Niszczyciel przyjaźni! „Munchkin: Pathfinder” – recenzja gry

Nie zaryzykuję stwierdzenia, że wszyscy znają Munchkina, bo jest to teza dość karkołomna i łatwa do obalenia. Sądzę jednak, że fani spędzania wolnego czasu na graniu w karcianki nieraz mieli do czynienia z tym tytułem. Na dodatek od 2001 roku Black Monk co rusz wydaje kolejne dodatki, które urozmaicają rozgrywkę. Co nowego czeka nas, jeśli zdecydujemy się na zakup gry Munchkin: Pathfinder?

 

Co masz w środku?

W pudełku znajdziemy sto sześćdziesiąt pięć kolorowych, podzielonych na dwie talie (Drzwi i Skarbów) kart , a do tego instrukcję i sześciościenną kostkę do gry. Nie ma w nim za to czegoś, co ułatwi nam zliczanie zdobytych (lub straconych) podczas zabawy poziomów. Z braku laku, świetnie sprawdza się w tej funkcji kostka o dziesięciu bokach lub kartka papieru i długopis. Jeśli jednak macie inną wizję lub pomysł, by sprawnie rozliczać swoje osiągnięcia, to nic nie stoi na przeszkodzie! Gra przeznaczona jest dla trzech do sześciu graczy, chociaż możecie też spróbować we dwójkę, choć w tym wariancie jest o wiele mniej zabawna. Lepiej więc stosować się do zasady „im więcej, tym lepiej”. Rozgrywka zajmuje nawet do dwóch godzin, dobrze jest też mieć na podorędziu stół, na którym będziecie mogli swobodnie grać (nie musi być szczególnie duży).

Samo wykonanie Pathfindera nie odbiega jakością od tego, co widzieliśmy do tej pory w produktach Black Monk: zwykła kostka do gry oraz karty, które są na tyle wytrzymałe, by nie rozlecieć się w rękach podczas drugiej partii. Zdobiące je rysunki są klimatyczne, a ich rewersy pasują do kilku innych gier z tej serii, możecie je zatem mieszać, urozmaicając sobie rozgrywkę. Jedynym mankamentem jest fakt, że talie włożone do wypraski przemieszczają się w niej swobodnie, grzechocząc, a czasem nawet się mieszając. Dodatkowo zagłębienia na palce są zdecydowanie zbyt płytkie, by pomagać w wydobyciu zawartości pudełka. Najprościej po prostu delikatnie wysypać. To niewielkie niedociągnięcia, nie wpływające na jakość rozgrywki, mogą jednak denerwować.

 

Nienawidzę was!

Podstawowe zasady i cele Munchkina nie ulegają w Pathfinderze zmianie – wciąż zwycięża ten, komu pierwszemu uda się zdobyć dziesiąty poziom. Można tego dokonać przy pomocy kart, sprzedając skarby lub walcząc z potworami (jednak tylko ten ostatnie sposób zapewni namzdobycie zwycięskiego poziomu). Zanim zaczniemy rozgrywkę, wszystkim graczom rozdajemy określoną liczbę kart Drzwi oraz Skarbów i zaczynamy zabawę! Na początku tury uczestnik odkrywa jedną z tych pierwszych – jeśli znajdzie tam potwora lub klątwę, musi zmierzyć się z ich działaniem. Gdy jednak dopisało mu szczęście i nie stanął oko w oko z żadną maszkarą lub nieprzyjaznym zaklęciem, to może zdecydować, czy chce zagrać stwora z ręki i spróbować go pokonać, czy dobrać drugą kartę Drzwi i zachować ją na później.

Gry z serii Munchkin to rozrywka dla tych, którzy uwielbiają negatywną interakcję – nie chodzi w niej bowiem wyłącznie o to, by wygrać, ale też o to, by inni nie zwyciężyli zbyt łatwo. A to można osiągnąć na wiele różnych sposobów. Spora liczba kart pozwala wzmocnić potwora, dodać do starcia kolejną maszkarę, a nawet pomiotać klątwami. W ostateczności możecie też ruszyć z odsieczą znajomemu, odradzam jednak bezinteresowne pomaganie – jeśli już decydujecie się udzielić wsparcia walczącemu uczestnikowi, to pamiętajcie, by zawsze coś z tego mieć! W trakcie jednej walki możecie dowolnie zmieniać strony konfliktu – w zależności od tego, co w danej sytuacji jest bardziej opłacalne.

 

Co złego to ja!

Munchkin: Pathfinder to jedna z tych karcianek, które mają potencjał do niszczenia długich przyjaźni i zapewne stąd bierze się jej fenomen. W trakcie partii mile widziane jest oszukiwanie (chociaż każdy robi to na własną odpowiedzialność!), co dodaje zabawie kolorytu, emocji i… hałasu! Zatem, jeśli należycie do osób lubiących statyczne gry, w których nie trzeba się zbytnio przegadywać, to Munchkin nie będzie dobrym wyborem i prościej będzie zostać przy szachach. Duży plus Pathfindera stanowi fakt, że nie wymaga zakupu dwóch podstawek czy kilkunastu dodatków, by móc czerpać z niego przyjemność i urozmaicić spotkania ze znajomymi albo imprezy.

Nie mogło się jednak obejść bez nowości. W Pathfinderze znajdziemy nie tylko nowe potwory, skarby i zaklęcia, w puli kart znalazły się również cztery nowe klasy (Alchemik, Wiedźma, Nekromanta i Przywoływacz), z których każda posiada dwie specjalne zdolności. Jednak absolutną nowością są karty frakcji (Rycerz Orła, Piekielny Rycerz, Pathfinder oraz Zabójca Czerwonej Modliszki), które również pozwalają graczom na unikalne akcje i bonusy. Ostatecznie nie zmienia to jednak faktu, że Pathfinder jest po prostu kolejną grą z serii Munchkin – cel i zasady nie wnoszą wiele nowego do rozgrywki, a posiadanie jednej z wersji będących samodzielnymi grami sprawia, że zakup kolejnej nie wydaje się być do końca racjonalny.

 

Kiedy świat zapłonie!

Uwielbiam gry, które zapewniają mi możliwość negatywnej interakcji – żyjący we mnie potwór odczuwa ogromne zadowolenie, gdy mogę podłożyć komuś nogę (lub wykopać pod nim ogromny dół), a potem jeszcze dźgnąć go w plecy. Munchkin: Patfinder – jak każdy Munchkin – pozwala mi właśnie na to. Nie sądzę jednak, żebym zdecydowała się na jego zakup, gdybym w swoich zbiorach miała już inną odsłonę tej serii.

 

 

Tytuł: Munchkin Pathfinder

Liczba graczy: 3-6

Wiek: 10+

Czas rozgrywki: 90 minut

Wydawnictwo: Black Monk

Martyna Halbiniak

Martyna Halbiniak

Lubi twierdzić, że nie wpisuje się w schematy, łamie konwencje i jest jedyna w swoim rodzaju, chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę otacza się ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Wyznaje zasadę, że czekolada nie pyta, ona rozumie, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kocha książki (chociaż zagina im rogi), kinomaniaczka i serialoholiczka, wciąż znajdująca czas na kolejne inicjatywy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.