Diagnoza? „Avengers: Wojna bez granic” – recenzja filmu

Dziesięć lat temu Iron Man rozpoczął nową erę produkcji o facetach w trykotach, uświadamiając sporej części ludzi, że stworzono wielu superbohaterów. Bardzo wielu. Przez ten czas Marvel kilka razy potknął się, tworząc filmy przeciętne, jednak sukcesywnie parł do przodu, windując oczekiwania widzów na niebotyczne poziomy. Rodziło to obawy, że zeżre go jego własny sukces. Dzisiaj mamy już za sobą punkt kulminacyjny całej superbohaterskiej historii i nie przesadzę, stwierdzając, że Avengers: Wojna bez granic jest produkcją, na którą czekałam dekadę.
Dużo, szybko i z mocą!

Jeśli sądzicie, że dwie i pół godziny to za mało na to, by wprowadzić widza w akcję, przedstawić wszystkich bohaterów, poświęcić każdemu z nich kilka minut i jeszcze stworzyć wiarygodnego przeciwnika z sensowną motywacją, to macie rację – czasu nie jest dużo. Tego faktu wydają się  świadomi również i twórcy, którzy – i chwała im za to – decydują się założyć, że na dziewiętnastą produkcję ze stajni Marvela wybiorą się tylko ludzie doskonale znający przynajmniej większość poprzednich filmów. Nie ma tu zbędnego przedstawiania bohaterów, przypominania ich origin story i zarzucania fanów nadmiarem informacji. Powiem więcej, nie uświadczycie też zbyt długiego wstępu do historii.

Kadr z filmu „Avengers: Wojna bez granic”

Nie będę też szczególnie się rozwodzić nad fabułą, mam bowiem świadomość, że znacie jej ogólny zarys ze zwiastunów. Oto superbohaterowie w końcu muszą stawić czoła najpotężniejszemu z dotychczasowych przeciwników. Thanos postanawia wziąć losy wszechświata w swoje ręce, zaprowadzić wymyślony przez siebie ład, a gdy ciężka praca dobiegnie końca, usiąść i rozkoszować się spokojem. W tym celu potrzebuje wszystkich sześciu Kamieni Nieskończoności, a tak się składa, że dwa z nich znajdują się na Ziemi. Na skutek fabularnych przetasowań i decyzji podjętych we wcześniejszych filmach, w Wojnie bez granic zbiegają się losy wszystkich czołowych grup superbohaterów, Avengersów oraz Strażników Galaktyki, a także tych, którzy do tej pory nie należeli do żadnej z drużyn.

Nikt nie jest bezpieczny

Produkcja od razu rzuca nas na głęboką wodę – już na wstępie Thanos posiada jeden z Kamieni, by chwilę później zdobyć kolejny. Szybko przekonujemy się, że żadna z naszych ulubionych postaci nie będzie miała taryfy ulgowej, a śmierć zbierze swoje krwawe żniwo. Na szczęście nie samymi zgonami stoi Wojna bez granic – herosi działają w różnych konfiguracjach, nie raz stanowiących świetne podłoże do żartów i puszczenia oka do widza. Fenomenalnie na tym tle wypada spotkanie Thora ze Strażnikami Galaktyki, Iron Mana ze Star Lordem, drobny kryzys Hulka… i mogłabym tak wymieniać bez końca. Cudownie wychwytuje się to, co łączy poszczególnych bohaterów – bywa, że jest to cynizm, czasem przerost ego, ale nie zabraknie też tak przyziemnej cechy wspólnej jak fascynacja szeroko rozumianą popkulturą.

Kadr z filmu „Avengers: Wojna bez granic”

Bardzo dobrym sposobem na upchnięcie tak wielu postaci w, nie ukrywajmy, stosunkowo krótkim filmie było podzielenie ich na drużyny – dzięki temu każdy z herosów dostał swoje kilka minut, a my nie mamy wrażenia, że któryś z nich został potraktowany po macoszemu. Oczywiście wielkich nieobecnych nie brakuje, co fani, pomimo nagromadzenia bohaterów, wychwycą (kilku z nich doczeka się jednak wzmianki wyjaśniającej ten fakt), pojawią się też nowe postacie, debiutujące w ostatnich filmach Marvela, Wong, girl power prosto z Wakandy, ale również te, które przez jakiś czas mogliśmy oglądać wyłącznie w scenach po napisach.

Efekt „wow”!

Z ulgą przyznaję, że rozbudowana, wielowątkowa fabuła, w której trzeba znaleźć zadania dla takiej ilości postaci, okazała się zaskakująco spójna – decyzje bohaterów są logiczne, umotywowane tym, co do tej pory widzieliśmy na ekranie, zaś żaden ze znanych aktorów nie zszedł poniżej swojego poziomu. Jasne, pojawiają się pewne drobne zgrzyty, nie miałam jednak wrażenia, że któryś z wątków był nazbyt skrótowo przedstawiony albo nadmiernie rozwlekły. Zachowano równowagę pomiędzy humorem i powagą, znajdując czas na pogłębienie charakterystyki niektórych postaci – Thor przeżywa żałobę po wydarzeniach z ostatniego solowego filmu, zaś z racji tego, że Gamora i Thanos okazują się związani znacznie mocniej niż mogło nam się wydawać, również ich historia i relacja zostają nam przybliżone.

Kadr z filmu „Avengers: Wojna bez granic”

Avengers: Wojna bez granic to wielka naparzanka – władający magią stoją ramię w ramię z tymi, którzy wykorzystują bardziej konwencjonalną broń. To ogromne pole do popisu, które zostaje wykorzystane podczas choreografii walk. Świetnie sprawdza się połączenie sił, taktyk i umiejętności tak wielkiej rzeszy superbohaterów, dając fenomenalny rezultat, dodatkowo spotęgowany pracą kamery. Efekty specjalne zostały dopracowane i naprawdę trudno znaleźć w nich coś, do czego można by się było przyczepić – nie widać ani niedoróbek, ani nawet drobnostek, na które nie starczyło czasu. Z całym obrazem współgra ścieżka dźwiękowa, odpowiednio budując napięcie lub z krótkim wyprzedzeniem informując widza o tym, w jakim rejonie świata za sekundę zawitamy.

Co tu się…?!

Na wielkie brawa zasługuje Josh Brolin. Jego Thanos może w zwiastunie wygląda śmiesznie, jakby całą swoją grozę stracił w chwili, w której wstał z tronu, jednak w filmie czuć do niego respekt, a gdy pojawia się na ekranie, właściwie kradnie większość scen. Najważniejsza w jego postaci jest jednak jej wielowymiarowość – to nie kolejny złol, pragnący z chorych pobudek zniszczyć połowę wszechświata. Szalony Tytan ma misję i cel, a jego motywacje są w pewnym stopniu zrozumiałe – jasne, możemy się z nimi nie zgadzać, przedstawiono je jednak na tyle dobrze, że nie przypinamy im łatek z napisem „nielogiczne” i „pretekstowe”. Thanos posiada swoją głębię, a to co Brolin twierdził o jego zdolności do uczuć wyższych okazuje się prawdą.

Kadr z filmu „Avengers: Wojna bez granic”

Wspominałam już o tym, że żaden z superbohaterów nie może być pewny dnia ani godziny, a my do samego końca nie wiemy, kto przetrwa, a z kim przyjdzie nam się pożegnać. Śmierć zbiera swoje żniwo, a wraz ze znajomym naliczyliśmy aż szesnaście zgonów (przynajmniej postaci, które są nam znane z imienia), problem w tym, że o niektórych umierających bohaterach, właściwie dość istotnych dla całej fabuły, przypomnieliśmy sobie dopiero po chwili, bo te gdzieś w nadmiarze po prostu się zgubiły. Przyznaję też, że chociaż smutny koniec spotkał nawet tych lubianych przeze mnie, to trudno mi przejąć się ich losem i czuć złość, bo zostali wymazani z kart tej opowieści.

Kadr z filmu „Avengers: Wojna bez granic”

Avengers: Wojna bez granic skończyli się w momencie zamykającym pewien rozdział historii, z drugiej jednak strony mamy świadomość, że to nie wszystko – jeszcze wiele przed nami, więc wiele może się zdarzyć. Produkcja kończy się cliffhangerem, z jednej strony wiemy, kto został na placu boju, z drugiej musimy jednak poczekać do przyszłego roku, by dowiedzieć się, jakie kroki podejmą ci, którzy przetrwali, po jakie środki i rezerwy sięgną. W oczekiwaniu może odrobinę pomoże fakt, że już w tym roku zobaczymy kolejną produkcję z uniwersum Marvela: Ant-Man i Osa zagości na ekranach kin już w sierpniu, a w pierwszym kwartale przyszłego roku swoją premierę ma Kapitan Marvel. Może do tego czasu przetrwamy!

 

 

Tytuł oryginalny:  Avengers: Infinity War

Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo

Rok powstania: 2018

Czas trwania: 2 godziny 29 minut

Martyna Halbiniak

Martyna Halbiniak

Lubi twierdzić, że nie wpisuje się w schematy, łamie konwencje i jest jedyna w swoim rodzaju, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę otacza się ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Wyznaje zasadę, że czekolada nie pyta, ona rozumie, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kocha książki (chociaż zagina im rogi), kinomaniaczka i serialoholiczka, wciąż znajdująca czas na kolejne inicjatywy.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.