Dwa spojrzenia na serial „Cudotwórcy”

-

Naszych dwóch redaktorów postanowiło obejrzeć miniserial zatytułowany Cudotwórcy dostępny na platformie HBO GO. I jak powiedział niegdyś Terencjusz: Ile ludzi, tyle zdań. Poniżej więc znajdziecie dwie skrajnie różne oceny wspomnianej produkcji. Zachęcamy do zapoznania się z całością.
Pocałunek albo zagłada

Czasami nachodzi nas ochota na obejrzenie niezobowiązującego, lekkiego serialu komediowego z bawiącymi do łez żartami, a nie doprowadzającymi do irytacji swoją infantylnością. Z założenia taka miała być właśnie nowa produkcja na HBO GO o Bogu, który chce wysadzić Ziemię. Świetna obsada, wyjątkowy koncept i sporo dobrych pomysłów. Cudotwórcy mieli zadatek na zostanie naszą nową ulubioną telenowelą. Począwszy od zamysłu na Niebo, funkcjonujące jak typowa korporacja, a skończywszy na dwójce nieporadnych bohaterów i nieubłaganie zbliżającego się końca Ziemi. Skoro więc poszczególne elementy znalazły się na swoich miejsca, to co poszło nie tak?

Gdy tylko obejrzałam zwiastun, w którym zobaczyłam Steve’a Buscemiego w roli bardzo zniechęconego Boga, i Daniela Radcliffe’a jako anioła niskiego szczebla, wiedziałam, że na pewno nie przejdę obojętnie obok Cudotwórców (ang. Miracle Workers). Dodajmy do tego, iż reżyserem serialu jest Simon Rich, czyli twórca Man Seeking Woman, i otrzymamy przepis na nieziemską komedię. Jednak po drodze coś zawiodło.

Kadr z serialu „Cudotwórcy”
Na ratunek Ziemi

Akcja Cudotwórców kręci się wokół zakładu między Bogiem (Steve Buscemi) a parą aniołów od modlitw, Craigiem (Daniel Radcliffe) i Elizą (Geraldine Viswanathan). Wszystko zaczęło się od tego, że Stwórca zobaczył, jak ludzie zrujnowali  Ziemię i postanowił ją zniszczyć. Nie zrobi tego, jeżeli aniołowie w dwa tygodnie sprawią, że para ziemian – Sam (Jon Bass) i Laura (Sasha Compère) – się pocałuje. Przecież i tak mają się ku sobie… Problem jest jednak taki, iż miłość to bardzo delikatna kwestia, ze sporymi niewiadomymi i zmiennymi. Nawet Bóg jeden wie, że ingerencja w takie sprawy może przynieść wręcz odwrotny efekt.

Miało być śmiesznie

Komediowa miniseria (siedem odcinków) oparta na noweli Simona Richa przyciąga obsadą – z Danielem Radcliffe’em, pamiętnym Harrym Potterem, w roli nieśmiałego anioła z departamentu modlitw, i Steve’em Buscemim kreującym Boga w dresie i z rozwianym siwym włosem. Zacznę od tego pierwszego. Radcliffe już dawno udowodnił, że odnajduje się w rolach ekscentryków i naprawdę nic mu niestraszne. Kto oglądał Swiss Army Mana to wie, o czym piszę. Jako neurotyczny, aspołeczny Craig bawi w punkt. Natomiast Buscemi świetnie wykreował „alternatywnego Boga”, niekompetentnego tchórza z rozdętym ego i mentalnością sadystycznego przedszkolaka. To bezmyślny i bezdennie głupi, całkowicie wyzuty z jakichkolwiek wartości, przedstawiciel najwyższej potęgi. Wszystkie czynności wykonują za niego pomocnicy, którzy uwijają się jak mrówki. Do tego okropny zazdrośnik alergicznie reagujący na jakąkolwiek krytykę, o czym niechybnie przekonał się telewizyjny komik Bill Maher.

Przezabawny jest grający asystenta Boga Karan Soni, hinduski aktor, znany z roli Dopindera w Deadpoolu. Wyróżniony wysoką pozycją, ale świadomy beznadziei własnego położenia. Większość scen z jego udziałem naprawdę śmieszy, nawet jeżeli są mało oryginalne. Ciężko nie wspomnieć także o Geraldine Viswanathan, która wcieliła się w postać nieco idealistycznej anielicy niższego szczebla. To właśnie ta bohaterka postanowiła założyć się z Bogiem, a na szali położyła życie wszystkich ludzi na Ziemi. Przerost ambicji? I owszem, ale jak inaczej udowodnić Stwórcy, że każda modlitwa jest równie ważna.


Kadr z serialu „Cudotwórcy”

I na tym niestety koniec zalet tego miniserialu. Wszystko inne jest tu sztampą, powtórką i wcieloną przewidywalnością. Od wizji Nieba, jako rozdętej korporacji mającej zarządzać Ziemią, ale nieradzącej sobie nawet z sobą samą, z biurokracją, frustracją pracowników i wypalonym, depresyjnym szefem z zapędami sadystycznymi, po stosunki międzyludzkie (czy raczej międzyanielskie) i momentami niskie poczucie humoru. Nie, nie i jeszcze raz nie!

Wyszło jak zawsze

Posiadam poczucie humoru i niektóre sceny, chociaż bardzo naciągane, potrafiły mnie rozśmieszyć chociażby swoją głupotą. I byłam naprawdę ciekawa, jak zakończy się ten cały zakład z Bogiem, więc przyznam szczerze, że ten miniserial w pewnym momencie mnie nawet wciągnął. Jednak, oprócz znamienitej obsady, Cudotwórcy nie prezentują nic oryginalnego. Kto ma ochotę na podobne tematy tylko w dużo atrakcyjniejszej (i zaskakującej) formie, niech zerknie na Dobre miejsce od Netflixa. Tam to dopiero dzieją się cuda!

Ocena: 3/10
Agnieszka Michalska


Bóg bywa czasem bardzo ludzki

Filmy oraz seriale nawiązujące swoją fabułą do zagadnień religijnych nie są lekkim kawałkiem chleba – zarówno dla producentów, jak i reżyserów. Muszą oni liczyć się z odzewem wierzących widzów, którzy zwykle bardzo emocjonalnie reagują na produkcje odbiegające w swej treści od rzeczywistych – bądź zapisanych w świętych księgach – wydarzeń. Na kinowe ekrany trafiają więc dzieła poważne, często wręcz patetyczne, jak choćby Pasja Mela Gibsona, Exodus Riddleya Scotta czy też bliżej znana polskim widzom seria filmów o Karolu Wojtyle. Komedie w tym przypadku wydają się być poza dyskusją.

Witamy w Niebie

Nadzieje na wieczny odpoczynek zostają pogrzebane. Człowiek oczekujący na dostanie się po śmierci do wiecznego Raju, pełnego szczęścia i relaksu, poważnie się rozczaruje. Niebo jest czymś całkowicie innym – to rozbudowana fabryka, przedsiębiorstwo, mające na celu  dobro Ziemi oraz jej mieszkańców. Ludzie, którzy trafili pod bezpośredni nadzór Stwórcy, rozpoczynają pracę dla dobra swych wciąż żyjących pobratymców. A ich zadania bywają przeróżne: od projektowania kształtów chmur, tworzenia oraz planowania nowych gatunków zwierząt, a kończąc na dbaniu o poprawne funkcjonowanie poszczególnych części ciała. Działy pracują lepiej lub gorzej, by na planecie mogły mijać kolejne miesiące. I taki stan rzeczy mógłby trwać jeszcze długo, gdyby nie Bóg we własnej osobie. Pewnego dnia, zmęczony ciągłymi narzekaniami swoich wyznawców, oraz ateistami, postanawia zniszczyć Ziemię. Skoro projekt się nie udał, dlaczego by go nie zakończyć i rozpocząć czegoś nowego?

Kadr z serialu „Cudotwórcy”
Ostatnia szansa

Pracujące anioły podzielają tę opinię, zaczynają się pakować i szukać zajęcia w innych galaktykach. Dwie osoby z działu odpowiadania na modlitwy postanawiają spróbować uratować niczego nieświadomych, wciąż żyjących Ziemian. Zawierają więc z Wszechmogącym umowę: oszczędzi ludzkość, jeśli zostanie spełniona jedna z wysłanych do niego próśb. Konkretnie ta dotycząca wzajemnej miłości dwojga nieśmiałych nastolatków. Jeśli w przeciągu dwóch tygodni się pocałują, nad planetą wciąż będzie wschodziło Słońce. Zadanie nie wydaje się trudne – skąd więc aż siedem półgodzinnych odcinków? Ponieważ ta historia ma w sobie mnóstwo wątków, co chwilę rozgałęziających się i na powrót splatających. W dodatku w naturę ludzką wpisana jest wolna wola, nie tak łatwo więc nimi manipulować. Podczas postępu fabuły poznajemy kolejne sposoby oddziaływania na otoczenie, metody na skłonienie danego człowieka do określonego zachowania. Zaglądamy w zakamarki przedsiębiorstwa, jakim jest Niebo, dowiadując się wielu ciekawych rzeczy o funkcjonowaniu naszej planety, na przykład o bezpośrednim nadzorze nad owadami. Wszystko to daje obraz poważnej historii, opowiadającej o miłości oraz trosce aniołów o swych podopiecznych. Cóż… nie do końca.

Czynnik ludzi jest najważniejszy

Aniołowie, choć pracują, nie przykładają się zbytnio do swych zadań. Zwłaszcza że część z nich jest po prostu bezsensowna – dla przykładu, wiedzieliście, że męskie sutki powinny produkować sok pomarańczowy? Wszystkie te absurdy, brak kontroli i zaniedbane działy – zwłaszcza sektor modlitw – mają źródło w zachowaniu Boga, który to, delikatnie mówiąc, nie grzeszy intelektem ani pracowitością. Pomysł, by zamienić szczątki naszej planety w międzygalaktyczny bar, wydaje mu się wręcz genialny. I tak jak dwójka aniołów ma zadanie ocalić Ziemię, tak aktorzy ratują ten serial.

Koncepcja pozaziemskiego, nadzorczego świata z szefem szaleńcem to materiał na świetną komedię, jednak casting musiałby być perfekcyjny. I na szczęście jest. Każdy odgrywa swą rolę idealnie, dodając do tej ociekającej wręcz sarkazmem oraz czarnym humorem rzeczywistości kolejne fabularne puzzle. Kto mógłby zagrać wiecznie rozczochranego, troszkę sadystycznego Wszechmogącego, chodzącego całe dnie w szlafroku? Wyłącznie Steve Buscemi, potrafiący przy tym pokazać emocjonalną stronę Stwórcy. Daniel Radcliffe jako spełniający modlitwy anioł Craig jest wręcz idealny. Zbyt wiele czasu spędził samotnie, pomagając ludziom w odnalezieniu zagubionych kluczy, trudno mu więc nawiązać nowe znajomości. Świetnym kontrastem dla jego postaci staje się świeżo przeniesiona współpracowniczka – ekstrawertyczna, szybko działająca Eliza, grana przez Geraldine Viswanathan. Ta para doskonale się uzupełnia, stając się wraz z Bogiem osią fabuły. Na ekranie błyszczy także najbliższe otoczenie Najwyższego: jego osobisty asystent Sanjay (Karan Soni) oraz sekretarka Rossie (Lolly Adefope). Ta dwójka z każdym odcinkiem wnosi do historii coraz więcej, by z czasem stać się wręcz częścią głównej obsady serialu.

Kadr z serialu „Cudotwórcy”
Ideał pełen autoironii

Simon Rich stworzył komedię – podczas seansu nie należy o tym zapominać. W innym przypadku nie będziemy czerpać z serialu przyjemności. Cudotwórcy uderzają widza w twarz, burząc jego wyobrażenie o boskim perfekcjonizmie. Niebo funkcjonuje z dnia na dzień, bez większego planu czy też nadzoru. Bóg już dawno przestał wtrącać się w działania firmy, większość czasu spędzając we własnym apartamencie. Czy taka wizja Nieba nie jest zbyt pesymistyczna? Być może, ale każdą firmę, w tym przypadku także, tworzą ludzie. A ci są mniej lub bardziej nieprzewidywalni, zazwyczaj sami nie wiedzą, czego chcą, a już zwłaszcza co jest dla nich dobre. Zmiany nie zawsze bywają łatwe, ale okazja do nich często przychodzi niespodziewanie – nawet dla samego Boga.

Ocena: 8/10
Przemysław Ekiert

Serial obejrzeliśmy dzięki uprzejmości

Popbookownik
Britney była królową popu, a my jesteśmy królowymi i królami popkultury. Nowa recenzja, artykuł czy świeży news? Ups! Zrobiliśmy to znowu! Nie mamy swojego Timberlake’a, ale za to możemy pochwalić się tekstami, które są równie atrakcyjne.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu