Żyjąc z duchami. „Wciąż cię widzę” – recenzja filmu DVD

-

Kiedy umiera ci członek rodziny, pogrążasz się w smutku i rozpaczy. Strata drugiej osoby bardzo boli i jeszcze przez długi czas nie możesz pogodzić się z faktem, że już nigdy jej nie zobaczysz. A co, gdyby było to możliwe? Daniel Waters w swojej powieści Wciąż cię widzę stworzył świat, w którym widma zmarłych krążące pośród żywych są na porządku dziennym. Oczywiście najpierw musiała nastąpić „apokalipsa”. Jednak o tym nieco później. Scott Speer, odpowiedzialny między innymi za takie filmy, jak Step Up 4 Revolution (2012), W blasku nocy (2018) czy serial Krzyk (2015), zobaczył potencjał drzemiący w historii opowiedzianej przez Watersa i postanowił przenieść opowieść na duży ekran. Z jakim skutkiem? Przekonacie się z tej recenzji.
Żegnaj i witaj tato

Na Ziemi miało miejsce tajemnicze Wydarzenie, na skutek którego zginęło wielu ludzi i pojawiły się duchy zmarłych. Owe zjawy w żaden sposób nie ingerują w codzienność żyjących osób – są jakby widem przeszłości, jako że ukazują się regularnie, wykonując określone czynności, więc z biegiem lat wszyscy przyzwyczaili się do takiego stanu rzeczy. Tamtego pamiętnego dnia Veronica Calder (Bella Thorne) straciła ojca i teraz jego duch (w roli Pana Caldera wystąpił Shaun Benson) pojawia się co rano w kuchni, popijając spokojnie kawę, czytając gazetę i uśmiechając się do córki, jak gdyby do niczego nie doszło. Z biegiem czasu dziewczyna zaczyna zauważać jednak pewne zmiany. Najpierw dochodzi do wniosku, że codziennie pojawia się coraz więcej widm, aż w końcu nawiedza ją niespodziewany gość, który zdaje się ostrzegać Veronicę przed pewnym niebezpieczeństwem. Nastolatka wraz z kolegą z klasy, Kirkiem (Richard Hormon), próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczego Wydarzenia, jednocześnie rozpoczynając desperacki wyścig z czasem, aby zatrzymać mordercę czyhającego na jej życie.

Kadr z filmu „Wciąż cię widzę”

Oni są wśród nas

Sam film nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia. Przede wszystkim bohaterowie zostali spłyceni i wiele wątków z ich życia nie ukazano bądź też do końca wyjaśniono, przez co niejako nie da się utożsamić z żadną postacią. Widocznie Scott Speer bardziej skupił się na wyeksponowaniu samej historii. Mogę jednak z całą pewnością pochwalić grę aktorską Belli Thorne, której występ niedawno podziwiałam w serialu Famous in Love. Jako Veronica Calder wypadła naprawdę przekonująco, a styl gotki niezmiernie pasuje do jej wyglądu. I chociaż przypadła jej rola niezmiernie irytującej nastolatki (w wersji książkowej bohaterka była równie nieznośna), to jakoś da się wytrzymać do końca filmu. Równie dobrze w produkcji wypadł Richard Harmon, chyba najbardziej kojarzony z The 100. Tym razem wcielił się w tajemniczego chłopaka, zdającego się wiedzieć więcej na temat Wydarzenia, niż jest skłonny się tym podzielić z Veronicą. Ten aktor idealnie sprawdza się w obrazach postapokaliptycznych. W swojej książce Daniel Waters poświęcił trochę czasu matce głównej bohaterki, bardzo zagubionej i pogrążonej w żałobie kobiecie. W filmie jednak kompletnie pominięto problem, jakim jest przedstawienie utarty bliskiej osoby i niemożliwości pogodzenia się z nią.

Nie zachwyca strona techniczna produkcji. Efekty specjalnie wydają się zrobione na szybko i jak najmniejszym kosztem. Spodziewałam się, że duchy będą wywoływać jakiś dreszczyk emocji, a niektóre sceny zahaczą wręcz o kino grozy. Niestety, wiało nudą i tandetą. Właściwie jedyne, co wypada w filmie na plus, to co prawda szczątkowe, ale jednak istniejące retrospekcje dotyczące Wydarzenia. Nie do końca została wyjaśniona przyczyna samego zjawiska,  aczkolwiek wiele można się samemu domyślić. Niezłym zabiegiem jest też ostatnia scena, a konkretnie finałowe ujęcie sugerujące kontynuację historii, a na pewno zachęcenie widza do snucia własnych przypuszczeń. Problem w tym, że gdyby miał powstać sequel, raczej niewiele osób się nim zainteresuje.


Kadr z filmu „Wciąż cię widzę”

Co za dużo, to niezdrowo

Wciąż cię widzę miałam okazję obejrzeć w wydaniu na DVD, które jest pozbawione jakichkolwiek materiałów dodatkowych. Wielka szkoda, bo mógłby się tam na przykład znaleźć komentarz autora książki odnośnie adaptacji filmowej, na co w sumie nawet liczyłam. Jednak narzekam na jakość obrazu, bo jest zadowalająca i pozwala w pełni cieszyć się widowiskiem.

Filmów postapokaliptycznych jest jak na pęczki, więc jeżeli macie w zanadrzu inne produkcje tego typu, to odpuście sobie ten tytuł. Chyba że akurat naszła was ochota na niezobowiązujący seans w weekendowy wieczór, który nie wymaga od widza jakiegoś większego zaangażowania w historię, to jak najbardziej polecam.

 

Tytuł oryginalny: I Still See You

Reżyseria: Scott Speer

Rok powstania: 2018

Czas trwania: 1 godzina 34 minuty

Agnieszka Michalska
Pasjonatka czarnej kawy i białej czekolady. Wielbicielka amerykańskich seriali i nienasycona czytelniczka książek, ale nie znosi romansów. Podróżuje rowerem i pisze fantastyczne powieści - innymi słowy architekt własnego życia.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu