Rybka z uczuciami. „Syrena” – recenzja serialu

Zwiastuny serialu zapowiadały całkiem niezłą opowieść, pełną zwrotów akcji i tajemnic, utrzymaną w mrocznym klimacie. Stacja HBO chciała wprowadzić na rynek intrygującą historię o mitycznych stworzeniach, jakimi są syreny, jednak czy udało jej się osiągnąć zamierzony efekt?
Duża, zła rybcia

Twórcy serialu nie wykreowali zbyt oryginalnej postaci syreny. Postawili na to, co znane i sztampowe. Mamy więc kobietę z ogonem, z krwiożerczymi zapędami, przepełnioną nienawiścią do ludzi. Później, bo jakżeby inaczej, zaczyna ona przebywać wśród ludzi i czuć do nich coś więcej niż tylko pogardę. Dostrzega, że ci są w stanie być dobrzy, czuli i pomocni. Dean White i  Brad Luff nie zapomnieli również dodać banalnego wątku romantycznego rodzącego się pomiędzy głównymi bohaterami – no przecież jak można zrobić dobry serial, omijając romans?! (Tak ironizuję. Pewnie odrobinę za bardzo, ale chcę oddać paradoks Syreny). Aaaaa…. Zapomniałam jeszcze dodać, że pojawia także motyw syreniego śpiewu i… niestety podobnie jak w przypadku postaci mieszkanki wód, twórcy i przy tym wątku nie wysilili się.

Kadr z serialu „Syrena”
Zeżryj go – przynajmniej będzie spokój

Naprawdę liczyłam na ten serial. Myślałam, że w końcu trafię na niesztampową produkcję, która „wbije mnie w fotel”, zaintryguje fabułą, a spotkało mnie bardzo wielkie rozczarowanie. Syrena wydawała się mieć potencjał, ale każdy kolejny odcinek tylko utwierdzał w przekonaniu, że wrażenia mogą być mylne. W głowie notorycznie przewijała mi się myśl, że gdyby syreny uczyniły sobie jedzonko z bohaterów, to przynajmniej coś by się działo (ten moment, kiedy Szczęki weszły za mocno…), a tak… często musiałam powstrzymywać się przed przyśnięciem, gdyż akcja niemiłosiernie się wlekła. Prawdę powiedziawszy tylko nieliczne sceny zasługiwały na uwagę i myślę, że gdyby je zliczyć, spokojnie zmieściłyby się w jednym odcinku.

Kusicielka morska w roli domowego zwierzątka

Niestety, ale oglądając Syrenę, miałam wrażenie, że twórcy postanowili pokazać, jak „oswoić” dziką istotę i ją udomowić. Ta koncepcja zdecydowanie mi się nie spodobała. W zwiastunie zęby, pazury, kreowanie morskiego stworzenia na niebezpieczne, a kiedy przyszło co do czego, dostaliśmy kanapowego pupilka… Jasne, rozumiem, że Dean White i  Brad Luff prawdopodobnie chcieli pokazać, jak ważna jest kwestia tolerancji i dialogu oraz to, że istoty obdarzone ogonem nie muszą być wyłącznie bezwzględnymi mordercami wabiącymi biednych marynarzy swoim śpiewem i sprowadzającymi na nich niechybną śmierć, ale mogli zrobić to jakoś inaczej. Syreny zatraciły w pewien sposób swój dawny urok, bo odarto je z mityczności.

Kadr z serialu „Syrena”
Zaśpiewaj mi

Ścieżka dźwiękowa to coś, co podobało mi się zdecydowanie najbardziej. Twórcy serialu trafnie dopasowali utwory do klimatu oraz emocji bohaterów.

Nie mam również zastrzeżeń do samego kadrowania oraz efektów specjalnych. Do gustu przypadły mi ciemne ujęcia oraz sposób prowadzenia kamery. Bardzo fajne zdjęcia, ale to już głównie krajobraz robi robotę. Brawa dla twórców za to, że przynajmniej potrafili wybrać ciekawe miejsce.

Jeśli zaś chodzi o grę aktorską, to tu niestety nie było już tak kolorowo. Zdecydowanie najlepiej spisała się Eline Powell wcielająca się w rolę głównej bohaterki – syreny Ryn. Aktorka nie miała zbyt wielu kwestii, ale potrafiła odzwierciedlić emocje targające jej postacią. Na uwagę zasługuje jeszcze Rena Owen – sklepikarka skrywająca mroczny sekret. To właściwie tyle, jeśli chodzi o chwalenie aktorów. Pozostali wypadli przeciętnie. Alex Roe irytował swoją wiecznie skonsternowaną i zmartwioną miną, ale udało mu się trochę „dowyglądać” (jednak wiecie, tu to już pojawia się kwestia osobistych preferencji).

Woda, woda i jeszcze więcej wody

Nie wiem już, czy to wina aktorów, że nie udało im się obronić postaci, czy raczej okropnego scenariusza. Twórcy serialu postawili na banalne rozwiązania, nie przejęli się napisaniem porządnych dialogów, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że zamiast klimatycznego dramatu fantasy, widzowie otrzymali nadętą produkcję, która jest nafaszerowana absurdalnymi rozwiązaniami. Tak naprawdę można było ten serial skończyć w połowie sezonu. Skondensować wątki, wyrzucić te, które niepotrzebnie rozciągały opowieść i powodowały zwolnienie akcji, ale nie… przecież najbardziej liczą się kasa i biznes. Mieliśmy bezsensowne przeciąganie historii i melodramatyczne zakończenie… (U mnie osobiście spowodowało wybuch śmiechu.) Aha, nie napisałam wam jeszcze, że powstanie drugi sezon tego dziwnego tworu. Po co?

Kadr z serialu „Syrena”
Gul, gul… tonę

Niestety, ale z każdym kolejnym odcinkiem odnosiłam wrażenie, że coraz bardziej zagłębiam się w morską toń i już nie będzie dla mnie ratunku. Dean White i  Brad Luff stworzyli niedopracowaną opowieść o kobiecie-rybie, która owszem, miała potencjał, ale zginął on gdzieś na samym początku tworzenia scenariusza.  Syrena jest pełna niepotrzebnych bubli fabularnych. Niby z pozoru wszystko wydaje się na miejscu, ale kiedy widz zaczyna bardziej myśleć o serialu i się w niego zagłębiać (myśleć o fabule, kreacji postaci, historii), to w głowie pojawia się ostrzeżenie i znak: „NIE! NIE RÓB SOBIE TEGO! NIE OGLĄDAJ!” Niestety w produkcji znalazłam więcej minusów niż plusów. Co będzie dalej? Mam nadzieję, że nie gorzej niż w pierwszym sezonie.

Film obejrzałam dzięki uprzejmości

Patrycja Jankowska

Patrycja Jankowska

Dnie spędzam z nosem w książkach (zdecydowanie nie naukowych, a powinnam, bo oddech magisterki czuję na karku), które, jak to pięknie ujęła Monika, „osnuwają mnie delikatną mgiełką literackiej przygody”. Ponoć wiedźma – z pewnością charakterologiczna! Książki, psy, siatkówkę i góry kocham całym serduchem! W wolnym czasie łażę z aparatem gdzie się tylko da i skrobię do szuflady.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.