, tarmoszone, a zatem… kochane. Dlatego chwilami ich widok ściska za serce. Tym bardziej, że zachowano również ich charakter (w tym momencie przypomina mi się grafika, na której każdy z pluszowych bohaterów przyporządkowane miał zaburzenie, na jakie rzekomo cierpi) – Puchatek wciąż ma mały rozumek, nie przeszkadza mu to jednak w trafnym skomentowaniu sytuacji, Kłapouchy nadal cierpi na depresję, Prosiaczek boi się niemal wszystkiego, a Tygrysek fika (nie, nie bryka!).


Gdy dopadnie nas dorosłość. „Krzysiu, gdzie jesteś?” – recenzja filmu
Kadr z filmu „Krzysiu, gdzie jesteś?”

Nie spodziewajcie się też zbyt wiele po fabule, która jest na tyle prosta, że od samego początku wiemy, w jakim kierunku podąży i jak zakończy się film. Ta urocza historia o tym, że czasem warto odnaleźć w sobie dziecko, zasługiwała na mniej oczywisty finał, trudno jednak uznać, że to wystarczy, by przekreślić produkcję i określić ją jako nieudaną. Krzysiu, gdzie jesteś? to przede wszystkim ciepłe kino familijne, poruszające temat dorastania i życiowych priorytetów. Warto jednak pamiętać o tym, że dorosłość nie odbiera nam dzieciństwa, zostawiając nas z pustymi rękami i dziurą w sercu – stanowi po prostu kolejny etap, dający nam możliwość poznania nowych rzeczy – miłości, rodzicielstwa i odpowiedzialności za innych ludzi.

Krzysiu, gdzie jesteś? jest uroczą produkcją, na którą składają się sympatyczni bohaterowie, mądre przesłanie, całkiem niezła realizacja i absolutnie fenomenalne wykreowanie postaci mieszkających w Stuwiekowym Lesie. Film siedzi nieco okrakiem na płocie i momentami trudność stanowiło określenie kto tak właściwie ma być jego grupą docelową – dorośli czy dzieci. Mimo wszystko oglądało się go naprawdę przyjemnie, w ostatecznym rozrachunku mankamenty nie przeszkadzają aż tak bardzo w odbiorze produkcji.

Gdy dopadnie nas dorosłość. „Krzysiu, gdzie jesteś?” – recenzja filmu

 

 

Tytuł oryginalny: Christopher Robin
Reżyseria: Marc Forster
Rok powstania: 2018
Czas trwania: 1 godzina 44 minuty

Martyna Halbiniak
Martyna Halbiniak
Lubi twierdzić, że nie wpisuje się w schematy, łamie konwencje i jest jedyna w swoim rodzaju, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę otacza się ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Wyznaje zasadę, że czekolada nie pyta, ona rozumie, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kocha książki (chociaż zagina im rogi), kinomaniaczka i serialoholiczka, wciąż znajdująca czas na kolejne inicjatywy.

Inne artykuły tego redaktora

1 komentarz

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu