Cobra Kai Never Dies „Cobra Kai” — recenzja 3. sezonu (ze spoilerami)

-

Przejmowanie marki to wyzwanie, którego nie boi się podjąć Netflix. Zrobił tak już z kilkoma serialami i tym tytułom zazwyczaj wychodziło to na dobre. Świetne Cobra Kai, wcześniej produkowane przez YouTube Red, spotkał ten sam los i tu pojawiło się pytania. Czy Netflix potrafi utrzymać poziom najlepszej reaktywacji marki, jaką widziała telewizja? A może na ekrany trafi średnia produkcja próbująca ciągnąć na popularności poprzednich sezonów?

Netflix zrobił swoim widzom cudowną niespodziankę, kiedy postanowił wypuścić trzeci sezon Cobra Kai o tydzień wcześniej. Zupełnie jakby spece od promocji przewidzieli, że duży procent społeczeństwa zostanie uziemiony na noc sylwestrową, więc trzeba im czegoś wystrzałowego w formie zadośćuczynienia. Nowe odcinki serialu trafiły na platformę już pierwszego stycznia i stały się dla mnie lekarstwem na noworoczne lenistwo.

Wszystkie ciosy dozwolone

Uwaga, zdradzam zakończenie drugiego sezonu i ten niesamowity cliffhanger. Po bójce w szkole i niefortunnym upadku Miguela na poręcz schodów, rywalizacja między dzieciakami z Cobra Kai a tymi z Miyagi Do staje się jeszcze ostrzejsza. Teraz to w zasadzie otwarta wojna gangów i dzieją się rzeczy przez duże RZ, bo za sterami siedzi Kreese. Wszyscy są w rozsypce, tylko nie on.

@Netflix kadr z serialu „Cobra Kai”

Johnny zalicza kolejne niepowodzenie i wygląda jakby stracił wszystko. Miguel leży w szpitalu sparaliżowany — rodzina i przyjaciele szukają magicznego leku dla nastolatka. W tym czasie Robbie jest MIA, bo grozi mu odsiadka. A Daniel stara się być poważnym facetem i ratować wszystko na około, łącznie ze swoim salonem samochodowym.


Wygląda to kiepsko. I chyba jedynym zwycięzcą jest sensei Kreese, który zyskał armię wojowników o posłuchu absolutnym. Stał się centralnym ogniwem konfliktu w tej historii.

Z Wietnamu na turnieje karate

W trzecim sezonie skupiono się na Johnie Kreesie i dobudowano mu backstory. Czyli coś, co było świetnym posunięciem w przypadku Johnny’ego Lawrence’a z pierwszego odsłonie serialu.

O Kreesie wiadomo tyle, że jest weteranem wojennym z Wietnamu, takim poturbowanym emocjonalnie, skoro widział siebie tylko i wyłącznie jako nauczyciela sztuk walki. Okazuje się, iż bezwzględny sensei Cobra Kai zwyczajnie cierpi na pewną formę PTSD, z która radzi sobie w zupełnie nieodpowiedni sposób. Życie to dla niego dżungla, a turniejowy konflikt to prawdziwa wojna do ostatniej kropli krwi.

Czy przez historię jego młodości da się bohatera lubić chociaż trochę? Nie bardzo. Da się zobaczyć w nim nieleczone problemy, których kiedyś nawet nie były rozpoznawalne. Można co najwyżej żałować Kreesa jako zaniedbanego weterana. Ale nadal jest to człowiek, któremu nikt nie chciałby powierzyć dziecka pod opiekę, a tym bardziej pozwolić prowadzić klub karate.

@Netflix kadr z serialu „Cobra Kai”

Teraz Johnny i Daniel mają wspólnego wroga, próbują sobie z nim radzić na różne sposoby, w tym też trenując dzieciaki w pięknej sztuce karate. LaRusso nie potrafi przekonać swojej córki do powrotu na matę, ale dzielnie dąży do ponownego otwarcia Miyagi Do. Lawrence z kolei, po starcie Cobra Kai, zbiera kilkoro wyrzutków Kreesa i bardzo kulawo próbuje stworzyć nowe dojo, którego imię pozostawię bez wspominania z nadzieją na zmianę nazwy w czwartym sezonie. Bo po zakończeniu nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć. W dodatku Netflix postawił poprzeczkę bardzo wysoko.

Goście, goście, jeszcze więcej gości

Cobra Kai utrzymuje formę. W trzecim sezonie pojawia się kilka znanych postaci i to chyba zasługa Netflixa. Tym razem twórcy sięgnęli po aktorów z The Karate Kid part II i zrobili małą rewolucję.

Z powodu problemów biznesowych Daniel udaje się do Japonii. Z jednej strony próbuje zrobić dobry interes, a z drugiej cały czas dręczą go wątpliwości. Doskwiera mu brak pana Miyagi, który miał odpowiedź na każdy problem. Jednocześnie Daniel przywołuje swojego dawnego senseia tak często, że zaczynało się to robić nudne. Na szczęście prowadziło to do czegoś, na przykład do odwiedzenia Okinawy i wioski, z której pochodził Miyagi. Szkoda tylko, że już jej tam nie było.

Za to jest ktoś inny — Kumiko (Tamlyn Tomita), japońska miłość Daniela, oraz Chozen (Yuji Okumoto), rywal i ten zły z drugiego filmu. Może to właśnie ta dwójka udzieli mu te właściwe odpowiedzi?

@Netflix kadr z serialu „Cobra Kai”

I niczym wisienka na torcie jest jeszcze Ali — postać, na którą fani czekali od pierwszego odcinka wyemitowanego dawno temu w 2018 roku. Elisabeth Shue w końcu pojawia się na ekranie, żeby kolejny raz wcielić się w ikoniczną rolę, która była powodem konfliktu między Danielem a Johnnym. Czy stara miłość nie rdzewieje i przypomni panom o dawnych zatargach? Czy w tym sezonie może dziać się więcej?

Czy Netflix dał radę?

Dał. Jestem pod wrażeniem tego, ile udało się upchnąć w dziesięciu odcinkach serialu. W zasadzie każda znacząca postać ma swoją historię i problem do rozwiązania, którym zajęto się w równym stopniu. To, ile pokazano na ekranie złożonych relacji, konfliktów i odniesień do trylogii filmów, jest nie do opisania w jednej krótkiej recenzji. A ja nadal nie potrafię przestać wykrzykiwać moich ochów i achów uznania.

Widać od razu, że serial dostał dodatkowy zastrzyk funduszy, bo wszystko jest większe i bardziej rozdmuchane, ale w taki pozytywny sposób. Po prostu WOW.

Podtrzymuję to, co pisałam w poprzedniej recenzji Cobra Kai. Świetnie napisane postacie, rozbudowane konflikty oraz problemy, które nie zawsze mają proste i jednoznaczne rozwiązania. Ten serial pokazuje, że da się wrócić do kultowych filmów sprzed lat i zrobić to dobrze.

podsumowanie

Ocena
9

Komentarz

„Cobra Kai” to sentymentalna podróż do lat osiemdziesiątych, a jednocześnie świetny serial na miarę XXI wieku. Bo jak się okazuje, da się zrobić dobrą produkcję z nastolatkami i sztukami walki, która jakością przebija swój oryginał.
Iwona Borkowska
Iwona Borkowskahttps://iwonamagdalena.pl/
Kobieta na emigracji. Mówi o sobie, że jest Gryzipiórką, bo nieustannie próbuje pisać. Czyta od kiedy skończyła 5 lat, najczęściej fantastykę. Ulubiona zabawa z dzieciństwa to szkoła i pisanie literek (chyba coś jej z tego zostało). Miała być dziennikarzem lub pracować w wydawnictwie — nie wyszło. Czasami stawia tarorta i chociaż bywa, że się sprawdza, to stwierdza, że jest z niej World Worst Witch. Nie może mieć czarnego kota, bo ma alergię (na wszystkie koty). Po godzinach udaje, że zna się na k-dramach.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu