Witajcie w mieście dziwactw. „The Sinking City” – recenzja gry

-

W zeszłym roku miałam okazję zagrać w Call of Cthulhu od Cyanide opartą na twórczości H.P. Lovecrafta. Tytuł zachwycił mnie przede wszystkim swoją urzekającą grafiką, świetnie rozpisaną fabułą i rewelacyjnym klimatem. I wtedy zastanowiło mnie jedno: dlaczego twórcy gier wideo tak czerpią pomysły z mitologii Cthulhu? Przecież jest to świetny materiał na wiele niezapomnianych rozgrywek, gdzie można popisać się dużą swobodną artystyczną. Podczas ogrywania The Sinking City uświadomiłam sobie, że aby stworzyć taką produkcję, trzeba dysponować dużym budżetem i posiadać w swoich szeregach kompetentnych ludzi na poszczególnych stanowiskach. A tego zabrakło w omawianym tytule.

The Sinking City już od pierwszej zapowiedzi bardzo mnie zaintrygowało. Wszakże gra jest oparta na wspomnianej wyżej mitologii Cthulhu, więc ukraińskie studio Frogwares miało szerokie pole do popisu. Niestety, twórcy serii klasycznych gier o Sherlocku Holmesie nie poradzili sobie z nowym dla nich tematem i formułą rozgrywki. Aczkolwiek, pomimo różnych wpadek, szczególnie tych natury technicznej, tytuł broni się jako solidna przygodówka detektywistyczna w oparach horroru.

Materiały prasowe
Witajcie w Oakmont!

W The Sinking City wcielamy się w prywatnego detektywa Charlesa Reeda, a akcja gry zabiera nas do lat 20. XX wieku. Wraz z protagonistą przybywamy do rybackiego miasteczka Oakmont, szukając wyjaśnienia dziwnych, niepokojących i przerażających snów oraz wizji na jawie, które od pewnego czasu dręczą bohatera, a także wielu Amerykanów. Na miejscu otrzymujemy pierwsze zlecenie. Naszym zadaniem jest odnalezienie syna wpływowego polityka. Zarówno jego zaginięcie, jak i innych członków podwodnej ekspedycji, ma coś wspólnego z tajemniczymi zjawiskami wspomnianymi wcześniej, a to zaledwie czubek góry lodowej. Bowiem Oakmont zamieszkują trzy wielkie rody, które nie pałają do siebie zbyt wielką sympatią. Charles Reed musi uważać na każde słowo, gdyż jedno źle wypowiedziane, może ponieść za sobą wiele konsekwencji. Gdyby tego było mało, po ulicach miasteczka krążą groźne stwory morskie, a życiu tubylców zagrażają tajemnicze siły.

Materiały prasowe
Detektyw na miarę Sherlocka Holmesa

The Sinking City może pochwalić się wciągającą i pełną zwrotów akcji historią, gęstą atmosferą tytułowego Tonącego Miasta oraz tym, że potrafi trzymać w napięciu. Dostaliśmy także otwarty świat, w którym nie jesteśmy prowadzeni „za rączkę”, a kolejne posunięcia musimy wydedukować sami na podstawie najróżniejszych przesłanek. Podczas rozgrywki przemieszczamy się pieszo lub łodzią po siedmiu podtopionych dzielnicach Oakmont (odblokowując tym samym system szybkiej podróży), przesłuchujemy NPC-ów, zbieramy dowody z miejsc zbrodni, eksplorujemy jaskinie w skafandrze, podejmujemy wiele decyzji dotyczących losów postaci drugo- i trzecioplanowych, łącząc ze sobą fakty niczym w grach z Sherlockiem Holmesem. Odwiedzamy bibliotekę, tutejszą gazetę czy policję. Wszędzie podejmujemy samodzielnie decyzje, a fabuła została poprowadzona w taki sposób, że nigdy nie będziemy do końca pewni, czy postąpiliśmy słusznie.

Materiały prasowe

Znacznie gorzej wypadają misje poboczne. Mam wrażenie, że większość z nich została zrobiona tylko po to, aby wydłużyć rozgrywkę. Niby dopowiadają jakąś nową historię, ale w znacznym stopniu opierają się na tym samym, nudnym schemacie, czyli znajdujemy czasami jakieś dokumenty, albo odwiedzamy poszczególne miejsce, w celu zabicia/odnalezienia/aktywowania czegoś, po czym wracamy po nagrodę. Wiąże się to oczywiście z bieganiem, walką, co nie daje w ogóle satysfakcji. Na szczęście nie musimy przechodzić misji pobocznych, aby ukończyć grę, więc bez większych wyrzutów sumienia można sobie je po prostu odpuścić.

Materiały prasowe
Brzydkie dziwactwa

Słabych punktów The Sinking City znajdziemy tutaj jak na lekarstwo. Zacznę od warstwy artystycznej. Z jednej strony mamy amerykańską architekturę z początku XX wieku, stonowaną kolorystykę, charakterystyczne uliczki pełne wulgarnych prostytutek i pijaków, gnijące doki, podniszczone fabryki, opustoszałe (a niekiedy skąpane w nocnym deszczu) kościoły. To wszystko tworzy świetną atmosferę mrocznej przygody. Jednakże na każdym kroku razi niewielka liczba detali i bardzo słabe tekstury. Czasem to pomaga w kreowaniu mrocznego klimatu, ale najczęściej kłuje w oczy. Tonące Miasto to także istny festiwal graficznego kopiuj-wklej. Każde mieszkanie wygląda tak samo, a najbardziej bolą identyczne twarze bohaterów niezależnych, z którymi przychodzi nam rozmawiać. Przykładem może być spotkanie z wróżką, następnie udajemy się do innej lokalizacji, gdzie ta sama kobieta jest recepcjonistką, albo pielęgniarką, lub pracuje w redakcji gazety. Natomiast filmiki z mało satysfakcjonującymi zakończeniami trwają zaledwie kilka sekund.


Materiały prasowe

Jeżeli powyższe błędy można wytłumaczyć brakiem czasu lub środków, to zastanawia mnie jedno: nasz bohater ma do dyspozycji całą szafę eleganckich ubrań do odblokowania podczas rozgrywki w ramach DLC. Jak na mój gust, to wyrzucone pieniądze w błoto, zwłaszcza że wystrojony detektyw na ulicach zatęchłego, podtopionego miasta wygląda, jakby przybłąkał się tam z innej gry. Zamiast skupić się na prezentacji protagonisty, może twórcy powinni bardziej przyłożyć się do grafiki samej rozgrywki. To samo tyczy się arsenału Charlesa Reeda, bowiem nie jest on zwykłym detektywem z Bostonu. Jego wyposażenie mogłoby zawstydzić niejednego bohatera serii Far Car. Strzelba, pistolety, automat, łopata, granaty, koktajle Mołotowa, najróżniejszego typu pułapki… Wszystko po to, aby zabić kilka stworów, które napatoczą się nam podczas prowadzonego śledztwa. A same starcia nie przynoszą żadnych przyjemności i walczy się głównie z konieczności.

Materiały prasowe
Sąd ostateczny

Klimat The Sinking City potęgują liczne nawiązania do twórczości H.P. Lovecrafta. Najnowsza produkcja Fogwares powinna przede wszystkim przypaść do gustu fanom detektywistycznych przygodówek w stylu Sherlocka Holmesa czy Murdered: Soul Suspcet oraz miłośnikom twórczości wspomnianego autora. Osobiście bardzo nastawiłam się na ten tytuł, a otrzymałam dosyć przeciętny produkt. Sama rozgrywka wygląda topornie, ale ciekawie poprowadzona fabuła wciągnęła mnie do tego stopnia, że ukończyłam grę w niecałe osiemnaście godzin, wykonując wszystkie misje fabularne i kilka pobocznych. Na pewno The Sinking City jest do polecenia, ale bardziej w przyszłości, za nieco niższą cenę.

  • Ciekawa fabuła,
  • Liczne nawiązania do twórczości Lovecrafta,
  • Trudne wybory,
  • Wątki detektywistyczne,
  • Architektura miasta jako całości.

 

  • Powtarzalne lokalizacje,
  • Wygląd bohaterów niezależnych,
  • Nudne zadania poboczne,
  • Niesatysfakcjonujące starcia z wrogami.

podsumowanie

Ocena
7

Komentarz

Pomimo nieco szpetnej strony graficznej i czasami nieprzyjemnej dla ucha ścieżki dźwiękowej, kilkanaście godzin z grą minęło mi całkiem przyjemnie. Zawdzięczam to jedynie ciekawie poprowadzonej historii i licznym nawiązaniom do twórczości H.P. Lovecrafta, które odkrywałam z wielką radością.
Agnieszka Michalska
Pasjonatka czarnej kawy i białej czekolady. Wielbicielka amerykańskich seriali i nienasycona czytelniczka książek, ale nie znosi romansów. Podróżuje rowerem i pisze fantastyczne powieści - innymi słowy architekt własnego życia.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu