Nie zasługuję na ten geniusz. „Ayako” – recenzja mangi

-

No i stało się. Nie mogę stwierdzić, że wyczekiwałem tego momentu: z całej siły starałem się uniknąć takiej sytuacji. Panować nad emocjami i podejść do problemu ze zdrowym, „chłodnym” rozsądkiem. Niestety, wszystko poszło na marne, nie byłem w stanie tego dłużej ciągnąć – mam nadzieję, iż zarówno Bogowie Popkultury, jak i koledzy oraz koleżanki współredaktorzy, mi wybaczą.

Zamierzam napisać recenzję nie ukończywszy przedtem lektury. Przepraszam.

Zdziwienie

Ba, na dodatek nie chodzi tu o pierwszy lepszy tomik „harlequina”, których pełno na półkach w kioskach. W me ręce wpadła pozycja obowiązkowa – ten właśnie zwrot najczęściej powtarza się w internetowych księgarniach: w opisach, minirecenzjach i komentarzach. Gdzie nie spojrzeć, same superlatywy. Wstyd nie znać takiego dzieła, odważna tematyka, budzi wiele emocji, wyprzedza swe czasy… No po prostu manga idealna, Złoty Graal japońskich komiksów. I w tym momencie, cały na biało, pojawiam się ja i bez skrupułów twierdzę: cudowna Ayako powstała pół wieku temu i nie zestarzała się przez ten czas zbyt dobrze. Nie okryła się piękną patyną klasyki, lecz po prostu zgniła.

Logika

Każdy z nas patrzy na świat własnymi oczami – rzecz z kategorii tych oczywistych. Jesteśmy sumą własnych doświadczeń i tak dalej, a sporą ich część zawdzięczamy środowisku, w którym żyjemy. Także epoce historycznej, położeniu geograficznemu, systemowi politycznemu… Wszystko to oddziałuje na opinię jednostki o danej rzeczy. Przykład: podczas premiery animacji Dumbo w 1941 roku niewiele było głosów krytyki co do sceny z czarnoskórymi robotnikami (kto nie widział, temu pomoże wujek Google). Dziś natomiast Disney umieszcza przed tym filmem ostrzeżenie w stylu: „No wiecie, trochę głupio wyszło, ale kiedyś było inaczej”. Słowo klucz tutaj to właśnie „było”.

Akcja Ayako dzieje się w Japonii, pod koniec lat czterdziestych dwudziestego wieku, tuż po przegranej przez Cesarstwo drugiej wojnie światowej. Mangę stworzył oczywiście mieszkaniec tego kraju, a została wydana po raz pierwszy w 1972 roku. Jego perspektywa mogła być bardzo bliska oryginalnych wydarzeń, ale jednak ograniczona personalnymi doświadczeniami autora. A w dwudziestym pierwszym wieku świat nie jest już czarno-biały, niczym w dziele Osamu Tezukiego. Przydługi ten wstęp, wiem, ale niestety konieczny, byście zrozumieli, skąd we mnie tyle złości na ten tytuł.


Wnioski

Do kraju powraca Jirou Tenge, żołnierz walczący podczas drugiej wojny światowej. W rodzinnym domu czeka na niego (wybaczcie wyliczenie, ale tak będzie dużo prościej wskazać bezsens postaci):

  • ojciec, staruszek, głowa rodu. Despota, sadysta i zboczeniec. Ma dziecko ze swoją synową,
  • starszy brat, despota, sadysta, żądny władzy. „Pozwolił” na wykorzystanie swej żony w zamian za całość przyszłego spadku,
  • młodszy brat, dziewięciolatek. Geniusz kryminalny w krótkich spodenkach, jednak gdy przychodzi do logicznego myślenia, zawodzi w krytycznych momentach,
  • nastoletnia siostra, należąca do Partii Demokratycznej. Gdy fakt ten wychodzi na jaw, zostaje okrzyknięta „komuchem” i wyrzucona na bruk. Ma najwięcej oleju w głowie, więc praktycznie w ogóle nie pojawia się w tej historii,
  • nieszczęsna mała Ayako, o której to niby jest ta manga. Wspomniane wcześniej dziecko z nieprawego łoża,
  • pozostałe kobiety – przepraszam za to określenie, ale tak traktuje je autor. Jako obiekty pożądania, dla fabuły zbędne. Czasem wyrażą cicho swe niezadowolenie, ale nic poza tym.

Teraz powinienem napisać, że sam Tenge widzi zepsucie swojej rodziny i zamierza z nim walczyć. Otóż nie: jest szpiegiem amerykańskiego rządu, donosił na innych Japończyków w obozie jenieckim. Zabija narzeczonego swojej siostry, niepełnosprawną służącą, a potem przyszywaną żonę, dzięki której uciekł policji. Chciał też zamordować małą Ayako, ale mu się nie udało. Pytanie brzmi: kto jest więc protagonistą?

Chaos

Nie znajdziecie go. Świat przedstawiony przez Osamu Tezukiego rani swą bezbarwnością, nie posiada żadnych wartości moralnych. Czytelnikowi wydaje się, że dane czyny są złe, ale tylko dlatego, iż patrzy oczami zaślepionymi dwudziestym pierwszym wiekiem. Żadnych wewnętrznych walk sumienia, kontrastu postaci, rozważań. Nic. Mam teraz ochotę na seks z synową – nikt mi nie zabroni. Przywiążę dziecko do drzewa w środku lasu – rodzina przyniesie mi linę. Zamkniemy małą Ayako w piwnicy na kilkanaście lat, bo to jedyny sposób, by nie wygadała naszej tajemnicy. Jasne, czemu nie. Gdy starszy kuzyn przyniósł jej obiad, a skończyło się to sceną erotyczną, zamknąłem tom. Objętościowo dotarłem mniej więcej do połowy.

Nie zamierzam czytać dalej. To, co kiedyś było tanim chwytem, by szokować (nagość, przemoc, morderstwa, kazirodztwo), dziś spowoduje u większości czytelników jedynie grymas niezadowolenia. Tak, zepsuł nas internet. Zgoda: Amerykanie nie wywiązywali się wzorowo z okupacji Japonii, jak podkreśla to fabuła. Czemu jednak wszystko, co robi rodzina Tenge, przyjmowane jest bez mrugnięcia okiem? Powiecie: „takie były czasy”. Aha, a teraz nie ma „czasów”, podobnie jak w latach wydania mangi? Żadnych wniosków, logicznych działań, przemyśleń – akcja mknie naprzód, a bohaterowie nie zastanawiają się nad skutkami swych poczynań.

Taniość

Za to najważniejsze wydaje się przyciągnięcie uwagi czytelnika. Dziewczynka żyjąca samotnie w małej piwnicy, myśli tylko o seksie. Tak, chyba gdzieś o tym czytałem, w jakimś artykule sławnego psychiatry. Znajdował się zaraz obok tekstu o matce, która woli, by jej jedyne dziecko żyło w więzieniu i nie planuje wspólnej ucieczki jak najdalej od swych oprawców. Choć wystarczyłoby po prostu odejść, ponieważ posiada klucz. Oczywiście co jakiś czas trzeba pokazać nagi kobiecy biust lub ogromny, kamienny członek. A na dodatek ta niepotrzebnie karykaturalna kreska, żywcem skradziona z komiksów z Myszką Miki. Nie krytykuję ludzi zachwyconych tą mangą, ale błagam, nie próbujcie wmówić innym, że nie dojrzeli do tego dzieła. Prawdopodobnie tak samo reklamujecie twórczość Patryka Vegi.

Tytuł: Ayako

Autor: Osamu Tezuki

Ilustracje: Osamu Tezuki

Liczba stron: 700

Wydawnictwo: Waneko

podsumowanie

Ocena
2

Komentarz

Miłego szukania sensu w świecie bez logiki, za to wypełnionym niepotrzebnym sadyzmem i nagością. Ja się poddałem.
Przemysław Ekiert
W wysokim stopniu uzależniony od popkultury - by zniwelować głód korzysta z książek, filmów, seriali i komiksów w coraz większych dawkach. Popijając nowe leki różnymi gatunkami herbat, snuje głębokie przemyślenia o podboju planety i swoim miejscu we wszechświecie. Jest jednak świadomy, że wszyscy jesteśmy tylko podróbką idealnych postaci z telewizyjnych reklam.

Inne artykuły tego redaktora

Odpowiedz

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Uzupełnij komentarz!
Podaj imię

UWAGA! Komentarze przechodzą wstępną weryfikację i pojawiają się na stronie z opóźnieniem.

Popularne w tym tygodniu