Oko za oko, ząb za ząb. „American Assassin” – recenzja filmu

Nie od dziś wiadomo, że z amerykańskimi chłopcami nie ma żartów – każdy, kto z takim zadrze, bardzo szybko pożałuje swojej niefrasobliwości. Gniewni. Mściwi. Zdesperowani. Zdecydowani. Takie przymiotniki przychodzą mi do głowy, gdy myślę o tym, jak przedstawiają ich kinowe produkcje. Czy American Assassin w jakikolwiek sposób odbiega od schematu? 
Młodzi gniewni, starzy wku… rzeni

Mitch (Dylan O’Brien) to młody, po uszy zakochany chłopak, który podczas romantycznych wakacji na Ibizie postanawia oświadczyć się swojej dziewczynie. Jego radość z pozytywnej odpowiedzi nie trwa jednak długo, ponieważ na plaży rozpętuje się piekło – uzbrojeni terroryści otwierają ogień do bezbronnych plażowiczów, wybijając ich ja spanikowane kaczki. Narzeczona ginie, a on sam zostaje poważnie ranny. Po tych wydarzeniach Mitch dochodzi do wniosku, że nie będzie czekał z założonymi rękami aż ktoś inny (na przykład specjalne jednostki) rozprawi się ze zorganizowaną grupą ekstremistów, tylko bierze sprawy w swoje ręce. Działania niewyszkolonego chłopaka okazują się na tyle skuteczne, że udaje mu się zinfiltrować islamskich terrorystów odpowiedzialnych za pamiętny zamach na plaży.

Kadr z filmu „American Assassin”

Oczywiście nie zrobił tego dla dobra ogółu, wręcz przeciwnie – pragnął pomścić śmierć narzeczonej. No dobra, odrobinę przesadziłam z tym niewyszkoleniem głównego bohatera – Mitch z zapałem uczęszcza na zajęcia sztuk walki, to stały bywalec strzelnicy, a na dodatek trenuje też w domu. Produkcja zaś sygnalizuje nam, że jest w tym dość dobry, ma jednak spore problemy z panowaniem nad emocjami, co zwykle przejawia się tym, że jak już zacznie kogoś okładać po twarzy, to niezwykle trudno mu przestać. Nie przeszkadza to jednak CIA, które widzi w nim idealny materiał na zabójcę, eliminującego niebezpiecznych ludzi.

Widziały gały, co brały

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że Mitch nie nadaje się do roli, którą przewiduje dla niego agencja – nie potrafi podporządkować się rozkazom, jego problemy z kontrolowaniem agresji też nie pomagają, a na dodatek działa, kierując się prywatnymi pobudkami i nie ma odpowiedniego wyszkolenia. W związku z ostatnim w oczy rzuca się jeden fakt – produkcja nie sygnalizuje, że od trafienia pod skrzydła doświadczonego zabójcy (Michael Keaton) minęło na tyle czasu, by coś w tej kwestii zmienić. Zresztą trudno oprzeć się wrażeniu, że „jakie CIA, taki agent”. Skoro odpowiednio zdeterminowany żółtodziób z laptopem dociera do grupy dżihadystów szybciej niż wyspecjalizowana do takiego działania jednostka, to wiadomo, że coś jest nie tak.

Kadr z filmu „American Assassin”

Wszystko sprowadza się do tego, że wiele wątków w American Assassin ma charakter czysto pretekstowy, mgliście i mało wiarygodnie tłumacząc motywację poszczególnych postaci. Nie dziwi więc fakt, że głównego antagonistę również napędza chęć zemsty – w końcu grany przez Keatona agent porzucił go na jakiejś misji, w efekcie skazując na tortury. Pewna mogłabym nawet zrozumieć, gdyby oczywistym nie było, że jeśli ktoś wpadnie w tarapaty, to sam musi się z nimi uporać, bo jednostka nie kiwnie palcem, żeby go uratować. W końcu trudno oczekiwać, by ktoś kładł na szali bezpieczeństwo wszystkich, byle tylko wyciągnąć z szamba jedną osobę.

Tu pogrzebano potencjał!

Potencjał był, ale się zbył. Niestety tak to jest, kiedy twórcy stoją okrakiem pomiędzy dwiema wizjami produkcji i ostatecznie nie potrafią się zdecydować na jedną, spójną wersję. W efekcie American Assassin nie jest ani dobrym thrillerem o działaniu rządowych agencji, ani oszałamiającym filmem akcji z porywającymi walkami, pościgami i strzelaninami. Oglądając go, nie poczujecie tego charakterystycznego dreszczyku emocji, towarzyszącego niepewności o przyszłość bohaterów. Będzie wam zupełnie obojętne czy przeżyją, czy nie, a warto dodać, że tutaj giną nawet doświadczeni agenci, bo spartaczyli akcję jak żółtodzioby.

Kadr z filmu „American Assassin”

Aktorsko jest średnio. Sam Keaton nie wystarczy, by obronić produkcję, zwłaszcza że i on nie ma możliwości wspięcia się na wyżyny swoich umiejętności. American Assassin nie daje szans na rozwinięcie skrzydeł, a schematycznie napisane postacie są jedną z jego słabszych stron. O dziwo, oglądanie go nie sprawiło, że miałam poczucie zmarnowanego czasu wywołanego głupotą produkcji. To jeden z tych filmów, które, poszatkowane reklamami, wylądują w telewizyjnej ramówce, przyciągając przed ekrany rzesze widzów. Zapewnią odbiorcom przyjemny wieczór, o ile ci, w trakcie półgodzinnych przerw, nie zapomną, co w ogóle widzieli.

 

 

Tytuł oryginalny:  American Assassin

Reżyseria: Michael Cuesta

Rok powstania: 2017

Czas trwania: 1 godzina 51 minut

 

 


Film obejrzeliśmy dzięki uprzejmości

 

Martyna Halbiniak

Martyna Halbiniak

Lubi twierdzić, że nie wpisuje się w schematy, łamie konwencje i jest jedyna w swoim rodzaju, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę otacza się ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Wyznaje zasadę, że czekolada nie pyta, ona rozumie, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kocha książki (chociaż zagina im rogi), kinomaniaczka i serialoholiczka, wciąż znajdująca czas na kolejne inicjatywy.

Komentarze

  • Agata
    27 kwietnia 2018 o 22:38

    Uświadomiłaś mi właśnie, że chociaż obejrzałam ten film dwa razy (dla rozrywki), to ni w ząb nie pamiętam finału O.o

    Odpowiedz
    • 29 kwietnia 2018 o 20:59

      Kiedy o tym napisałaś, to uświadomiłam sobie, że też go już nie pamiętam… i dłuższą chwilę próbowałam sobie przypomnieć co tam się stało xD

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.