Samotny mściciel. „Życzenie śmierci” – recenzja filmu

Opowieści o samotnych mścicielach, którzy biorą na siebie wymierzenie sprawiedliwości tam, gdzie zawodzi policja, mamy na pęczki. Pojawiają się w komiksach, filmach, książkach – to temat ograny na wszystkie sposoby. Gorzej może być tylko wtedy, gdy ktoś zabiera się nie tylko za znany motyw, ale robimy też remake jakiejś produkcji. Czy w takiej sytuacji jest w ogóle jakaś szansa na sukces?
Szanse zawsze są!

Życzenie śmierci jest właśnie remakiem amerykańskiego dramatu sensacyjnego z 1974 roku, który doczekał się aż czterech kontynuacji. W pierwotnym filmie głównym bohaterem był Paul Kersey, dobrze sytuowany architekt, mający wspaniałą rodzinę – cudowną żonę i kochającą córkę. Sielanka nie trwa jednak długo, protagonista w wyniku napadu traci bowiem małżonkę, a jego dziecko popada w chorobę psychiczną. Sfrustrowany bezradnością policji postanawia sam wymierzać sprawiedliwość, co nie do końca podoba się służbom mundurowym, które, jak doskonale wiemy, nieszczególnie przepadają za konkurencją. Na dodatek mającą na swoim koncie pewne sukcesy, bowiem na skutek działań głównego bohatera w mieście spada poziom przestępczości.

To Eli Roth zdecydował się na ponowne nakręcenie filmu z 1974 roku. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby tylko postanowił ugryźć temat z innej strony – przedstawił rozterki moralne głównego bohatera, może bardziej skupił się na podejściu prasy i niejednoznacznym postępowaniu Kerseya, który przecież obwołał się sędzią i katem bandziorów. Jeśli w jego filmie spodziewacie się właśnie takiego podejścia do oklepanego motywu, to srogo się zawiedziecie. Zmiany, jakie wprowadził Roth, są kosmetyczne: miejscem akcji jest Chicago, a nie Nowy Jork, główny bohater pracuje jako lekarz, a nie architekt, a jego córka zapada w śpiączkę, a nie popada w chorobę psychiczną.

Kadr z filmu „Życzenie śmierci”
Zmarnowany potencjał…

Oczywiście cała reszta fabuły jest identyczna jak ta w pierwowzorze – Kersey traci żonę, kilka tysięcy dolarów, jakieś drobiazgi ukradzione z domowego sejfu. Sfrustrowany bezradnością policji zdobywa broń i idzie w miasto, by na własną rękę wymierzać sprawiedliwość. Jest w tym nieporadny i na pierwszy rzut oka widać, że to amator – nie zwraca uwagi na tak istotne szczegóły, jak to, że zostawia swoje odciski palców (co, oczywiście, wcale się na nim nie mści, bo policja też nie grzeszy rozsądkiem) i fakt, iż jego tożsamość chroni wyłącznie naciągnięty kaptur. Owszem, Kersey to chirurg, więc w swojej karierze widział wiele trupów, wierzyć mi się jednak nie chce, że bez większych problemów przechodzi do porządku dziennego nad tym, iż zabił człowieka.

Grany przez Willisa lekarz nie wydaje się być szczególnie wiarygodną postacią – nie pomaga mu też zbycie problemu wzruszeniem ramion, gdy okazuje się, że jego naśladowca z innego miasta ginie, zabity przez bandziora mającego większe doświadczenie w posługiwaniu się bronią. Co ciekawe, trudno tu skomentować grę aktorską – właściwie jedynym wartym wspomnienia faktem okazuje się informacja, że Bruce Willis w końcu złapał w miarę przyzwoitą formę i nie wygląda jak ktoś, komu się skrajnie nie chce. Jeśli zaś chodzi o resztę obsady, to trudno tu cokolwiek stwierdzić, poza tym, że większość snuje się po ekranie niczym statyści, nie za bardzo mają bowiem co grać. Nawet para zajmujących się sprawą rabunku w domu Kerseya policjantów nie wnosi zbyt wiele do całej akcji.

Kadr z filmu „Życzenie śmierci”
… boli najbardziej!

Trudno powiedzieć, żeby Życzenie śmierci sprawdzało się jako film sensacyjny – fabuła nie trzyma widza w napięciu, intryga jest szyta tak grubymi nićmi, że nie sposób ich nie dostrzec, a relacje między postaciami właściwie się nie zmieniają. Jedynym plusem produkcji są sceny akcji, które wypadły bardzo przyzwoicie. Wielka szkoda, że większość z nich znalazła się w zwiastunie, nie mają więc szans zaskoczyć widza. Przyznam jednak, że momenty, gdy Kersey zabija swoje ofiary, zrobiły na mnie wrażenie – trudno nie oglądać z grymasem na twarzy chwil, gdy główny bohater torturuje jednego z bandziorów i to w sposób, w którym wykorzystuje swoją wiedzę z anatomii.

Właściwie moją największą bolączkę związaną z tą produkcją stanowi fakt, że absolutnie każda ważna dla fabuły scena znajduje się w zwiastunie. Jasne, ich kolejność została zmieniona, bez trudu jednak można sobie z tego złożyć całość fabuły i domyślić się nie tylko rozwinięcia niektórych wątków, ale też zakończenia filmu. Jeśli zatem czytacie tę recenzję przed wybraniem się do kina, a jeszcze nie widzieliście zapowiedzi, to wstrzymajcie się z obejrzeniem trailera – nic nie stracicie, a na pewno oszczędzicie sobie spoilerów.

 

 

Tytuł oryginalny:  Death Wish

Reżyseria: Eli Roth

Rok powstania: 2018

Czas trwania: 1 godzina 48 minut

 

 

Martyna Halbiniak

Martyna Halbiniak

Lubi twierdzić, że nie wpisuje się w schematy, łamie konwencje i jest jedyna w swoim rodzaju, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę otacza się ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Wyznaje zasadę, że czekolada nie pyta, ona rozumie, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kocha książki (chociaż zagina im rogi), kinomaniaczka i serialoholiczka, wciąż znajdująca czas na kolejne inicjatywy.

Komentarze

  • 14 kwietnia 2018 at 08:53
    Permalink

    Eli Roth to jeden z tych reżyserów, którzy przedwcześnie są wypaleni zawodowo. Ostatni jego dobry film to Hostel z… 2005 roku. Jednocześnie był to ostatni jego w pełni autorski pomysł. Reszta to średnio udane odgrzewane kotlety w tym remake Canibal Holocaust.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.