Crème de la crème. „Legends of Tomorrow” – recenzja 3. sezonu

-

Ten sezon seriali wchodzących w skład Arrowverse posiada swoje wzloty i upadki. Supergirl rozczarowuje, Arrow ma lepsze i gorsze epizody, The Flash okazał się, przynajmniej na tę chwilę,  ciekawszy od poprzedniej odsłony, a Legends of Tomorrow… Brak mi słów, by opisać trzeci sezon produkcji o przygodach misfits z superbohaterskiego świata The CW.

W tym momencie mogłabym zacząć układać pieśni pochwalne dla twórców serialu, chwalić ich pomysłowość, puszczanie oka do widza, znajomość popkultury (na pewno nie powierzchowną) czy kreację bohaterów. Wygłaszać peany na cześć ich błyskotliwości i umiejętności żonglowania różnego rodzaju motywami. Życzyć szczęścia, zdrowia i jeszcze większej ilości tak szalonych, ale chwytliwych koncepcji.

Wprawdzie Supergirl, The Flash i Arrow nie dobiegły jeszcze końca, ale już teraz mogę napisać następujące słowa – Legends of Tomorrow to najlepszy serial w tym sezonie Arrowverse. Każdy odcinek niósł ze sobą sporą dawkę humoru, niesamowitości, niekiedy absurdu (ale w dobrym tego słowa znaczeniu) oraz czystej, niefiltrowanej zabawy. Tutaj nie ma miejsca na wydumane i naciągane konflikty wewnętrzne, choć to nie oznacza, że obraz jest zwykłą papką dla mózgu, ani inwokacje do zagubionych dusz. Tu chodzi o dobrą akcję, mnóstwo nawiązań do popkultury i przede wszystkim o danie widzom tego, czego najbardziej potrzebują – bohaterów, których pokochają.

Zasada numer jeden – nie baw się czasem

Gdybyście kiedyś mieli możliwość podróżowania w czasie, choćby na pokładzie Waverider, zapamiętajcie sobie jedną ważną zasadę – pod żadnym pozorem nie można bawić się w zmienianie minionych wydarzeń. To może doprowadzić do nieodwracalnych zmian czy wystąpienia anachronizmów. Przekonały się o tym Legendy, gdy nagle trafiły do Los Angeles, po którym buszowały… dinozaury. Tak, dobrze widzicie, ich zabawy z czasem doprowadziły do pewnych zmian w naturalnym porządku rzeczy. Teraz trzeba to wszystko ponaprawiać, zanim Time Biuro zacznie im deptać po piętach. Ach, byłabym zapomniała, owa instytucja, pod przewodnictwem Ripa Huntera, także powstała przez działania naszych bohaterów. I zrobi wszystko, by pokrzyżować plany Legend.

Sara i jej ekipa z kolei próbuje powstrzymać Damiena Darhka i jego córeczkę – Norę przed wypuszczeniem na wolność demona demonów, nijakiego Mallusa. Brzmi skomplikowanie, prawda? Zasada jest jednak prosta – jeśli powstanie za dużo anachronizmów, wtedy zły zostanie uwolniony i podporządkuje sobie świat i czas. Dlatego lepiej, żeby pozostał, gdzie jest, co może umożliwić powstrzymanie Damiena i jego pociechy. Co jednak nie będzie łatwe, w końcu Darhk to nie byle jaki łotr – ma moce, demona na usługach, jest sprytny i wie, jak zaleźć protagonistom za skórę.


Zasada numer dwa – możesz spotkać swojego idola

Podróże w czasie mają to do siebie, że dają nam nielimitowany dostęp do różnych epok i okresów w dziejach świata. A to z kolei oznacza, iż możemy spotkać osobę, którą darzymy wielkim szacunkiem. W tym sezonie Legendy bratały się z Heleną Trojańską, Barackiem Obamą, Elvisem Presleyem, Czarnobrodym czy Juliuszem Cezarem. Były także dinozaury, wampiry, wikingowie oraz piraci.

Pojawił się nawet młody Dominator. Ten odcinek zdecydowanie należy do moich ulubionych, w nim to bowiem znajdziemy moc odwołań do klasycznego filmu Stevena Spielberga z 1982 roku. O jakiej produkcji mowa? Na pewno zgadliście, że o E.T. Tak, w jednym z odcinków Legends bohaterowie cofnęli się w czasie do młodzieńczych lat Raya Palmera. Okazało się bowiem, że ktoś go… zabił. I nie był to przedstawiciel innej cywilizacji, tylko… Zresztą, jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, koniecznie obejrzyjcie ten odcinek. Zwłaszcza jeżeli cenicie sobie popkulturowe odniesienia i chcecie przekonać się na własne oczy, jak dobry to był epizod.

A skoro o dobrych odcinkach mowa, to jeszcze jednym z tych najciekawszych z ciekawych, bo prawda jest taka, że co tydzień serwowano nam coś niesamowitego, wciągającego i uzależniającego, był ten, w którym Darhk family porwała Palmera. Interakcje Damiena, Raya i Nory wywoływały u mnie niekontrolowane napady śmiechu. Atom, jaki jest, wie każdy, kto ogląda ten serial – stawia sobie dobro innych ponad swoim własnym i często wpada przez to w poważne tarapaty. Tym razem też nie ma lekko, ale jego rozmówki z Damienem to jedne z najciekawszych momentów w całym sezonie.

Jedno jest pewne – twórcy wiedzą, jak nadać koloryt kreowanym przez siebie postaciom.

Pisałam wcześniej, o żonglowaniu znanymi z popkultury motywami. Legends of Tomorrow to istny tygiel, w którym znajdziemy mnóstwo odniesień do klasycznych filmów, seriali czy książek. Pisałam już o E.T., ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Każdy epizod to nowe zabawy popkulturą. Czego tu nie ma – mamy motyw opętania, freak show, Dnia Świstaka, a nawet zamianę ciał. Pewnym jest, że nie będziecie się nudzić!

Zasada numer trzy – pokochasz tych bohaterów

Twórcy bawiący się w piaskownicy Arrowverse doskonale wiedzą, jak kreować ciekawe i nietuzinkowe postaci, nie tylko protagonistów, ale i antagonistów. Przykłady? Damien Darhk – niby zły, nie powinno się go darzyć pozytywnymi uczuciami, a tak naprawdę nie wyobrażam sobie, bym miała wieszać na nim psy. Jest okrutny, ale także zabawny, z łatwością skręci komuś kark, jednak bezgranicznie kocha swoją córkę. Trudno nazwać go złym do szpiku kości, bo tli się w nim iskierka człowieczeństwa.

W tym sezonie twórcy postawili na nową odsłonę Leonarda Snarta – jeśli oglądaliście Arrowverse crossover, wiecie, że nowy Cold pochodzi z Earth-X i różni się od tego nam znanego. Po pierwsze, jest zabawniejszy, po drugie, bardziej bezpośredni, po trzecie, przeuroczy. Tak, napisałam to – Cold okazał się przeuroczy i mam wielką nadzieję, że ta odsłona postaci jeszcze powróci (mimo iż sam Wentworth Miller zarzeka się, że to koniec jego przygody z LOT, coś czuję, że jednak może zmienić zdanie).

Pamiętacie Wally’ego Westa? Tak, drugiego speedstera z The Flash. Otóż znalazł on swój kąt na pokładzie Waveridera. Pomaga Legendom w walce ze złem i idzie mu to całkiem sprawnie. Muszę napisać, że wreszcie pokazano jego zabawniejszą stronę, przestał mnie irytować, bo w produkcji o Allenie naprawdę miałam go dość, dał się polubić. Widać im dalej od Iris, tym lepiej sobie radzi.

Jednak największym „objawieniem” trzeciej części Legends… okazał się… ON. Jeden jedyny i najjedyńczy Constantine. Brawa dla The CW za to, że zauważyło potencjał tkwiący w tym charakterze, nie pozwoliło mu odejść w zapomnienie i dało więcej niż przysłowiowe pięć minut. Zapewne wiecie, że jakiś czas temu Constantine pojawił się w odcinku Arrow. Był to niezwykły epizod – dobry, wciągający i z potencjałem na kolejne historie. Tym razem łowca demonów w prochowcu zawitał do świata podróżników w czasie. I nic w tym dziwnego, skoro walczą z pomiotem szatana, muszą mieć po swojej stronie odpowiednia wyposażoną osobę (wiecie, krzyżyki, woda święcona, inkantacje i te sprawy). Tak, Matt Ryan i tym razem dał pokaz swojego aktorskiego kunsztu. Co więcej, nie pojawił się w jednym, a kilku epizodach i… To jeszcze nie koniec. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że czwarta odsłona Legends… da tej postaci o wiele większy czas antenowy.

Zasada numer cztery – będziesz chciał więcej

I więcej, i więcej, i więcej… Przyznaję się bez bicia, wpadłam w nałóg. Mogłabym tak jeszcze oglądać kolejne odcinki tego serialu, oczywiście o ile byłyby na tym samym wysokim poziomie. Zakończenie zwiększyło mój głód i nie wiem, jak wytrzymam do października.

Jedno jest pewne, trzeci sezon produkcji był naprawdę dobry – zabawny, z mnóstwem śmiesznych zwrotów akcji i przekomicznych dialogów. Świetnie się bawiłam przy jego oglądaniu i mam nadzieję, że kolejna odsłona będzie równie dobra co ta lub nawet lepsza (wiecie, dużo Constantine’a).

 

 

 

Tytuł oryginalny: Legends of Tomorrow

Twórcy: Glen Winter, Dermott Downs

Gatunek: Fantastyka, Superheroes

Monika Doerre
Dawno, dawno temu odkryła magię książek. Teraz jest dumnym książkoholikiem i nie wyobraża sobie dnia bez przeczytania przynajmniej kilku stron jakiejś historii. Później odkryła seriale (filmy już znała i kochała). I wpadła po uszy. Bo przecież wielką nieskończoną miłością można obdarzyć wiele światów, nieskończoną liczbę bohaterów i bohaterek.

Inne artykuły tego redaktora

4 komentarzy

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu