Jako mała dziewczynka z wielkim podziwem oglądałam pokazy magiczne takich iluzjonistów jak David Copperfield czy Maciej Pol. Do dzisiaj pamiętam, że byłam wręcz urzeczona ich występami, a nawet sama chciałam coś „wyczarować”. Niestety, kiedy próby z wyciągnięciem królika z kapelusza spełzły na niczym, poprzestałam tylko na oglądaniu w telewizji mistrzów w tej dziedzinie. Z czasem miałam jednak kolejne marzenie: wcielić się w asystentkę takiego magika i przekonać się na własnej skórze, jak to jest zostać „przeciętym na pół”. Do tej pory nie nadarzyła się taka okazja, ale dzięki FoxGames poniekąd mogłam tego zasmakować.

Escape roomy na całym świecie cieszą się dosyć sporą popularnością. Dlatego nic dziwnego, że kieszonkowa wersja tej zabawy została entuzjastycznie przyjęta nie tylko przez fanów gier karcianych, o czym świadczą liczne pozytywne opinie w sklepach internetowych. Do tej pory miałam okazję zapoznać się z jednym takim wydaniem, a mianowicie z Escape room: Atak na Londyn i nawet mile wspominam ten tytuł. Postanowiłam więc sprawdzić się w kolejnej rozgrywce. Mój wybór padł na niedawno wydany Escape room: Magiczna sztuczka. Nie dosyć, że spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa, to dodatkowo przyjemnie spędziłam niedzielne popołudnie z bliską mi osobą. Ale czy wszystko było takie piękne? O tym przekonacie się z tej recenzji.

Zapraszam na scenę!

Rozgrywka zaczyna się od momentu, kiedy nieoczekiwane dostajemy zaproszenie na magiczny występ Lance’a Oldmana. Słowem wyjaśnienia: jest to legendarny iluzjonista, znany z niesamowitych pokazów, a bilety na jego przedstawienia są niemalże nie do zdobycia. Cóż, już to powinno wzbudzić w nas czujność. Mimo wszystko wybieramy się na show i wielce podekscytowani, wygodnie zasiadamy na widowni. W pewnym momencie zostajemy wytypowani do roli asystenta przy kolejnym pokazie. Jednak w trakcie wykonywania sztuczki coś poszło nie tak: zewsząd buchnęły płomienie, a pod nami otworzyła się przepaść. Po chwili okazuje się, że wylądowaliśmy w garderobie mistrza iluzji, z której musimy prędko się wydostać.

Królik z kapelusza

Talia składa się z sześćdziesięciu kart, które rozgrywamy w odpowiedniej kolejności (i to jest niezwykle ważne!). Z pudełka wyciągamy także zaklejoną kopertę. Nie możemy jej otworzyć aż do momentu, gdy nie zostaniemy o to poproszeni. Ale już teraz napiszę, że to, co znajdziecie w środku, jest genialnym pomysłem twórców gry (ukłon w stronę Martino Chiacchiera i Silvano Sorrentino)! Mam nadzieję, że w kolejnych wydaniach Escape roomu również otrzymamy taki dodatek. Po otwarciu na pewno ogromnie się zdziwicie, ale bardzo pozytywnie.

Osoby, które znają już tę serię, wiedzą mniej więcej, czego się po niej spodziewać. Zaczynamy od pierwszej karty i według poleceń narratora, przechodzimy do kolejnych. Z czasem dochodzi podział na „kupki” – każda z nich dotyczy pewnego przedmiotu w zasięgu naszego wzroku. Tutaj także szczególnie polecam rozwiązywać zagadki po kolei, chyba że będzie to niemożliwe, bo przykładowo nie posiadamy jeszcze klucza do otworzenia drzwi. Ważne są przedmioty, które dostajemy w trakcie rozgrywki. Lepiej mieć je cały czas pod ręką, bo nie wiadomo, kiedy się przydadzą. W tej grze większość sztuczek bazuje na optyce oraz wizualnych przekształceniach. Nie zdradzę jednak nic ponadto, żeby nie zepsuć wam zabawy z odkrywania kolejnych kart. Aczkolwiek dodam, że zagadki są dosyć proste, chociaż niektóre sprawiły ogromną trudność, bo wydały nam się zupełnie nielogiczne. Ale to przecież zabawa iluzją, więc czego innego można się spodziewać?

Jak już wspomniałam na początku, Escape room jest wydaniem kieszonkowym, także ze spokojem zmieści się do damskiej torebki, albo też podręcznej torby podróżnej. Jednak te rozgrywki mają jedną, dużą wadę, a mianowicie – są jednorazówkami. Owszem, można zagrać w nie ponownie, po upływie pewnego czasu, gdy odpowiedzi zatrą się już w pamięci. Za tę cenę jednak warto spróbować swoich sił i przekonać się na własnej skórze, jak to jest znaleźć się w takim tytułowym miejscu, pełnym zagadek. A także sprawdzić, po upływie ilu minut udałoby się wam z niego wydostać. Do samej gry można zasiąść także z dziećmi (według napisu na pudełku – od dwunastu lat). Jednak i młodsze pokolenie z pewnością będzie zafascynowane, kiedy zacznie odkrywać tajemnice największych iluzjonistów.

Abrakadabra!

Escape room: Magiczna sztuczka okazał się kolejnym zaskoczeniem. W odróżnieniu od Ataku na Londyn, położono tutaj większy nacisk na przygodę i akcję, a same wydarzenia, rozgrywające się tylko w kilku lokalizacjach, przywodzą na myśl typowe escape roomy. Mechanizm wykonania sztuczek jest bardzo prosty, jednak od potencjalnego widza wymaga logicznego myślenia. Spokojnie możecie użyć ich na własnych pokazach magicznych, a nuż zostaniecie okrzyknięci mistrzami iluzji. Na koniec pragnę dodać, że Escape room bardziej sprawdza się jako rozgrywka kooperacyjna, gdyż w pojedynkę nie przynosi aż tak wielkiej satysfakcji. Dlatego tym bardziej zachęcam do zagrania w gronie bliskich osób – będziecie mogli popisać się przed nimi umiejętnościami dedukcji.

 

Tytuł: Escape Room: Magiczna Sztuczka

Liczba graczy: 1-6

Wiek: 12+

Czas rozgrywki: 30-90 minut

Wydawnictwo: FoxGames

 

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy wydawnictwu FoxGames, więcej o grze przeczytacie tutaj:

 

Odpowiedz

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię