A jakby wyglądał twój dajmon? „Mroczne materie” – recenzja serialu

-

Są historie, do których lubimy wracać po latach. Niewątpliwie do takich opowieści zalicza się wydana w 1995 roku powieść Zorza polarna Philipa Pullmana, do tej pory ciesząca się sporym zainteresowaniem. Nic dziwnego, w końcu pisarz wykreował fantastyczny świat, gdzie ludzka dusza objawia się w formie materialnej i przybiera postać zwierzęcia. Istoty te uosabiają cechy charakteru danego człowieka i nazywa się je dajmonami. Do tego dochodzi groźna organizacja i ludzie sprzeciwiający się jej ideologii. Doskonały materiał na produkcję odcinkową.

Serial Mroczne materie powstał na podstawie cyklu Philipa Pullmana pod tym samym tytułem. Na trylogię składają się powieści: Zorza polarna (znana także jako Złoty kompas), Magiczny nóż oraz Bursztynowa luneta. W 2007 roku podjęto już próbę adaptacji pierwszego tomu w formie filmu pełnometrażowego. Złoty kompas w reżyserii Chrisa Weitza nie odniósł jednak zbyt dużego sukcesu i tym samym nigdy nie doczekał się kontynuacji, a sama historia została przerwana w najmniej odpowiednim momencie. Dlatego tym bardziej ucieszyłam się na wiadomość, że stacje HBO i BBC postanowiły wziąć się za tę trylogię i ponownie przenieść nas do fantastycznego świata stworzonego przez Pullmana. Czy serial okazał się dużo lepszym pomysłem niż film kinowy?

Kadr z serialu „Mroczne materie”

Magiczny gadżet ze skomplikowaną instrukcją 

Lyra Belacqua (Dafne Keen) jest sierotą. Mieszka w Jordan College w Oxfordzie, gdzie pewnego dnia staje się świadkiem próby otrucia jej zbuntowanego wuja, Lorda Asriela (James McAvoy). Naukowiec bada naturę tajemniczego Pyłu, czym naraża się Magisterium – organizacji trzymającej w żelaznym uścisku cały świat. Do tego dochodzą zaginięcia kolejnych dzieci Gipcjan, wśród których znajduje się także najlepszy przyjaciel Lyry. Kiedy dziewczyna dowiaduje się, że za porwaniami stoją Grobuchy i okrutna pani Coulter (Ruth Wilson), wyrusza na Północ, aby uratować Rogera (Lewin Lloyd). Podczas wyprawy towarzyszą jej Gipcjanie, aeronauta Lee Scoresby (Lin-Manuel Miranda), a także wypędzony z własnego domu pancerny niedźwiedź Lorek. Lyra posiada wyjątkowy dar – potrafi korzystać ze aletheiometra, pomimo tego, że to obsługa tego urządzenia wymaga wieloletniego szkolenia. Pani Coulter wie, że dziewczyna jest przez to wyjątkowa i  niebezpieczna. Dlaczego? To tylko jedna z wielu zagadek.

Kadr z serialu „Mroczne materie”


Każdy ma swojego zwierzaczka

Na samym początku serialu zostaliśmy poinformowani o tym, że świat przedstawiony jest „wszechświatem podobnym do naszego, a jednocześnie różniącym się od niego pod wieloma względami”. Niewątpliwie chodzi tutaj o wspomniane na początku dajmony, czyli zwierzęta będące manifestacją ludzkich dusz. Towarzyszą one człowiekowi na każdym kroku – ich oddalenie się zadaje ogromny ból właścicielowi, a śmierć oznacza pozbawienie człowieka życia. Lyra posiada dajmona, który co jakiś czas zmienia swoją formę. Dopiero gdy dziewczyna dojrzeje, nabierze on już ostatecznego kształtu, oddającego jej osobowość. Na razie protagonistka zachowuje się jak typowa nastolatka – ma swoje humory i uparcie dąży do postawionych sobie celów (najważniejszym jest uratowania przyjaciela). Główna bohaterka porusza się w tym dziwnym i często okrutnym świecie z coraz większą pewnością. Jej odwaga i umiejętność czytania aletheiometra odgrywają podczas podróży największą rolę. Brawa za kreację należą się oczywiście Dafne Keen, która w moim odczuciu lepiej wypadła jako Lyra niż Dakota Blue Richards w 2007 roku.

Kadr z serialu „Mroczne materie”

Ale nie tylko ta aktorka świetnie wybrnęła z postawionego jej zadania. Nicole Kidman potrafiła wydobyć z pani Coulter całą jej nienawiść do dajmonów, jednak Ruth Wilson w serialu dodała do tej postaci nutkę szaleństwa, co sprawia, że jest dużo bardziej przekonywująca w tej roli. Lin-Manuel Miranda sprawdził się jako aeronauta Lee Scoresby. Nieco przypomina mi nawet Hana Solo z Gwiezdnych wojen – samotny twardziel i łobuz, dopóki nie poznaje Lyry, która całkowicie zmienia kierunek jego życia. Tylko geniusz mógł obsadzić Jamesa McAvoya (znanego fanom Marvela jako Profesor Charles Xavier z X-Menów) w roli Lorda Asriela. Ten aktor idealnie nadaje się do odgrywania postaci nieco ekscentrycznych, ale przekonanych o swoich ideach.

Kadr z serialu „Mroczne materie”

Piękne, choć niebezpieczne krainy

Niewątpliwie najmocniejszą stroną Mrocznych materii jest scenografia. Widok zorzy polarnej zapiera dech w piersiach, a w bibliotece Jordan College chciałabym się zagubić, aby dogłębnie przejrzeć wszystkie księgi. Natomiast noszonych przez niektóre kobiety futer (w szczególności panią Coulter) mogłaby pozazdrościć niejedna dama. Niestety w serialu pojawiła się jedna rzecz, która całkowicie mi się nie spodobała, a jest nią aletheiometr. W filmie z 2007 roku prezentował się o wiele lepiej i faktycznie wyglądał jak staroświecki kompas.

Kadr z serialu „Mroczne materie”

W nastrój serialu wprowadza niezwykle klimatyczna czołówka. Podkład muzyczny do niej skomponował Lornego Balfe, a jej delikatne brzmienia zwiastują przygodę, tajemnicę i elementy nadprzyrodzone. Po raz kolejny stacja HBO udowodniła, że ma także świetnych specjalistów od plansz tytułowych, gdyż sekwencje otwierające produkcję fantastycznie budują nastrój historii i nierozerwalnie się z nią wiążą. To następny opening po Grze o tron, Czystej krwi i Westworld, który na długo zapadnie mi w pamięci.

Niezwykły i intrygujący świat równoległy

Serial Mroczne materie opowiada nam historię, w którą trzeba się wgryźć, aby zrozumieć sens i zawiłości świata przedstawionego. Z jednej strony mamy dajmony, czyli zwierzęta odzwierciedlające ludzką duszę, a z drugiej tajemniczy Pył i Magisterium dążące do pełnej kontroli życia wszystkich mieszkańców krainy. Propozycja od HBO i BBC to z pewnością nie lada gratka dla fanów produkcji fantasy, która zapełni pustkę po tegorocznym finale Gry o tron. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. To też dobra zachęta do sięgnięcia po książkowy pierwowzór. Jeszcze przed emisją drugiego sezonu z pewnością zapoznam się z trylogią Philipa Pullmana. Wykreowany przez niego świat wciągnął mnie na całego. Już nawet wybrałam sobie własnego dajmona – byłaby nim śnieżna pantera.

Serial obejrzałam dzięki uprzejmości

podsumowanie

Ocena
8

Komentarz

Serialowa adaptacja „Mrocznych materii” to zrobiona z rozmachem oraz pieczołowitością produkcja fantasy. Jest niezwykłą gratką dla fanów książkowego pierwowzoru i lepiej opowiada historię niż film kinowy z 2007 roku. Doskonale dobrana obsada, a także sfera wizualna sprawiają, że nie można oderwać się od ekranu. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon i dalsze przygody Lyry.
Agnieszka Michalska
Agnieszka Michalska
Pasjonatka czarnej kawy i białej czekolady. Wielbicielka amerykańskich seriali i nienasycona czytelniczka książek, ale nie znosi romansów. Podróżuje rowerem i pisze fantastyczne powieści - innymi słowy architekt własnego życia.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu