Zostać czy uciekać? „IO” – recenzja filmu

-

Netflix traktuje swój dział sci-fi bardzo poważnie, co jakiś czas wypuszczając nową produkcję, sygnowaną charakterystycznym, czerwonym logiem. Platforma oferuje dość spory wybór jeśli chodzi o ten gatunek, serwując filmy i seriale dla różnych grup wiekowych czy fanów konkretnych podgatunków. Na produkcje są przeznaczane coraz większe budżety, w dziełach zaczynają pojawiać się bardziej rozpoznawalni aktorzy. Pieniądze to jednak nie zawsze klucz do sukcesu, a różnorodność podejmowanych tematów powoduje wahania jakości tworzonych produkcji – jak w tym wszystkim odnajduje się IO?
Zniszczyliśmy świat (znowu)

Koncepcja dramatu sci-fi, jakim jest IO Jonathana Helperta, nie grzeszy oryginalnością: Ziemia została zanieczyszczona przez ludzi w stopniu uniemożliwiającym życie. Powietrze stało się trujące, więc ludzkość zgodnie stwierdziła, że pora poszukać nowego domu. Cóż, prawie zgodnie: część naukowców postanawia zostać na powierzchni planety by pracować nad jej uzdrowieniem, a w tym czasie reszta naszego gatunku przeczeka zamieszanie na stacji kosmicznej krążącej wokół tytułowego Io, jednego z księżyców Saturna. Kilka lat (bądź kilkanaście – chronologia w tym filmie to zagadka), po tak zwanym „Exodusie” ludzi, poznajemy dziewczynę o imieniu Sam, samotnie prowadzącą badania w opuszczonym obserwatorium na szczycie wzgórza. Na szczęście jej odosobnienie przerywa przybycie balonu – jego właściciel, niedoszły nauczyciel Micah, zmierza na ostatni prom w kierunku Saturna. Najpierw jednak chciałby się spotkać z pewnym naukowcem.

Kadr z filmu

Bo do tanga…

Filmy, które w całości opierają się na grze tylko jednego aktora, są bardzo trudne w swej budowie, zarówno dla artystów, jak i ekipy produkcyjnej. Jeśli jednak zostaną zrealizowane profesjonalnie, powstaje dzieło pokroju Cast Away z Tomem Hanksem. Z założenia para bohaterów powinna poradzić sobie lepiej – mogą przecież oprzeć część roli na swym partnerze. I choć nie zawsze wypada to idealnie, wspomniany rodzaj współpracy potrafi być ciekawym motywem, także w sci-fi (na przykład Passengers Mortena Tylduma). Niestety w IO nie działa żadna z tych opcji. Podczas pierwszych trzydziestu minut filmu widzimy na ekranie jedynie grającą Sam Margaret Qualley. Przez ten czas nie wnosi ona jednak praktycznie nic do kreacji własnej postaci – po prostu jest. Z początku stara się być niczym Will Smith w Jestem Legendą – samotnie eksplorując zniszczone miasto, zbierając potrzebne jej rzeczy. Wraca do swej bazy, prowadzi badania, naprawia sprzęt, uprawia warzywa, hoduje pszczoły. Nie ma w tym jednak żadnego napięcia, stresu, zagrożenia. Ponadto młoda Sam sprawia wrażenie, iż sama powoduje część kłopotów: zapomniała o butli z tlenem, nie zabezpieczyła odpowiednio obserwatorium przed burzą… Mógłbym spróbować zrzucić to na karb jej wieku – choć nie znamy go dokładnie, bohaterka jest kreowana na nastolatkę (mam nadzieję, że Sam ma przynajmniej szesnaście lat, ale o tym potem). Mimo to widz ma prawo spodziewać po osobie pozostającej w dłuższym odosobnieniu w tak nieprzyjemnym środowisku odrobinę większej ilości rozwagi i odpowiedzialności. Sam pozostaje jednak nastolatką, a nie jest to film o pierwszej miłości uczennicy do nauczyciela. A może jednak?

Kadr z filmu


…trzeba dwojga

Gdy Sam zaczyna mieć dość otaczającego świata, pojawia się odmiana – z wizytą swym balonem wpada Micah, grany przez Anthony’ego Mackiego. Zmierza on na ostatni prom odlatujący z Ziemi, wcześniej jednak chce porozmawiać z ojcem Sam, słynnym orędownikiem walki o planetę. Rodzi się jednakże jeden problem: Mackie nie potrafi przestać być członkiem Avengers. Wciąż zachowuje się jak Falcon Marvela – porusza się sztywno jak żołnierz (miał być nauczycielem), a zamiast mówić, częściej wydaje rozkazy. Widać, że scenarzyści próbowali zrobić coś z tym fantem, każąc mu cytować Platona, opowiadać o greckich mitach czy o swej rodzinie. Nie zdaje się to jednak na wiele – aczkolwiek muszę szczerze przyznać, że postać, którą wykreował, ma o wiele więcej sensu niż często pozbawiona logiki w swych działaniach Sam. Jedyna para aktorów poznaje się jednak bliżej i, w mojej ocenie, zdecydowanie za blisko. Nie rozumiem, kto stwierdził, iż wątek romansu pomiędzy nastolatką (powtarzam – mam nadzieję, że jest pełnoletnia) a nauczycielem w filmie o zagładzie planety to dobry pomysł. I o ile spontaniczny pocałunek jestem jeszcze w stanie zrozumieć, to spoglądnie na Sam pod prysznicem można było sobie darować. Jedna z ostatnich scen daje nam w dodatku do zrozumienia, że w pewnym momencie doszło do czegoś więcej. Ale żebyśmy się źle nie zrozumieli – wątek romansu w filmie sci-fi jest rzeczą naturalną. Z tym, że Jonathan Helpert nie wie do końca, do jakiego gatunku ma należeć jego najnowsze dzieło.

Kadr z filmu

Ale czasem to za mało

Od samego początku widać w tym tytule mocny przekaz proekologiczny – wielokrotnie jest powtarzane, że to ludzie zawinili, a planeta chce tylko „wyzdrowieć”. Po drodze dołącza jeszcze wątek dorastania, samotności, dramatu rodzinnego, pierwszej miłości, poświęcenia, straty, hipotetycznego oszustwa, nawet morderstwa… By wyliczyć choćby najważniejsze błędy i dziury w scenariuszu musiałbym jednak zdradzić szczegóły fabuły – przyznam po prostu, że porównanie do sera szwajcarskiego jest tu jak najbardziej na miejscu. Jeśli widz chciałby określić przynależność podgatunkową tego filmu, może mieć z tym spory problem. Przez dwie trzecie czasu dzieje się bardzo niewiele, by potem, w ostatnich 15 minutach, ogłuszyć widza akcją. Choć może „ogłuszyć” to złe słowo – scenariusz sprawdził się w dziewięćdziesięciu procentach z moimi przewidywaniami po obejrzeniu trailera. Kolejnym dowodem na kryzys tożsamości jest tytuł – w dniu premiery było to po prostu IO. Kilka dni później, w polskiej dystrybucji, pojawił się jako Cel: IO, by ostatecznie stać się IO: Ostatnia na Ziemi. To tak, jakby ktoś do końca nie był pewny, o czym jest ten film.

Szukając plusów

Zaletą tej produkcji jest właściwie jedynie scenografia: sceny są zrealizowane w klimatycznych miejscach, prawidłowo zbudowanych od podstaw, bądź też gotowych lokacjach (na przykład znajdujące się na południu Francji obserwatorium). Ale u Netflixa to przecież norma. Nie istnieje tu coś takiego, jak soundtrack – dwukrotne wykorzystano utwór Nocturne Chopina – plus za klasykę, ale poza tym cała oprawa dźwiękowa to pojedyncze uderzenia w klawisze fortepianu. Montaż łączy sceny dość poprawnie, ale wprowadza zamieszanie w chronologii wydarzeń – często nie byłem w stanie określić, po jakim czasie dane sceny następują po sobie. A to tylko pogłębiało trudność w odbiorze fabuły.

 



Tytuł oryginalny:
 Io

Reżyseria: Jonathan Helpert

Rok: 2019

Czas trwania: 1 godzina 36 minut

Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu